eXperience 112 - recenzja
Dodane przez mertruve dnia 24.07.2008 00:51

Opuszczony, stary statek i samotna kobieta. Brzmi znajomo? Nie, to wcale nie kolejna część Resident Evil ani nie Alone In the Dark. Dobrze, podpowiadam dalej. Tajemnicze eksperymenty na ludziach i nie tylko. Nie, nie chodzi mi o kolejny odcinek Z Archiwum X, choć i to pewnie by pasowało. Dobrze, poddajecie się? Świetnie. Chodzi mi oczywiście o eXperience 112.



Co to takiego, spytacie? Ano według zapewnień twórców jest to gra przygodowa. Ba! Nie byle jaka gra. Nowatorska gra! Rzekłbym nawet – przełomowa. Dlaczego? Z prostego powodu. Owe „doświadczenie” o numerku seryjnym 112 jest czymś zupełnie nowym w gatunku elektronicznej rozrywki, szczególnie tej szumnie klasyfikowanej jako „przygodówki”. Na tym właściwie można by było skończyć recenzję i zachęcić do kupna, bo przecież sam fakt, że jest to coś nowego, powinien wystarczyć za rekomendację, ale niestety nie wystarcza. Może jednak po kolei…



Samotna kobieta…



Ciężko wymyślić oryginalną fabułę, która nie byłaby wtórna, albo która chociażby nie powielała sprawdzonych schematów. Podkreślam to za każdym razem, bo historia w grach przygodowych liczy się najbardziej. Na szczęście w eXperience 112 twórcom – francuskiemu Lexis Numerique – udało się uniknąć banalności, jednocześnie pokazując sprawdzone pomysły w całkiem świeży sposób. Do oryginalności jednak temu wszystkiemu daleko. Otóż mamy opuszczony statek, ogromny kontenerowiec i bohaterkę, Leę Nichols, która budzi się ze śpiączki. Kim jest, czym się zajmuje i dlaczego przeżyła? Tego dowiadujemy się podczas samej gry. Świeżością jest tutaj sposób opowiedzenia historii. Bo o ile ona sama przypomina odcinek Z Archiwum X albo inny thriller sensacyjny z fantastyką w tle (kosmici moi drodzy, kosmici!), to już sposób przedstawienia jest zupełną nowością. Na czym owa nowość polega? Na tym, że Lea na statku nie jest sama. A my nie jesteśmy Leą! Jesteśmy kimś, kto siedzi w pokoiku kontrolnym i sobie ową Leę podgląda. Tak więc, jako operator kamery i główny dowodzący systemem monitoringu, jesteśmy jedyną nadzieją bohaterki na poznanie prawdy i wydostanie się z ogromnego, opuszczonego kontenerowca. Brzmi ciekawie, zobaczmy jak wygląda to w praktyce.





System monitoringu…



Cała gra opiera się na niesamowitym, przełomowym – co podkreślałem wcześniej – pomyśle zamiany ról. Główny bohater sterowany jest przez komputer, natomiast nasza rola sprowadza się do operowania wszystkimi innymi elektronicznymi i podłączonymi do sieci, urządzeniami. Stajemy się wirtualnymi reżyserami, którzy widzą świat gry, ale nie mogą na niego prawie w ogóle wpłynąć. Przynajmniej nie bezpośrednio. Na samym początku poznajemy Leę i uczymy się z nią komunikować. Jest to możliwe za pomocą odpowiednich ruchów kamery. Pionowe kiwnięcia to „tak”, a poziome to „nie”. Podobnie ma się sprawa z pokazaniem jej, gdzie ma się udać. Zapalamy odpowiednie kamery, światełka, ewentualnie dzwonimy jakimś telefonem czy włączamy komputer i nasza bohaterka idzie we wskazanym kierunku. Brzmi ciekawie? Jakby tego było mało, możemy włamywać się do systemu, przeglądać pliki, sterować małymi robotami, otwierać drzwi z zabezpieczeniami czy oglądać materiały wideo. Pole manewru mamy olbrzymie i praktycznie nic nas nie ogranicza. Wszystko co jest podłączone do sieci, jest w naszym władaniu. Pomysłowość twórców jest ogromna. Po pewnym czasie dostaniemy możliwość operowania kamerami z funkcją noktowizji i termowizji, co znacznie rozszerzy nasze możliwości. A wszystko w jednym celu – aby poczuć się jak prawdziwy geniusz komputerowy, mogący wpływać na wszystkie urządzenia na statku.



Obserwuj… szpieguj… kontroluj…



Tak jak wspomniałem, naszym zadaniem jest umiejętne wykorzystywanie urządzeń. Dzięki nim mamy możliwość pomocy Lei i prowadzenia jej przez statek. A ten pełen jest niebezpieczeństw. Trujące gazy w niektórych pomieszczeniach, zamknięte drzwi, a także uporczywe kody dostępu, to tylko niektóre z przeszkód czyhających na młodą panią doktor. Jednak nie o niebezpieczeństwa tu chodzi, bo nie zapominajmy, że mamy do czynienia z grą przygodową. Liczy się klimat, a ten jest niesamowity. To właśnie on stanowi największy plus gry. Spróbujmy postawić się w sytuacji bohaterki. Jesteśmy sami na pokładzie. Wkoło żadnej żywej duszy, tylko mała świecąca kamera i ktoś przez nią nas obserwujący. Ponadto wszędzie ciemno, co jakiś czas na naszą prośbę zapala się kolejna lampka, dająca nam nikłą nadzieję, że jednak możemy oczekiwać pomocy. Czy jednak aby na pewno? Tego nie wie ani bohaterka, ani my, którzy jako operator kamery i konsoli urządzeń musimy wierzyć w to co mówi i jednocześnie pomóc, bo my sami również nie wiemy, kim jesteśmy. Stajemy się interfejsem obsługowym i naszą jedyną nadzieją jest Lea. Powstaje więc swoista symbioza postaci. Anonimowego operatora, czyli nas i głównej bohaterki, która sama dopiero przypomina sobie co naprawdę zaszło i albo nam o tym mówi, albo nie. Klimat gry sprawia, że chcemy odkryć prawdę.





Dźwięki… muzyka… grafika…



Pomaga nam w tym doskonale dobrana, podkreślająca nastrój muzyka i dźwięki otoczenia. Trzeba przyznać, że panowie z francuskiego studia mają smykałkę do pokręconych klimatów. Jeszcze większą do okraszenia ich odpowiednią oprawą muzyczną. Próbkę możliwości widać już w doskonale zrealizowanym intrze, które choć spokojne, jest niezwykle klimatyczne i tajemnicze. Podobnie ma się sprawa z głosami postaci. Tutaj na uznanie zasługuje Techland, wydawca gry. Dobrze dobrane głosy, całkowite spolszczenie i praktycznie bezbłędne tłumaczenia, zachowujące klimat oryginału, zasługują na uznanie. Nie jest to łatwe w szczególności, że na naszej drodze spotkamy wiele dokumentów, które musimy przeczytać. Nasza rola, oprócz obserwacji, będzie polegać także na czytaniu i tego czytania będzie naprawdę sporo.
Ciężko wypowiadać mi się o grafice. Ta wcale nie jest taka ładna, jaka mogłaby być. Nie jest też tak źle. Wszystkie niedoskonałości zostały ciekawie zamarkowane. Jako, że mamy do czynienia z obrazem z kamery, to cały widok jest lekko "zasmużony", czasami obraz skacze, pojawia się efekt śnieżenia i w ogóle jest „dziwnie”. Podkreśla to nastrój, a jednocześnie nadaje autentyczności. Wprowadza jednak pewne ograniczenia, ale o tym szerzej w minusach gry.



Doświadczenia, doświadczenia…



Gra ma dużo zalet i wiele z nich już wymieniłem. Postaram się skupić na jeszcze jednej, zanim przejdę do mojej listy żalów. Pochwała dla twórców za ciekawe podejście do zagadek i sprawny interfejs. Ten na myśl przywiódł mi system Windows. Mamy kilka okienek, których kolor i wygląd ustalamy w opcjach. Dzięki owym okienkom możemy robić różne rzeczy, np. włączyć ciekawą mapę z wykazem zasięgu odpowiedniej kamery. Na mapce pozaznaczane są wspomniane już kamery, drzwi, światła, komputery, słowem wszystkie urządzenia, na które mamy jakikolwiek wpływ. Kliknięcie na odpowiednią kamerę otworzy nam kolejne okienko z obrazem. Możemy również się logować do systemu, czytać dokumenty, przeglądać pliki z komputerów i robić inne ciekawe rzeczy. Z czasem mamy coraz większe możliwości i coraz większe utrapienie, które urządzenia odpowiednio wykorzystać, aby Lea mogła pójść dalej. Jeżeli zaś chodzi o zagadki, to plus należy się autorom za nowatorskie podejście. Pomimo, że przez większą część gry będziemy musieli klikać na przeróżne urządzenia, aby wskazywać Lei drogę, to znajdą się momenty, gdzie przejmiemy inicjatywę. Albo posterujemy robocikiem, albo wpiszemy jakiś kod, otworzymy drzwi. Niby małe rzeczy, a niesamowicie cieszą.



Dobrze, czas przejść do minusów, bo tych jest sporo. Największym jest… system monitoringu, czyli cały pomysł. Nie chodzi mi tutaj o fundamentalne pytanie czy komuś się to będzie podobać, czy nie, bo to kwestia sporna, a spróbować zawsze warto. W końcu czegoś takiego jeszcze nie było. Chodzi o samo wykonanie. Interfejs jest paskudny w obsłudze i to tak, że wspomniany Windows w wersji 3.11 był łatwiejszy i bardziej intuicyjny. Obracanie kamer, przeskakiwanie z obrazu na obraz strasznie psuje klimat gry. Zamiast wciągać się w niespokojną, tajemniczą aurę opuszczonego statku, klikamy z obrazu na obraz i nic naprawdę nie widzimy. Jest moment kiedy Lea widzi kościotrupa i zaczyna krzyczeć, bojąc się. Zanim ja zorientowałem się co się dzieje, było po wszystkim. Po prostu kilka chwil trwał obrót kamery i cała atmosfera prysła. Silnik graficzny nie wyrabia zaś z dużą liczbą okien i trzeba je zamykać, żeby potem znowu otwierać. Jest to męczące i na pewno dałoby się to rozwiązać lepiej.



Kolejnym minusem jest sztuczna inteligencja Lei. Niby twórcy chwalą, że to inteligentna osoba, prawdziwe AI i w ogóle. Ja mam szczere wątpliwości. Kilka zaprogramowanych zachowań (np.: narzekanie po ponownym uruchomieniu gry, że zostawiliśmy kobitę na pastwę losu) nie jest w stanie mnie przekonać o odkryciu sztucznej inteligencji, a sprawia jedynie, że chwalę twórców za więcej algorytmów zachowań. Największą zaś głupotę widać przy wzajemnej pomocy, bo można mówić wiele, ale współpraca jest naprawdę ograniczona. Niby Lea nam ufa, niby nas słucha, ale jak przychodzi co do czego, to i tak postępuje według z góry zaprogramowanego schematu. Przykład? W sejfie znajdują się dwa przedmioty. Zapalamy lampkę obok sejfu, żeby wskazać na niego. Lea nie podejdzie. Musimy zapalić lampkę obok niej i potem kolejną, aż utworzymy świetlną drogę do wspomnianego metalowego pudła skrywającego skarby. Na chłopski rozum można zrozumieć, że skoro jest ciemno i nagle zapala się światło niedaleko sejfu to trzeba tam iść. Nie musimy jej w niewielkiej kajucie wskazywać stołu, żeby zwróciła na nas uwagę! A skoro już jesteśmy przy nieszczęsnym sejfie. Są tam dwa przedmioty, ale Lea nie weźmie od razu dwóch. Najpierw weźmie jeden i odejdzie. A jeżeli znowu wskażemy na sejf, to podejdzie i powie, że znajduje się tu coś jeszcze i możliwe, że jej się przyda. Wtedy dopiero łaskawie podniesie ów przedmiot potrzebny jej w dalszej części gry! Niesamowite! A przy tym jakie denerwujące.






Doświadczyć, czy nie doświadczyć?



Trzeba uczciwie przyznać, że eXperience 112 jest grą średnią. I to mocno średnią. Ciekawy, innowacyjny pomysł spotkał się z pewnymi trudnościami w realizacji. Nie są to trudności wynikające ze słabości twórców, a jednak samego pomysłu. Otóż pomysł bycia systemem monitoringu jest nudny. Sam w sobie nie stanowi niczego ciekawego, bo i co ciekawego jest w sterowaniu kamerami? Jeżeli dochodzą do tego problemy z interfejsem i silnik graficzny, który nie wyrabia - odpowiedź nasuwa się sama. Nie jest na szczęście tak bardzo źle, jakby się mogło wydawać. Mamy dobrą fabułę, która mogłaby obronić się sama, bez wprowadzenia udziwnień w systemie gry i doskonałą ścieżkę dźwiękową. Mamy również pomysł, który będąc minusem jest jednocześnie plusem – nigdy wcześniej czegoś takiego nie było. Dlatego eXperience 112 jest ciekawostką i tak należy ją traktować. Na pytanie: czy warto, odpowiem – warto, ale tylko jeśli jesteście fanami nowości i chcecie się przekonać na własne oczy jak to jest sterować kamerami. Wszystkich innych zachęcam do klasycznego point’n’click. Twórców zaś zachęcam do dalszego eksperymentowania. A nuż powstanie arcydzieło. Niewątpliwie we Francuzach drzemie potencjał!











6,5 PLUSY:

nowatorski pomysł!
+ klimat!
+ wciągająca fabuła
+ polonizacja
MINUSY:

pomysł!
- interfejs
- grafika

Oceny cząstkowe: Grywalność - 5, Grafika - 7, Dźwięki - 9



autor: mertruve