Agon: The Mysterious Codex - recenzja
Dodane przez Adventure-Zone dnia 01.07.2009 14:37

Malkontenci od jakiegoś czasu sugerują, iż gatunek adventure nie ma przyszłości i stopniowo chyli się ku upadkowi. Ale nie dlatego, że nie ma komu w przygodówki grać, ale dlatego, iż twórcy „wystrzelali” się już z oryginalnych pomysłów i powoli wpadają w coraz głębszą rutynę. Odcięta od świata wyspa, poszukiwania skarbu, próba powrotu do domu, rozwikłanie zagadki tajemniczego zabójstwa – ile razy już to widzieliśmy? Jednak czy kiedykolwiek podczas wirtualnej przygody zdarzyło Ci się ruszyć w bajkową podróż dookoła świata, celem odkrycia tajemnicy starożytnych gier planszowych?



To wszystko obiecuje nam firma Private Moon Studios – developer z nikłym doświadczeniem, ale dużymi ambicjami. Owa opowieść o grach planszowych ma być podkładem fabularnym dla 14 epizodów – w zamierzeniu – pasjonującej i wciągającej przygodówki o enigmatycznym tytule AGON.
Póki co, za sprawą polskiego wydawcy, firmy Play, otrzymaliśmy trzy z nich w zgrabnym packu o podtytule The Mysterious Codex – w atrakcyjnej cenie 10 zł i polskiej wersji językowej – brzmi zachęcająco, czyż nie?



Ale o co kaman?!


Akcja gry zaczyna się pewnego deszczowego dnia roku pańskiego 1903, w przytulnym gabinecie Samuela Hunta, profesora British Museum. Nie wiemy co tu robimy i co zrobić mamy – brak tu jakiegokolwiek intra, wprowadzenia do przygody. Gdyby nie szczątkowa informacja na pudełku, nie wiedzielibyśmy nawet, kim jesteśmy i gdzie się znajdujemy.
Z czasem jednak twórcy uchylają przed nami rąbka tajemnicy. Chaotyczne przeszukanie pokoju pozwala nam znaleźć zalążek całej fabuły – list do profesora oraz kamienny odłamek, będący fragmentem jakiejś większej, spójnej całości. O co, do diaska, chodzi? Treść wiadomości nie rozwiewa naszych wątpliwości – straszny bełkot pozwala nam jedynie dowiedzieć się, iż ktoś rzuca nam wyzwanie, związane z tajemnicą starożytnych gier planszowych. Więcej szczegółów jednak niestety nie podaje.
W tym miejscu zaczyna się nasza wielka – miejmy nadzieję, 14-epizodowa – historia. W pierwszych 3 odcinkach nasz bohater zwiedza 3 różne zakątki świata – Londyn, Laponię i Madagaskar (w czwartym, nad którego wydaniem w Polsce prace trwają, prof. zabawi w słonecznej Hiszpanii). Każdy ma nam gwarantować różnorodne lokacje, odmienne historie i za każdym razem zupełnie nową grę planszową do zdobycia. Czy w trzech pierwszych odcinkach obietnice zostały dotrzymane? Hmmm, z pewnością nie wszystkie...





Profesor Samuel Nudziarz


Zabawę inicjujemy we wspomnianym już wcześniej Londynie. Nie ma co owijać w bawełnę: nie nastraja on optymistycznie do dalszej gry. Angielski epizod prezentuje się bardzo miernie – nudzi, frustruje (przez większość czasu nie jesteśmy pewni co robić i po prostu wykonujemy jedyne dostępne czynności), a przy tym eksponuje wszystkie główne mankamenty produkcji.
Na miano głównego z pewnością zasługuje sterowanie. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się OK – mamy tu trójwymiarowe lokacje, które zwiedzamy z perspektywy pierwszej osoby, przy pomocy znanej choćby z przygodówek Kheopsa (Powrót na Tajemniczą Wyspę, Podróż na Księżyc, Wyspa Skarbów, Nostradamus itd.) struktury węzłowej. Jest jednak małe „ale” – żeby przesuwać obraz, nie wystarczy ruszać myszką, ale trzeba też przytrzymywać lewy przycisk myszy. Zaprawdę powiadam Wam – ciężko się do tego rozwiązania przyzwyczaić i z początku przyprawi ono nawet największych twardzieli o chwile frustracji. Zwłaszcza, że obszar obejmowany przez kamerę jest bardzo mały, co zmusza nas do częstego i długiego trzymania klawisza. Co więcej – o ile ludzie z Kheopsa starali się, by w ich grach przy każdym „węźle” było coś do zrobienia, o tyle Private Moon przyjął kompletnie inną filozofię. Stąd nieprzebrana masa kompletnie niepotrzebnych nikomu punktów, przez które musimy się przedrzeć, by znaleźć odpowiednie rozwiązania zagadek. Dla przykładu – klatka schodowa w londyńskim muzeum to 5 węzłów. Na żadnym z nich nie mamy ABSOLUTNIE NIC do zrobienia, z każdego jest też tylko jedna droga wyjścia. Mimo to musimy mozolnie przejść przez każdy, starannie przesuwając uciążliwą kamerę. I tak marne kilkanaście razy podczas jednego etapu… Nie dość, że idiotyczne i zniechęcające graczy, to jeszcze pozwalające podejrzewać twórców o sztuczne wydłużanie rozgrywki.



Podobne zarzuty jak ulał pasują również do koronnego elementu gry – translacji tekstów z różnych języków (m.in. Morse’a) na angielski (oczywiście, że na angielski, bo przetłumaczenie tego elementu wymagałoby grzebania w mechanice gry, a na to panowie z Playa się nie porwali; nie znasz języka – będziesz miał trochę trudniej). Jako że nie idzie otworzyć tłumaczonego tekstu i słownika na jednym ekranie, musisz przepisać tekst na kartkę, następnie starannie – literka po literce – przetłumaczyć, a w kolejnym kroku – również literka po literce! – wstukać przy użyciu specjalnej maszyny, wykorzystującej myszkę. Pomyliłeś się w jednej literce? Wpisuj od nowa! I nie ma, że boli…
Zresztą kartka papieru przydaje nam się tutaj nagminnie – w AGON’ie znajdowane informacje (choćby numery telefonu) nie są zapamiętywane automatycznie, a następnie przywoływane w odpowiednim momencie. Tutaj o każdy ślad musimy zadbać sami. Zapewne fani „realizmu” poczują się jak ryby w wodzie, jednak młodsi gracze, przyzwyczajeni do ostatnimi laty wydawanych „lekkostrawnych” produkcji mogą być zdezorientowani.






Nędznego obrazu dopełniają obskurna oprawa (dalej jest dużo lepiej, co jednak nie dziwi – chmurny Londyn musi wyglądać gorzej od malowniczo białych krajobrazów Laponii i skąpanego w słońcu Madagaskaru), śmiało wydobywająca się z monitora nuda i najnormalniejszy brak identyfikacji z bohaterem – serio, tak „pustej” postaci, jak prof. Hunt, w przygodówce nie widziałem już daaawno. Sorry, ale jeśli mam z facetem spędzić 14 epizodów, muszę go choćby trochę poznać. Niestety, AGON na to nie pozwala.



Mężczyzny nie poznajemy po tym, jak zaczyna…


...ale po tym jak kończy. Panowie z Private Moon zaczęli fatalnie, ale nie pogrzebali resztek nadziei na szczęśliwe zakończenie. Jeśli bowiem z każdym następnym odcinkiem będą robić takie postępy, jakie zaobserwowałem – po zwiedzeniu londyńskiego muzeum – przenosząc się do Laponii i na Madagaskar, aż boję się pomyśleć, jak dobry będzie epizod czternasty. :)
W owych dwóch epizodach cała przygoda powoli nabiera rumieńców – w Laponii poznajemy zawiadowcę-wynalazcę z nałogiem alkoholowym, zaś na egzotycznej wyspie pomagamy emerytowanemu piratowi. Gra wreszcie zaczyna być wciągająca, a zagadki frapujące i intrygujące, ale logiczne – za pomocą talerza wiszącego na ścianie otwieramy szopę, tresujemy renifera grając na organkach albo przy użyciu teleskopu szukamy rozrzuconych po lesie wskazówek. Co prawda Hunt nie raczy nas wskazówkami jak np. sypiący nimi z rękawa w ostatniej części swoich przygód Simon Czarodziej, ale mimo wszystko dajemy sobie radę. Nie jest najłatwiej, ale przynajmniej autorzy nie mają nas za idiotów, nieumiejących skojarzyć dwóch informacji. Zastosowane tu rozwiązania (poza tymi, na które narzekam :P) z pewnością zyskają aprobatę sporej rzeszy graczy.
W sumie mogę przyczepić się tylko do jednej łamigłówki – przedzierania się przez las. By znaleźć drogę w gęstych zaroślach, musieliśmy nasłuchiwać, z której strony najgłośniej słychać piski lemura, który przez ów las miał nas przeprowadzić. Tu macie znak gwarancji Adventure Zone – skrajna frustracja zapewniona. Osoby bez młodzieńczego, maksymalnie czułego słuchu mogą mieć srogie kłopoty, co de facto zakończy ich przygodę z AGON’em – w tym przypadku wszelkie poradniki i solucje rozkładają bezradnie ręce, a przechodzenie metodą prób i błędów potrafi zająć naprawdę sporo czasu.



Laponia i Madagaskar niosą za sobą jeszcze jedną bardzo ważną atrakcję, śmiało pretendującą do tytułu największego „magnesu”, który powinien przyciągnąć Was do AGON’a. Mianowicie - gry planszowe. Po każdym z etapów mamy okazję zagrać w jedną i – by przejść dalej – pokonać przeciwnika, posiadacza gry. Tutaj spory plus – planszówki naprawdę dają radę. Gdy poznamy rządzące nimi zasady, całkiem przyjemnie się gra i z satysfakcją odnosi zwycięstwo.





Rzemieślnicy – czyli o video i audio


Pora słów kilka poświęcić na technikalia – te, w przypadku AGON’a ani ziębią, ani grzeją. Grafikę przygotowano dość starannie, acz bez fajerwerków. Londyn wygląda obskurnie, jednak dalej jest już dużo lepiej. Można powiedzieć, że zastosowana przez twórców technika 3D zdała egzamin, jednak nie sposób nie wyśmiać hucznego „fotorealistyczna grafika!” widniejącego na pudełku.
W przypadku udźwiękowienia również pozwolono sobie na odrobinę „skromności” na okładce – „30 utworów muzycznych”, brzmi dumnie. Trzydzieści ich może jest, nie wiem, nie liczyłem. Ale jeśli tak, to nad wyraz krótkich. Ich monotonną powtarzalność z łatwością da się wyczuć. Co nie zmienia faktu, że muza nie rzuca się jakoś w uszy i nie burzy obrazu całości.



Co do polskiego wydania AGON’a – 10 złotych. Tyle można powiedzieć, bo całość dostosowuje się do tego – dodajmy - bardzo niskiego poziomu. Oczywiście tak atrakcyjna cena bardzo cieszy, ale tandetne pudełko (zwyczajowe problemy z zamknięciem), brak jakiejś instrukcji i mizerne tłumaczenie – z całą pewnością już nie. Co do tego ostatniego, i tak nie powinniśmy narzekać, tylko cieszyć się, że w ogóle za tą cenę mamy dostępne nasze nadwiślańskie narzecze. Nie zmienia to jednak faktu, że przetłumaczony tekst to niejednokrotnie niespójny bełkot, znaczony też niestety od czasu do czasu błędem rzeczowym.



W przypadku pierwszych trzech epizodów przygód Samuela Hunta odpowiedź na odwieczne pytanie „kupować, czy nie kupować?” nie powinna nastręczyć zbyt dużo kłopotów. Dla fanów przygodówek przyzwoita pozycja z gatunku w tak śmiesznej cenie jest pozycją obowiązkową. Warto, choćby dla bardzo dobrego epizodu na Madagaskarze, który szczególnie przypadł mi do gustu. Produkcja prezentuje zdecydowanie formę zwyżkową, co pozwala z optymizmem patrzeć na kolejne 11 odcinków. Szkoda tylko, że następny, rozgrywający się w Hiszpanii, ukaże się (nakładem IQ Publishing) w bliżej nieokreślonej przyszłości i cenie znacznie wyższej niż 3 pierwsze razem wzięte – 59,90 zł.











6,5 PLUSY:

cena!
+ pomysłowe zagadki
+ epizod na Madagaskarze
MINUSY:

fatalne sterowanie!
- wszechobecna irytacja
- nuda
- zagadka "słuchowa"


autor: Tadeo