Blackwell Epiphany - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 18.05.2014 16:31

Kiedy kolejna część danej serii ma być ostatnią, w sercach wielu fanów pojawia się smutek na wieść, iż nadeszła pora symbolicznego pożegnania lubianych bohaterów. Jednocześnie czasami nie można też odpędzić od siebie obaw, czy twórcy przyszykują odbiorcom satysfakcjonujący finał. Na szczęście, Dave Gilbert i jego studio Wadjet Eye Games stanęli na wysokości zadania, serwując nam smakowite zwieńczenie cyklu Blackwell.



W Blackwell Epiphany, czyli piątej i zarazem finalnej odsłonie sagi, prześledzimy dalsze losy oryginalnego duetu, który zajmuje się detektywistyczno-paranormalnymi sprawami. Ten niecodzienny zespół tworzą obdarzona mediumicznymi zdolnościami Rosangela oraz duch Joey, z wyglądu przypominający nieco bohaterów kryminałów noir. Ich główne zadanie polega na pomaganiu niespokojnym duszom zmarłych w przeprawie na drugą stronę, co wymaga także poznania istotnych szczegółów z doczesnego życia owych nieboszczyków. Początek Epiphany wita nas właśnie tego rodzaju dochodzeniem, związanym z pewnym opustoszałym hotelem. Jak łatwo zgadnąć, istnieje podejrzenie, iż jest on nawiedzony. Nasi protagoniści muszą to sprawdzić i w razie potrzeby „oczyścić” budynek z ektoplazmy. Rutynowa praca wkrótce ustępuje jednak miejsca głównemu wątkowi, który koncentruje się wokół o wiele poważniejszego problemu. Mianowicie ktoś lub coś dosłownie rozrywa duchy, definitywnie je unicestwiając. Rosa Blackwell i Joey Mallone spróbują zatem odszukać winnego, a tym samym powstrzymać go przed kontynuowaniem niecnego procederu.



Blackwell Epiphany


Fabularna profeska



Flagowy cykl studia Wadjet Eye Games od początku ujął mnie sprawnie poprowadzonym scenariuszem oraz wyraziście nakreślonymi postaciami, wśród których nawet bohaterowie drugoplanowi nie są bezpłciowymi figurami. Najbardziej zżyłam się z Rosą, aczkolwiek Joeya również darzę ogromną sympatią. Co więcej, wzajemne przekomarzanie się tej dwójki nierzadko wywołało delikatny uśmiech na mojej twarzy. Oczywiście elementy humorystyczne pełnią tutaj rolę subtelnego dodatku, gdyż cała seria jest przede wszystkim połączeniem kryminału z thrillerem paranormalnym. Epiphany kontynuuje ową drogę, okazując się przy tym najlepszym rozdziałem sagi. Produkcja zawiera interesujące zwroty akcji, a także nierzadko skłania do refleksji i potrafi autentycznie wzruszyć. Wprawdzie twórcy nie serwują nam koktajlu emocji na miarę To The Moon, lecz dzieło autorstwa Freebirds Games opowiadało zupełnie inną historię, której nadrzędnym celem było wyciskanie łez. Czy można więc cokolwiek zarzucić fabule najświeższego Blackwella? W zasadzie nie, ale „piątka” w najsilniejszym stopniu ze wszystkich części wymaga znajomości poprzedniczek, domykając podjęte przez nie wątki. Bez owej wiedzy poczujemy się nieco zagubieni, a co za tym idzie – nie docenimy w pełni nowych perypetii sympatycznego duetu.



Po co zmieniać to, co dobre



W przypadku sterowania, deweloperzy postawili na sprawdzone rozwiązania. Grę w dalszym ciągu obsługujemy przy pomocy umiłowanej przez przygodówkowiczów myszki. Prawy przycisk gryzonia służy do oglądania osób i rzeczy, zaś lewy wykorzystamy do zmiany położenia, przeprowadzania rozmów oraz używania przedmiotów. Zmianom nie uległ też ekwipunek, którego zawartość wyświetla się u góry ekranu. Wzorem wcześniejszych części, znajdziemy tam nie tylko zgromadzone rekwizyty, których nie zbierzemy zresztą zbyt dużo. Na pasku schowka umieszczono ponadto wyjście do menu, wielofunkcyjny telefon Rosangeli oraz przyciski umożliwiające przełączanie się pomiędzy postaciami, lecz za ostatnią z wymienionych funkcji odpowiada również klawisz Tab. Co ciekawe, panna Blackwell i pan Mallone nie są w Epiphany jedynymi grywalnymi bohaterami. W trakcie krótkich wstawek, których akcja została osadzona w latach trzydziestych minionego stulecia, wcielimy się w dwie inne postaci. Któż taki trafi jeszcze pod naszą kuratelę? Tego już nie zdradzę, aby nie popsuć nikomu zabawy.



Blackwell Epiphany


Dłużej i lepiej



Chociaż gameplay bazuje na charakterystycznych dla serii patentach, Epiphany pozytywnie wyróżnia się na tle poprzedniczek. Gra jest najdłuższą odsłoną cyklu, a jej ukończenie zajmuje przyzwoite 7 godzin z minutami. Oprócz tego, odznacza się wyższym stopniem trudności, ale postawione przed graczem wyzwania są jak najbardziej logiczne. Po prostu trzeba skrupulatnie śledzić rozmowy, studiować znalezione dokumenty, badać elementy otoczenia, a następnie wyciągać odpowiednie wnioski. Swoistą formę podpowiedzi stanowią konwersacje Joeya i Rosy, lecz nie oczekujcie od nich podawania rozwiązań na tacy. Podczas owych pogawędek, bohaterowie w nieco zawoalowany sposób zasugerują kolejny krok. Jako że nie wnikają w nadmierne szczegóły, sami musimy domyślić się, co konkretnie należy w danym momencie zrobić. Dzięki temu nie stracimy satysfakcji z samodzielnego przejścia produkcji, nawet wtedy, kiedy każemy protagonistom podyskutować na temat najbliższych posunięć.



Jak na zespół przystało



Podobnie jak w innych częściach sagi, rozgrywka polega na współpracy naszych podopiecznych, którzy wzajemnie się uzupełniają. Będąc istotą niematerialną, Joey ma ten przywilej, iż wolno mu przenikać przez zamknięte drzwi tudzież dokonać zwiadu pod nosem niczego nieświadomych śmiertelników. Ponadto potrafi zdmuchnąć niewielkich rozmiarów obiekty, które przydadzą się pannie Blackwell. Na barkach Rosangeli spoczywają z kolei takie zadania jak konwersacje z żywymi ludźmi, podnoszenie przedmiotów czy obsługa smartfonu. Przy użyciu wielofunkcyjnego gadżetu, dziewczyna będzie mogła oczywiście dzwonić i odbierać wiadomości, a także łączyć poszlaki oraz surfować po sieci. Do owego urządzenia wgramy też istotne dla śledztwa pliki. Wspominając o obowiązkach bohaterów i partnerskiej kooperacji, nie wypada mi pominąć funkcji zawołania drugiej postaci w momencie, gdy przebywa na innej planszy. Co prawda nie zawsze można z niej skorzystać, ale zaistniałe ograniczenia zostały bardzo dobrze uzasadnione. Przykładowo nic nie wskóramy wzywając Rosę, która stoi za zamkniętymi na klucz drzwiami.



Blackwell Epiphany


Retro z klasą



Oprawa wizualna to kolejny aspekt Epiphany, który czyni przygodówkę najlepszą ze wszystkich Blackwelli. Produkcja wygląda ładniej od pozostałych odsłon, jednocześnie zachowując wierność stylowi pixel art. Lokacje, których zwiedzimy całkiem sporo, wykonano z dbałością o detale i głębię kolorów. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że grafiką Epiphany nie pogardziłyby osoby nie gustujące w stylistyce retro. Poszczególne plansze odznaczają się różnorodnością i odpowiednim nastrojem, zaś najbardziej spodobały mi się przechadzki po ośnieżonych miejscówkach. Warto przy tym nadmienić, iż niezaprzeczalny urok posiada również mapa. Przedstawia ona nocną panoramę miasta, natomiast ikony z aktywnymi lokacjami umieszczono w górnej części ekranu, nie zakrywając atrakcyjnego tła. Dodam jeszcze, iż klimatycznej warstwie wizualnej wtóruje bardzo dobry angielski dubbing oraz nie mniej nastrojowa muzyka autorstwa Thomasa Regina.



Jeżeli graliście we wcześniejsze rozdziały sagi Blackwell i ciepło je wspominacie, nie wahajcie się ani dłużej przed sięgnięciem po „piątkę”. To bez wątpienia najlepsza część serii od studia Wadjet Eye Games, która spełni oczekiwania wielbicieli paranormalno-detektywistycznych historii. Dave Gilbert wraz ze swoim zespołem zgotował odbiorcom wyśmienitą kryminalną opowieść o duchach, doprawiając ją nutami humoru i wzruszeń. Nie zawiódł też na polu rozgrywki, ponieważ Blackwell Epiphany satysfakcjonuje pod względem długości oraz stopnia skomplikowania zagadek. Cóż, wielka szkoda, że to już koniec tego zacnego cyklu.















9 PLUSY:

wciągająca fabuła, która idealnie wieńczy całą sagę
+ charyzmatyczni bohaterowie
+ kilka grywalnych postaci
+ najdłuższa i najtrudniejsza odsłona serii
+ bardzo ładny pixel art
+ dobry angielski dubbing
+ nastrojowa ścieżka dźwiękowa
MINUSY:

nie ruszać bez znajomości poprzednich części


Autorka: crouschynca