Journey of a Roach - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 08.12.2013 15:01

Karaluch raczej nie nadaje się na gwiazdę, którą otaczałby wianuszek wielbicieli. Nie posiada atrakcyjnej aparycji, nie przejmuje się higienicznym trybem życia... Jak tu zatem wprowadzić go na salony lub umówić na spotkanie z fanami? Kto wie, czy podobne refleksje nie naszły zespołu ze studia Koboldgames. Być może dlatego szwajcarska ekipa zajęła się ociepleniem wizerunku owego insekta, tworząc przygodówkę pt. Journey of a Roach. Co prawda, główni bohaterowie produkcji nie muszą rozdawać autografów ani pozować na ściankach, lecz dzięki olbrzymiemu urokowi osobistemu sprawdzają się jako medialne bestie.



Journey of a Roach zabiera graczy do świata, któremu daleko do krainy mlekiem i miodem płynącej. Na skutek wojny nuklearnej wszędzie widać surowe pustkowia, zgliszcza oraz ruiny dawnych miast. Pomimo tego uniwersum przygodówki nie jest kompletnie pozbawione życia. Ba, niektóre istoty całkiem nieźle sobie radzą w niesprzyjających warunkach, a nawet nie tracą pogody ducha. Do takich stworzeń zaliczają się wspomniane we wstępie karaluchy o imionach Jim i Bud. Przyjaciele mieszkają w podziemnym bunkrze, który daje także schronienie innym organizmom. Naszym protagonistom zdarza się jednak wyściubić nos poza granice owego schronu. Buda poznajemy zresztą w momencie, kiedy wyruszył na taką eskapadę w poszukiwaniu przydatnego złomu. Podczas pobytu na powierzchni, jego uwagę skupia nagle wyrastający z ziemi kwiat, co stanowi niecodzienny, jak na postapokaliptyczną scenerię, widok. Podekscytowany owad wraca więc do domu, aby poinformować kumpla o niezwykłym odkryciu. Jako że Jim podziela entuzjazm swojego towarzysza, obaj czym prędzej wyruszają po upragnioną roślinę.



Journey of a Roach


Z uśmiechem naprzeciw problemom



Łatwo przewidzieć, że tytułowa podróż wcale nie należy do najprostszych. Ekipa z Koboldgames postanowiła bowiem nieco pokrzyżować plany naszych herosów, rzucając im kolejne kłody pod odnóża. Szczególnie poszkodowany będzie Bud, który już w pierwszych minutach gry zostaje przygnieciony beczką. Nieborak co rusz wpada w tarapaty, zaś z opresji ratuje go Jim, którego poczynaniami kierujemy w trakcie rozgrywki. Chociaż sympatyczny duet musi stawić czoła różnym przeciwnościom losu, twórcy prezentują całą historię w lekkiej i zabawnej formie. Przyznam, że szwajcarska produkcja autentycznie mnie rozbroiła bezpretensjonalnym wdziękiem oraz niewymuszonym humorem. Pozytywne wrażenia wywołują również postaci, z jakimi zetkną się przeurocze karaluchy. Z pewnością wielu graczy rozbawi owadzi rastafarianin czy pajęczyca, która traktuje małe muchy niczym własne dzieci. Z kolei mrówki robią za miejscowe czarne charaktery, ale w myśl komediowej konwencji opowieści, ich działania bardziej śmieszą niż przerażają.



Klawiatura nie musi być złem



Jeśli chodzi o sterowanie, Journey of a Roach wyróżnia się na tle tradycyjnych przedstawicieli swojego gatunku. Uniwersum gry przemierzamy przy użyciu klawiszy WSAD lub strzałek kierunkowych. Korzystanie z klawiatury wzbudziło na początku moje obawy, ponieważ w point and clickach najlepiej sprawdza się myszka. Na szczęście, perypetie karaluchów przynoszą miłą niespodziankę, oferując nam przystępną i wygodną obsługę. Sympatyków gryzoni od razu uspokajam, że nie zapomniano o ich ulubionym kontrolerze. Otóż takie czynności jak podnoszenie czy używanie przedmiotów wykonamy przy pomocy lewego przycisku myszy. Przy okazji warto nadmienić, iż deweloperzy proponują też alternatywne rozwiązanie, a konkretnie możliwość gry z padem w dłoniach.



Journey of a Roach


Do góry nogami



Autorzy projektu słusznie stwierdzili, iż bycie robakiem do czegoś zobowiązuje. Jak wiadomo, insekty wszędzie wejść potrafią, a co za tym idzie, nie straszne im dreptanie po ścianach oraz sufitach. Nie inaczej jest z Jimem, który chętnie przechadza się po trudno dostępnych miejscach. Co najważniejsze, kamera dostosowuje się do ruchów bohatera, zmieniając w razie potrzeby swoje położenie. Odwrócenie ekranu nie tylko ułatwia eksplorację bieżącej powierzchni, lecz również nadaje grze cechy innowacyjności. Rozbudowana w stosunku do innych przygodówek przestrzeń nie wpływa jednak znacząco na gameplay. Zwolennicy klasycznego podejścia do gatunku mogą odetchnąć z ulgą i potraktować wykorzystanie karaluszych zdolności jako ciekawe urozmaicenie, gdyż rozgrywka opiera się głównie na zbieraniu oraz używaniu przedmiotów. Jedyna, aczkolwiek istotna różnica polega na tym, że do wielu interaktywnych obiektów dostaniemy się wchodząc aż na sufit.



Wyzwania, z jakimi zmierzymy się w Journey of a Roach, nie należą do najtrudniejszych. Produkcja nie jest skierowana w stronę hardcorowych odbiorców, ale też nie ociera się o banał jak chociażby Secret Files: Sam Peters. Stopień skomplikowania poszczególnych zadań wzrasta wraz z rozwojem fabuły, co ma związek z przeniesieniem gracza do obszerniejszych lokacji. Generalnie powinniśmy szybko wpaść na rozwiązania zagadek, pod warunkiem, że nie zapomnimy o kompleksowym zbadaniu otoczenia. Najwięcej czasu zabiorą nam natomiast fragmenty, w których musimy pamiętać o precyzyjnym przemieszczaniu postaci. Bez nadmiernego spoilerowania, zdradzę, iż trzeba wówczas przemykać pomiędzy pewnymi przeszkodami. Momenty te potrafią napsuć trochę krwi i wymagają nabrania odpowiedniej wprawy. Kolejny zarzut dotyczy krótkiego czasu, jaki spędzimy w towarzystwie karaluchów. Przy pierwszym podejściu dotarcie do finału potrwa maksymalnie trzy i pół godziny.



Journey of a Roach


Trochę buro, ale nie ponuro



Grafika została zrealizowana w pełnym trójwymiarze, lecz za sprawą technologii cel-shading zyskała przyjemny, komiksowy wygląd. Z racji postapokaliptycznej otoczki oraz osadzenia akcji pod ziemią, postawiono na dominację ciemnych barw. Nie oznacza to bynajmniej, że nie uświadczymy ani grama pogodniejszych tonacji. Przykładowo w mieszkaniu pajęczycy znajdziemy różowy dywanik oraz kolorowe zabawki. Ciepłych odcieni nie zabraknie też w lokum pogodnego rastafarianina. Oprócz tego, nie wypada mi pominąć obecności dwuwymiarowych przerywników filmowych, które przykuwają wzrok ładnym kreskówkowym stylem i rozbawią nawet największego smutasa.



Ze względu na krótki czas gry, soundtrack składa się z małej liczby melodii. Na szczęście, skomponowane na potrzeby produkcji utwory nadrabiają dopasowanym do komediowej fabuły charakterem. Mój bezapelacyjny faworyt to temat przewodni, który usłyszymy w menu oraz na napisach początkowych i końcowych. Kawałek ten wydaje się niekiedy lekko fałszujący, ale mamy tu do czynienia z tzw. świadomą dysharmonią. Co się tyczy postaci, bohaterowie porozumiewają się za pomocą chmurek dialogowych z obrazkami zamiast tekstu, a także poprzez przeróżne popiskiwania, pomruki itp. Najbardziej spodobała mi się mowa karaluchów, która przywodzi na myśl dziecięce gaworzenie.



Journey of a Roach


Owoc prac szwajcarskich programistów zadowoli zarówno miłośników tradycyjnych przygodówek, jak i wypatrujących innowacyjnych pomysłów graczy. W przypadku Journey of a Roach, owym powiewem świeżości jest oczywiście patent z bieganiem po ścianach. Gdyby losy pociesznych owadów trwały dłużej i nie zawierały denerwujących wstawek z omijaniem przeszkód, otrzymalibyśmy grę niemalże idealną. Mimo wszystko nie ma co narzekać, ponieważ szereg zalet przeważa nad nielicznymi wadami. Studio Koboldgames zaserwowało nam bardzo dobrą i zarazem pełną pozytywnej energii produkcję, z którą zdecydowanie warto się zapoznać.














8 PLUSY:

humor
+ przemili główni bohaterowie
+ barwne postaci na drugim planie
+ wygodne sterowanie
+ wędrowanie po ścianach i sufitach
+ przyjemna dla oka oprawa wizualna
+ współgrająca z fabułą muzyka
+ głosy bohaterów
MINUSY:

zbyt krótka
- irytujące fragmenty, które wymagają sporej precyzji od gracza


Autorka: crouschynca