Sherlock Holmes kontra Kuba Rozpruwacz - recenzja
Dodane przez Madzius888 dnia 09.07.2009 20:16

Lato, a właściwie nawet cały rok 2009, obfituje w kontynuacje kultowych gier przygodowych. Do tych właśnie tytułów zaliczyć można grę Sherlock Holmes kontra Kuba Rozpruwacz. Czego zatem możemy oczekiwać w sierpniu, kiedy to nastąpi jej polska premiera?


Tym razem ponownie powracamy do spraw znacznie poważniejszych niż kradzieże (choćby to były klejnoty koronne :)) – w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Londynu popełnione zostaje okrutne morderstwo. W niewielkiej uliczce na krańcach dzielnicy Whitechapel – Buck’s Row – odnalezione zostają zwłoki nieatrakcyjnej prostytutki. Sytuacja powtarza się w różnych częściach miasta, jednak zawsze ofiarą pada lady of the night. „Poszkodowane”, poza zawodem i brzydotą, łączy tylko i aż jeden element: każda z nich miała poderżnięte gardło. Londyńska policja jest bezradna w swoich poszukiwaniach, a ponadto stara się uniemożliwić wszelką działalność Sherlockowi. Śledztwo nie zapowiada się więc zbyt prosto: brak wsparcia ze strony władz; pozostaje niewiele osób kompetentnych do udzielenia jakiejkolwiek pomocy, a w dodatku morderca ze zbrodni na zbrodnię staje się jeszcze brutalniejszy, pozbawiając kobiety organów. Nawet biedny Watson w końcu nie wytrzymuje nerwowo, co zostaje zaznaczone odpowiednimi efektami dźwiękowymi dochodzącymi (na szczęście) gdzieś z oddali. :]



Brr! A typical London Morning



Ach! Pierwszy dzień śledztwa. Po nocy, w której dane nam będzie usłyszeć monolog Sherlocka o naturze zbrodni, przychodzą pierwsze dzienniki i nadchodzi właściwy czas na podjęcie działań, które jak zawsze zaczynają się od odwiedzenia posterunku i wydębienia jakichś informacji, które nie dotarły do prasy. Żeby je otrzymać trzeba natomiast wyświadczyć przysługę policjantowi, odbierając przedmiot z pewnego miejsca, w którym to przedmiot zaginął, ale gospodarz może poszukać w zamian za innego rodzaju pomoc związaną z włóczącym się gdzieś gościem, dlatego zatrudnić trzeba będzie jeszcze kolejną grupkę ludzi. Zamotane? Niezbyt, ponieważ kiedy przyjdzie Ci zagrać Sherlock dokładnie powie, gdzie masz się teraz udać i co zrobić.





Co ma wspólnego Doyle z Christie?



Takich to właśnie zagadek będzie w tej części przygód Sherlocka zdecydowanie najwięcej, co przypomina mi drugą część z serii gier na podstawie powieści Agathy Christie. Zagadek logicznych jest tu zdecydowanie mniej niż w poprzednich częściach, a skupiamy się raczej na śledztwie, które jest dosyć podobne, do tego z Orient Expressu: przez prawie całą grę będziemy buszować po, choć bardzo rozbudowanej, to jednak tylko jednej lokacji, którą jest dzielnica Whitechapel. I tak jak w pociągu, tutaj też będziemy niejednokrotnie wracać w to samo miejsce, obserwując zmiany jakie w czasie krótkiej nieobecności zaszły lub ponownie przepytując ludzi. Ci, którym nie odpowiada lub nie wystarcza duszna atmosfera ciasnych uliczek wypełnionych podejrzanym elementem, raczej będą niezadowoleni, zwłaszcza przez sposób poruszania się, ale o tym troszkę później. Poza tym odwiedzimy mały sklepik, poznaną wcześniej księgarnię Barneya i pewną melinę w opuszczonym budynku. Klimat gry mnie nie rozczarował: kocham atmosferę XIX-wiecznego Londynu, a dzielnica Whitechapel przypadła mi do gustu: smog unoszący się nisko nad ziemią i zasłaniający błękit nieba, szarość uliczek, ciasnota, tłok i kontrast między miejscową ludnością, a bogatszymi przybyszami, którzy przybywają tu tylko dla grzesznej uciechy. W dodatku, po tych terenach kręcą się ciekawe indywidua: damy do towarzystwa w olbrzymich sukniach z gorsetem, kataryniarze, sprzedawcy jedzenia z parującymi kotłami, w głos śpiewający pijacy opróżniający butelki z zielonego szkła, dzieci oraz szynkarze z pokaźnym sadełkiem.



Ence pence, w której ręce?



Z powodu tak dużej ilości odwiedzających poruszanie się sprawia pewną trudność w systemie trzecioosobowym, który zapewne zdecydowana większość od razu wybierze. Warto jednak pamiętać, że od tej części do wyboru mamy dwie opcje: widok pierwszo- lub trzecioosobowy, a każda z nich ma swoje plusy i minusy! Pierwszoosobowy to przede wszystkim mniejsze pole widzenia, kamera nie zawsze płynnie poddaje się ruchom myszki, lecz za to przedmioty są większe i wyraźniejsze, a sterowanie bardziej precyzyjne i pozwala na poruszanie się już w trakcie wskazówek Holmesa dotyczących kolejnego celu. Perspektywa z widoku trzeciej osoby to szersze pole, więc można więcej podziwiać, tła są bardziej stateczne, ale bardzo łatwo przeoczyć niewielkie elementy, a kierowanie point’n’clickowe za pomocą myszki powoduje, że bardzo często wpadamy na Watsona i inne osoby. Praktycznie zawsze zdarzało mi się to, kiedy szłam do szpitala od zachodniej części dzielnicy – tam ciągle stoi jakaś osoba z dużą rzeczą, której nie potrafiłam ominąć nawet kilkakrotnie zmieniając punkt docelowy, bo bohater zawsze wracał na ten chodnik. Jednak wcale nie jest tak, że i tu źle, i tak też niedobrze. Ja wybrałam złoty środek: w dużych, mniej zatłoczonych miejscach oraz wieczorem poruszałam myszką grając z opcją TPP , a w ciasnych uliczkach i kiedy musiałam coś znaleźć – wtedy przełączałam na tryb FPP i wszystko było dokładniejsze. Lubię mieć wybór. :)



Nie mam nic do zarzucenia muzyce. Ci, co będą kwilić, że znowu muzyka klasyczna, to kwilić będą, powszechnie wiadomo jednak, że forma, mimo wielu innowacji w samej grze, jest i będzie bardzo klasyczna. Z tego to powodu znajomych odgłosów nie ma co zmieniać, a podkłady zawsze będą stonowane i bardzo klasyczne. Holmes i Poirot wszak potrafią docenić symetrię. :)
Ponownie usłyszymy znane głosy głównych bohaterów, dodatkowo kilka nowych osób jako inne postacie, a spolszczenie będzie kinowe - zgaduję, że (jak zwykle) napisy by City-Interactive bez zarzutu + oryginalne angielskie dialogi, które nadal trzymają wysoki poziom.



Podążając dalej tropem oprawy: grafika jest naprawdę ładna, jednak nie zauważyłam, żeby uległa znacznej poprawie w porównaniu do poprzedniej części, czego spodziewałam się wnosząc po tym, że od Tajemnicy Mumii każda kolejna przygoda prezentowała sobą znaczny skok technologiczny. Nie ma się jednak co dziwić – przecież od czasu Arsène’a minęło zaledwie półtora roku. Nie znaczy to jednak, że jest brzydka. Raczej nowym smaczkiem tutaj dodanym są formy mini filmików, które też tutaj funkcjonują w trakcie dialogów. Do tej pory kamera wokół postaci również się poruszała, a teraz dodatkowo pojawiają się zabawy z przybliżaniem i oddalaniem, tak, że tło raz jest wyraźniejsze, a raz nie, jakby bawiono się lepszym aparatem fotograficznym. Efekt ten jest ciekawy, a widać go zwłaszcza na jaśniejszych kolorach. Poza tym oczywiście tła są wyraźne, postacie niezmiennie idealne i precyzyjnie wykonane, a gra funkcjonuje dobrze na monitorach o wyższej rozdzielczości. Jedyną z powielanych wpadek są drzwi do wszystkich możliwych pomieszczeń. Kiedy jeszcze na początku nie odkryjesz możliwości, jakie daje Ci korzystanie z obu trybów albo zdecydujesz się tylko na FPP i będziesz kierować Holmesem lub Watsonem każąc mu podążać za (swoją drogą dosyć ciekawym) wskaźnikiem w kształcie noża, to nie raz trochę pomocujesz się z trafieniem we framugi. Ich otwarcie to sekunda, natomiast otwarte pozostają tylko przez krótki czas. Jeżeli nie trafisz i będziesz próbować zbyt długo, to po prostu się zamkną, odcinając trasę wyjścia. Kiedy natomiast zrobisz to w ostatniej chwili, to Sherlock lub Watson, w zależności kim kierujemy, po prostu przez nie przenikają. Wygląda to nienaturalnie, a poza tym – trochę przerażająco. Jednak moim zdaniem największe i absolutne faux pas popełniono już na samym początku w dwóch podpunktach: najpierw samo intro, w którym muzyka wraz z dialogami na domyślnych ustawieniach po prostu zagłusza całą rozmowę (nie należy jej potem przestawiać, ponieważ już od następnego momentu będzie poprawnie!), a następnie w scenie morderstwa ręce Kuby Rozpruwacza po prostu... nie pasują do szyi Polly Nicholson! Nawet nie ślizgają się po niej, ale po prostu perfidnie pozostaje puste miejsce - wierzgania prostytutki i podduszanie rękoma, które w teorii mają szyję ciasno oplatać, nie zostały właściwie zsynchronizowane. Nawet nie lubię francuskiego, a energicznie wykrzyknęłam: faux pas!





Good to be narrow



Tak jak już wcześniej wspominałam, Sherlock vs Kuba Rozpruwacz bardziej przypomina śledztwo w stylu Agathy Christie. Zagadek w stylu znanym z wcześniejszych części jest zdecydowanie mniej... pojawiają się za to zupełnie nowe, bezpośrednio związane z morderstwem, ciałem, miejscem i przebiegiem zbrodni. Nie zbieramy pyłu kwiatowego zza paznokci, żeby zbadać go pod bardzo dokładnym mikroskopem, jednak za pomocą sherlockowskiej lupki dokładnie oglądamy każdy element, z którego wniosek zostanie zanotowany na dość dużej tablicy dedukcyjnej.
Potem przychodzi czas na „laboratoryjną” robotę – za pomocą dostępnych środków Sherlock rekonstruuje ułożenie organów w ciele jakiejś małej afrykańskiej brązowej lalki (prawie jak Anatomiczna Jane :)), bada ostrość ostrza na materiale najbardziej podobnym do tkanki ludzkiej – świńskich łbach, których odnalezienie przypadnie w udziale Watsonowi itp.
Następnie trochę pracy „papierkowej”: jako Watson uzupełniamy boksy na tablicy dedukcyjnej poznanymi faktami i wyciągamy odpowiednie wnioski (jedną z trzech opcji), aby z tych wniosków wyciągnąć następne wnioski (jedną z trzech opcji) i tak aż do wniosków finalnych prowadzących do ostatecznej myśli – jest ich naprawdę sporo, tak że nie ma mowy o ślepym strzale, trzeba uważnie słuchać oraz troszku się naczytać. Oprócz takich tablic pojawią się również inne: dotyczące motywów zbrodni, do których należy przyporządkować wyjaśnienia oraz zaznaczyć „Tak” przy tych możliwych, a nawet prawdopodobnych oraz linie czasu, na których umiejscawia się odpowiednie wydarzenia. Całkowite absolutne świetne novum to również przebieranie manekinów za potencjalnych podejrzanych – dzięki temu wyobrażenie ich sobie i kolejna analiza jest znacznie łatwiejsza, a same zadania – ciekawsze...
...A wszystko po to, żeby dojść do tego, kim jest Kuba Rozpruwacz znany też jako Jack The Ripper, Jack el Destripador lub Jack L’Eventreur. :)



Genialnie wykonano też zagadki, przy których wykorzystać trzeba kilka dokumentów naraz – praktycznie przy każdej tablicy trzeba było wyszukać odpowiedni dialog lub dokument (podobnie jak w Srebrnym Kolczyku, z tą różnicą, że tutaj teza jest wysunięta na początku), a kiedy do rozwiązania jakiejś zagadki potrzebujemy wiadomości z nich wyciągniętych, to po zaznaczeniu (wybraniu) dokumenty te pojawią się otwarte koło zagadki. To naprawdę fajna rzecz – do tej pory grzebałam w takim samym inwentarzu, robiłam screeny i zlepiałam je poza grą w jeden, a tutaj podano mi na tacy, żeby czerpać przyjemność z samego rozwiązania zagadki. Szkoda tylko, że pojawia się tu wpadka: dokument wybieramy otwierając inwentarz (tak jak w Draculi podczas rozwiązywania można sięgnąć do wszelkich informacji tam zebranych), szukając odpowiedniego i klikając na pasek: Użyj jako dowód. Niestety, kiedy okazuje się, że wybraliśmy niewłaściwy tekst, to pojawia się u góry (w zakładce) ten tekst wraz z... krzyżykiem, który pozwala anulować wybór. Takiego krzyżyka nie ma przy właściwym artykule– zapewne wiele osób skusi się przez to na strzelanie na oślep. Lepszym rozwiązaniem byłoby natomiast, gdyby taki „krzyżyk anuluj” pojawiał się przy każdym dokumencie. Wtedy sprawdzenie, czy faktycznie to dobry element układanki wymagałoby wyjścia z inwentarza i cofnięcia się do głównego ekranu zagadki.





Bardzo zawiodłam się jednak na badaniu modus operandi (którą ręką, w jakiej pozycji leżała/stała ofiara i zabójca itp.), które przeprowadzaliśmy na Watsonie już w demie – okazuje się, że jest niestety pierwszym i ostatnim tego typu zabiegiem, a trzeba przyznać, że było naprawdę ciekawie poznać empirycznie takie szczegóły, a nie zostać o nich tylko poinformowanym. Poza tym apetyt rośnie w miarę jedzenia, a tu okazało się, że wspomniane przeze mnie linie czasu stawały się... z zagadki na zagadkę coraz łatwiejsze – na początku trzeba je było zdobywać ponownie czytając i dopasowując dialogi do króciutkich notatek pod linią, ale przy następnych zagadkach...właściwe godziny zostały zawarte już w tych notatkach, także przeklejając . Takie jednak błędy nie zniweczyły przyjemności jaką czerpałam z pozostałych zadań: odszyfrowania z jidysz na angielski i odwrotnie, a następnie cyfr na litery czy też z zagadki matematycznej, czy też z płynnego wykonania wspomnianych wyżej eksperymentów.



Panta rhei



Brak płynności. To największy zarzut i największa bolączka Sherlocka vs Kuba Rozpruwacz. Nie możemy wyjść z domu, bo... nie ma Baker Street - od razu pojawia się mapa wraz z punktami, na które można kliknąć, żeby się w niewiadomy sposób przetransportować. Przejście do księgarni Barneya pamiętamy bardzo dobrze: w lewo, następnie za Golden Lion w prawo, przejść koło kwiaciarki i już. Tutaj natomiast... również funkcjonuje jako jakiś punkt w oddali na mapie. Kilka rzeczy z poprzednich części jest skopiowanych – np. fiolka z lekarstwem (znana jako woda święcona z Draculi: Origin i białe lekarstwo z Przebudzenia), a Ulica Piekarzy nie. Podobnie rzecz się dzieje z Sherlockiem: przebiera się za miejscowego w te same ciuchy, co w poprzednich częściach, na Baker Street pojawia się nie wiadomo czemu w garniturze, a po powrocie znowu wygląda jak menel. Ponownie brak tu jakiegoś płynnego przejścia, rozsądnego wytłumaczenia lub choćby z lekka głupkowatego komentarza. To jestem w stanie wybaczyć, ale braku ulicy zupełnie nie!



Sherlock Holmes kontra Kuba Rozpruwacz rozczarował mnie w kilku elementach, jednak dalej jest to gra dobra, którą warto przejść. Nie jest długa, w ostatniej części całkowicie się sypie i pozostawia nie tyle niedosyt, co niesmak. Być może warto byłoby jeszcze nad tym tytułem popracować, łącznie z samym scenariuszem, być może warto byłoby dać sobie jeszcze rok czasu na cały projekt, ale mamy, co mamy: kolejną przygodę Sherlocka Holmesa o niesamowitym klimacie, równie mrocznym jak w Przebudzeniu, detektywa, który ciągle obraża swojego przyjaciela bezczelnymi odzywkami, na co ten reaguje równie przyjaźnie wrednymi (choć bardziej stonowanymi) komentarzami, zagadki zupełnie innego typu, będące CSI z wykorzystaniem narzędzi dostępnych w XIX wieku, możliwość poznania ciekawych ludzi, a dodatkowo mniej więcej kilkudniową rozgrywkę w naprawdę świetnej cenie!











7,5 PLUSY:

klimat
+ śledztwo
+ muzyka
MINUSY:

brak Baker Street
- parę wpadek w fizyce gry


autorka: Madzius888