The Secrets of Da Vinci: Zakazany Manuskrypt - recenzja
Dodane przez Evillady dnia 20.11.2007 22:25

Pamiętacie Konkurs Nowo-Roko-Szkolny zorganizowany przez AZ? Można w nim było wygrać jedną z gier przygodowych pod warunkiem napisania rozprawki lub... umieszczenia jednego z dwóch pierwszych wpisów na forum :-). Mój wpis był... drugi i tak w moje łapki trafiła gra przygodowa „The Secrets of Da Vinci – Zakazany Manuskrypt”. Jakoś tak łatwo ta wygrana mi przyszła, dlatego poczułam nieodpartą potrzebę zrewanżowania się Redakcji AZ. Skontaktowałam się więc z mendosą i wspólnie ustaliliśmy, że najlepszą formą rewanżu będzie napisanie recenzji wspomnianej gry. Postanowiłam podejść do tematu w pełni profesjonalnie i przejść całą grę od początku do końca, a że należę do starej szkoły, której uczniowie prędzej połamią sobie zęby na jakiejś przygodówce, niż skorzystają z solucji, jej ukończenie, a tym samym napisanie tej recenzji, zabrało mi więcej czasu niż początkowo zakładałam. A już na pewno więcej niż zakładał mendosa ;-). Wreszcie jednak jest, a ja z niekłamaną przyjemnością oddaję ją w Wasze ręce i zapraszam do lektury!



Intro, czyli jak to wszystko się zaczęło



Paryż. Rok 1522. Środek nocy. Właśnie zwolniono mnie z praktyk u Francesco Malzi – ucznia, przyjaciela i następcy Leonarda da Vinci, który po jego śmierci odziedziczył większość prac Mistrza. Za co? Za kopiowanie prac Leonarda. Dodajmy za... mistrzowskie kopiowanie! Byłem w tym świetny i chyba to najbardziej wkurzyło Francesca. A ja tylko chciałem dorobić! Po wyrzuceniu z praktyk potrzebowałem gotówki, dużo i szybko i wtedy, jak na zawołanie, skontaktował się ze mną ten tajemniczy człowiek, przedstawiający się jako Patron Sztuki. Obiecał mi ogromną sumę pieniędzy za odnalezienie manuskryptu Leonarda, który podobno jest ukryty w posiadłości, w której Mistrz spędził ostatnie lata życia. Przyjąłem jego propozycję. W końcu nie miałem nic do stracenia, ale zrobiłem to nie tylko dla pieniędzy. Zawsze pociągało mnie to, co jest moralnie dwuznaczne, a poza tym, może to być świetna okazja, żeby odegrać się na Francesco. Odnajdę manuskrypt i w ten sposób utrę mu nosa! O widać już światła posiadłości...



Fabuła, a więc co ja tu właściwie robię



Tak w skrócie rozpoczyna się nasza przygoda. W grze wcielamy się w młodego mężczyznę, Valdo, który na polecenie tajemniczego zleceniodawcy podstępem zjawia się w Château du Clos Lucé – posiadłości, w której Leonardo da Vinci spędził ostatnie lata swojego życia, a którą obecnie zamieszkuje Madame Babou, faworyta króla Francji Franciszka I-go. Celem Valdo jest odnalezienie tajemniczego manuskryptu Leonarda, który podobno jest tu ukryty. Młodzieniec zjawia się na miejscu w środku nocy i zostaje powitany przez Saturnina – strażnika i służącego. Ten informuje Valdo, że Madame musiała chwilowo wyjechać i odprowadza go do jego pokoju, gdzie Valdo pozostawiony sam sobie może rozpocząć swoją misję...



Saturnin nie robi na naszym bohaterze dobrego wrażenia, ale wkrótce okaże się, że nie należy sądzić ludzi po pozorach, bo nie wszyscy są tymi, za których się podają. Wraz z rozwiązywaniem kolejnych zagadek intryga robi się coraz bardziej zagmatwana, nic nie jest takie, jakim wydawało się na początku, a Valdo musi weryfikować swoje poglądy dotyczącego tego, kto jest jego przyjacielem, a kto wrogiem. Swoimi przemyśleniami Valdo chętnie dzieli się na głos, co często naprowadza gracza na właściwy tor i pomaga rozwiązać niektóre zagadki... No i tu właśnie dochodzimy do pierwszego „ale”...



Zagadki, czyli jak wybrnąć z tego bałaganu



„The Secrets of Da Vinci – Zakazany Manuskrypt” to gra zdecydowanie dla mniej zaawansowanych graczy. Tym, którzy dopiero zaczynają swoją zabawę z grami przygodowymi na pewno przypadnie go gustu, pozwalając im odczuć satysfakcję z rozwiązania zadania, a jednocześnie nie zniechęcając zagadkami nie do przejścia. Natomiast dla tych, którzy na przygodówkach zęby zjedli będzie co najwyżej miłą odskocznią od poważniejszych produkcji. Nie uświadczycie tu momentów, kiedy w desperacji zaczynacie klikać wszystkim na wszystkim, bo od tygodnia siedzicie w jednym miejscu i pojęcia nie macie, jak ruszyć dalej. Nie spotkacie się z sytuacją, kiedy zupełnie przez przypadek i tylko dlatego, że lepsze pomysły Wam się skończyły, użyjecie orzecha laskowego na babci, co spowoduje, że ta wypluje sztuczną szczękę, którą następnie użyjecie jako pułapki na myszy i to popchnie całą fabułę do przodu. Zagadki w grze są naprawdę bardzo proste, a dodatkowe podpowiedzi Valdo jeszcze upraszczają całą zabawę i skracają grę. Ba! Podpowiedzi, to mało powiedziane. Są miejsca, gdzie Valdo się nie ruszy albo odmówi wykonania jakiejś czynności, dopóki nie skorzystacie z jedynego słusznego rozwiązania. Nie znaczy to jednak, że gra jest liniowa. Wręcz przeciwnie. Wiele czynności możecie wykonać w wybranym przez siebie momencie rozgrywki. Możecie decydować, który wątek poboczny chcecie rozwikłać najpierw, czy chcecie postępować zgodnie z zasadami, np. kupując potrzebne produkty od Saturnina, czy wolicie postępować jak czarny charakter i okraść strażnika. Takie rozwiązanie można poczytać za zdecydowany plus tej gry. Natomiast zagadki, mimo że logiczne i wiążące fabułę i postępowanie gracza w sensowną całość, są zdecydowanie za proste i sprawiają, że przy odpowiedniej dawce uporu i kilku godzinach wolnego czasu można tę grę przejść od A do Z za pierwszym podejściem. Momentami miałam wrażenie, że scenarzyści gry pisząc tę historię nie wierzyli w swoich graczy albo bali się, że przy pierwszym trudniejszym momencie, gracze zrezygnują i rzucą „Manuskrypt” w kąt, a sami zajmą się łatwiejszą rozgrywką. O takim moim odczuciu poza wyżej wymienionymi decydowały również takie fakty, jak to, że wiele tych samych przedmiotów w grze można znaleźć w kilku różnych miejscach oraz to, że do uzyskania pewnych potrzebnych produktów można użyć kilku różnych kombinacji przedmiotów. Na pewno zwiększa to realność rozgrywki. Zwykle w domu jest tak, że tę czy inną rzecz można znaleźć w kilku miejscach. Również w ogrodzie liście czy kamienie znajdujemy co krok, a nie w jednym, ściśle określonym miejscu. Takie rozwiązanie zbliża więc grę do realiów życia, ale znowu upraszcza i tak już prostą rozgrywkę.
Realizmu grze nadaje także fakt, że decyzje podejmowane przez Valdo determinują jego charakter. Za rozwiązanie istotniejszych zagadek w grze oraz w zależności od tego, w jaki sposób gracz osiągnął cel, są przyznawane punkty. Każde 10 punktów można przeznaczyć na podniesienie wskaźnika dobra lub zła u bohatera. Te ostatnie zaś determinują dalszą rozgrywkę. Jeśli uczynicie Valdo zbyt demonicznym, trudno Wam będzie uzyskać jakąkolwiek pomoc od Babou. Jeśli zaś Wasza postać będzie zbyt anielska, będzie miała poważne opory moralne przed zrobieniem czegokolwiek wbrew zasadom. Moja sugestia więc to próba utrzymania wskaźników dobra i zła na w miarę równym poziomie. To daje Wam największe pole manewru. Utrzymanie równowagi jest bardzo proste. Jeśli Wasz bohater jest już zbyt zły wystarczy, że dacie mleka kotu albo nakarmicie gołębie i w ten sposób uzyskacie kilka dodatkowych punktów, które możecie przeznaczyć na podniesienie wskaźnika dobra. Jak już wspomniałam, charakter Waszego bohatera ma również wpływ na to, jakie nastawienie będzie miała do niego Babou. Madame może Wam sporo pomóc, ale musicie ją najpierw do siebie przekonać. Nastawienie faworyty króla do Valdo jest obrazowane wskaźnikiem nocy i dnia oraz odbiciem w lustrze. Początkowo wskaźnik jest ustawiony na symbolu księżyca, a Babou stoi do Was plecami. Z czasem wskaźnik coraz bardziej przesuwa się w stronę Słońca, a Babou coraz bardziej skłania się do Valdo, by wreszcie objąć go ramieniem. Naturalnie wszystko zależy od decyzji, jakie nasz bohater będzie podejmował w grze.



Grafika i cut scenki, a więc patrzę i oczom nie wierzę



Gra jest bardzo porządnie wykonana pod względem graficznym. Lokacje są naprawdę ładnie opracowane z wielką dbałością o szczegóły. Bardzo się starałam znaleźć miejsce, gdzie graficy sobie „odpuścili” i klepnęli ten czy inny mało istotny element na odczepnego i z wielką satysfakcją muszę powiedzieć, że... znalazłam tylko jedno takie miejsce! W ogrodzie, kiedy Valdo nurkuje przy kole młyńskim świat pod wodą jest bardziej statyczny niż ten na zewnątrz. Nie faluje, nie porusza się, wodorosty stoją sztywno, jak dęby zamiast unosić się swobodnie z nurtem. Kojarzycie Riven i sekwencje podwodne? Tam było to znacznie lepiej rozwiązane. W sumie jednak jest to drobiazg i nie wpływa (nomen omen ;-)) na moją ocenę całości. Tak więc graficznie nie mam tej grze nic do zarzucenia. Natomiast jeśli chodzi o tak zwane cut-scenki, to z przykrością stwierdzam, że jest już dużo gorzej. Jestem zdecydowaną zwolenniczką filmików w grze, bo to fajna forma nagrody za wysiłek, jaki gracz wkłada w rozwiązanie łamigłówek. Niestety, te umieszczone w „Manuskrypcie” bardzo rozczarowują. Większość ma charakter bardzo statyczny, utrzymany w kolorach sepii i sprowadzający się do przedstawienia monologu ew. rozmowy Leonarda. A przecież grafików stać na dużo więcej i widać to choćby w scenie finałowej! Jeszcze gorzej jest, kiedy nie dostajemy nawet tych statycznych filmików, a zamiast tego patrzymy na jednostronicowy czarno-biały rysunek! Takie rozwiązania były dobre 10 lat temu, ale dziś mamy rok 2007 i od gier przygodowych oczekuję czegoś więcej niż pokazu slajdów!



Muzyka i pozostałe dźwięczne przeszkadzajki



Oprawa muzyczna to kolejny słaby punkt tej gry, głównie dlatego, że... praktycznie jej nie ma. A szkoda zważywszy na to, że podkład w menu głównym obiecuje bardzo dużo. Jest klimatyczny, nie przeszkadza, fajnie buduje nastrój oczekiwania na to, co za moment nastąpi, kiedy już przystąpimy do rozgrywki. Niestety na obietnicach się kończy, bo następuje niewiele. Muzyka sprowadza się do paru zapętlonych motywów, które co jakiś czas całkowicie zanikają i ustępują miejsca odgłosom tła. Te ostatnie na szczęście są na wysokim poziomie. W ogrodzie słychać świergot ptaków i kumkanie żab, w domu trzask szczap płonących w ognisku. Bardzo fajny efekt daje fontanna przed domem. Zależnie od tego, czy nasz bohater stoi do niej przodem, tyłem, czy bokiem, z tej strony naszych uszu dochodzi szum wody. Udźwiękowienie stoi więc na wysokim poziomie i równoważy nieco braki muzyczne.



Interfejs, czyli panel sterowania



Prosty, czytelny i przejrzysty. Tyle można o nim powiedzieć w skrócie. Bardzo intuicyjny, nie wymagający dodatkowych godzin spędzonych przed komputerem na jego opanowanie. Świat gry widzimy w FPP z możliwością obrotu o 360 stopni oraz spoglądania w górę i w dół. Bardzo fajną sprawą są skrótowe przejścia pomiędzy rozmaitymi lokacjami w grze. Jest to duże ułatwienie z uwagi na sporą ilość pomieszczeń, które możemy zwiedzić. Do wszystkich zebranych przedmiotów, jak również do portfolio i osobistego notatnika Valdo zyskujemy prosty dostęp za jednym kliknięciem prawego klawisza myszy.



Spolszczenie iż Polacy nie gęsi iż swój język mają



Chciałabym powiedzieć dużo dobrego o polskiej wersji tej gry. Chciałabym naprawdę i... niestety nie mogę. Spolszczenie sprowadza się wyłącznie do dialogów i notatnika. Jedno i drugie poprzez napisy, ale z jakiegoś niezrozumiałego powodu nie objęło portfolio. Co więcej to, co spolszczone zostało, sprawia wrażenie robionego na chybcika, niechlujnie, jakby tłumaczy goniły terminy. Kilka przykładów? Proszę bardzo! Wiecie, jak wg. naszych tłumaczy nazywa się forma do odlewania kluczy? „Spleśniały klucz”. A co znaczy, kiedy Valdo mówi: „I’ve got enough of this!” – “Mam tego wystarczająco dużo?”, „Mam tego dość?” – tak Wam się wydawało? No to niespodzianka! Wg tłumacza to znaczy: „Mam nadzieję, że pracownia nie jest tuż za mną!” Pomijam tu już rozmaite pomniejsze błędy związane z tłumaczeniem poszczególnych słów, idiomów, wyrazów i czasów, niekiedy tak absurdalne, że całkowicie zmieniające sens wypowiadanej kwestii. U mnie skutek był taki, że praktycznie zaraz po włączeniu wyłączałam napisy. Podsumowując nie wiem, jaki rodzaj kawy i w jakich ilościach spożywał nasz tłumacz, ale zdecydowanie powinien ją odstawić albo zmniejszyć dawkę.



Podsumowanie – kończ Waść...

...wstydu oszczędź? Nie, na szczęście aż tak źle nie jest. W gruncie rzeczy w ogóle nie jest źle, jest nawet całkiem dobrze, a to z jednego prostego powodu. Gra jest bardzo grywalna! Cała intryga wciąga gracza i wyzwala w nim chęć rozwikłania zagadki. Jak w dobrym kryminale są fałszywi przyjaciele, ślepe zaułki, wątki poboczne, mylne tropy, czyli to, co w dobrych przygodówkach liczy się najbardziej – klimat! Tego ostatniego zaś grze The Secrets of Da Vinci – Zakazany Manuskrypt zdecydowanie nie brakuje. No i to jest właśnie ten element, który ratuje grę jako całość. Mimo kilku istotnych wad (poziom złożoności zagadek, choć to rzecz względna, muzyka, spolszczenie) w tę przygodówkę po prostu świetnie się gra. Rozgrywka nie męczy, nie zniechęca, miło odpręża po ciężkim dniu w szkole, na uczelni czy w pracy, a przecież w gruncie rzeczy o to chodzi.


W ramach zakończenia jeszcze słów kilka o wymaganiach sprzętowych. Nie są wygórowane: Pentium 4 1 GHz, 256 MB RAM, dysk 1.2 Giga, karta graficzna 64 MB i CD x24. Podaję oczywiście wymagania rekomendowane. Ja grałam na sprzęcie: Windows XP, Pentium Intel Centrino Duo 1.7 GHz, 512 MB RAM, Dysk 80 Giga, grafika zintegrowana Intel 128 MB, napęd DVD i co? I hulało i śmigało oczywiście bez żadnego zacinania, żabkowania, etc. Dodam również, że grałam na notebook’u... Niestety nie miałam możliwości sprawdzenia tej gry na słabszym sprzęcie, ale nie mam też powodów przypuszczać, żeby chodziła dużo gorzej.



Ocena końcowa? Cóż, jeśli szukacie łatwej, lekkiej, przyjemnej i niezobowiązującej rozrywki albo dopiero zaczynacie Waszą podróż z grami przygodowymi, ta gra jest dla Was! Jeżeli natomiast szukacie bardziej wymagającej gry, a od przygodówki oczekujecie, że pot będzie Wam perlił czoło od wysiłku intelektualnego, zaś rozwiązanie łamigłówki, nad którą ślęczeliście przez tydzień sprawi, że będziecie skakać po pokoju jak dzieci, wówczas tę grę możecie sobie spokojnie odpuścić.











7 PLUSY:

grafika
+ dobra dla początkujących graczy
+ ma pewne niedociągnięcia, ale jednak wciąga
MINUSY:

zbyt prosta dla doświadczonych graczy
- spolszczenie
- muzyka

Oceny cząstkowe: Grywalność: 8, Zagadki: 4 (początkujący przygodówkowicze mogą tu sobie spokojnie wstawić 7!), Grafika: 8, Muzyka i udźwiękowienie: 5, Spolszczenie: 3 (i to słabe!)



autorka: Evillady