Sherlock Holmes: Tajemnica Mumii - recenzja
Dodane przez Madzius888 dnia 18.08.2008 19:31

Wyjmując pudełko „Wydania specjalnego” (jak hucznie zwie się wydanie zawierające dwie części przygód Mr Holmesa) powstrzymałam się od uśmiechu i sentencjonalnie pomyślałam: Nie oceniaj człowieka po wyglądzie, książki po okładce…a gry po tym, że nie ma instrukcji, a jedna płyta swobodnie lata po pudełko w cienkiej kopercie :)
Jest słoneczno-burzowe lato 2008 roku. Wielu graczy oraz wiele graczek miało już okazję zaczepić w swoim „growym tournee” o Sherlocka Holmesa: Tajemnicę Srebrnego Kolczyka, Przebudzenie, a może już nawet o część z Arsene Lupinem. Tymczasem City Interactive postanowiło „przemycić” nam do Polski tę najstarszą grę z tej serii: Sherlock Holmes: Tajemnica Mumii. Warto było odświeżać nam pamięć?



Elisabeth Montcalfe jest córką najsłynniejszego współczesnego egiptologa. Mogłoby się wydawać, że pedantyczny lord zdążył zniechęcić do siebie Lisę, ale wychowując się pod czujną opieką takiego tatusia, dziewczynka pokochała go i zdążyła poznać na tyle, że za nic w świecie nie chce uwierzyć w podaną przez policję informację, że zaginięcie jej ojca wiąże się z najzupełniej oczywistym samobójstwem sfiksowanego staruszka. Zmartwiona córka jego lordowskiej mości pisze więc do kuzyna swojego narzeczonego, którym, jak łatwo się domyślić, jest sam mistrz Sherlock Holmes, którego to poczynaniami będziemy kierować.


Lord Montcalfe, choć może do sfiksowanego jeszcze mu brakuje, to ostatnio jego zachowanie dziwiło wszystkich – od rodziny poczynając, na przestraszonej służbie, która postanowiła opuścić posiadłość składając listownie proste wymówienie, kończąc. Lord został więc sam w domu, który wg jego listów i notatek… nawiedza ożywiona starożytną egipską klątwą mumia. Prawda czy fałsz, siły nadprzyrodzone, demony umysłu czy tylko sprytnie wykorzystujący sytuację nieuczciwy człowiek? Pozostaje jeszcze tylko dodać informację, że w czasie swego życia egiptolog zdołał zgromadzić pokaźny zbiór bezcennych skarbów i robi się coraz bardziej ciekawie. To by było na tyle.



Chłytamy matetiwo?



Już od pierwszej chwili, kiedy informacja pofrunęła w eter, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że tak czy siak, obojętnie czy gra okaże się cudem, czy wielkim nie wypałem, to na pewno stanie się „bestsellerem”. Dlaczego? Z tej oto prostej przyczyny, o której napisałam we wstępie – bo Ci, którzy polubili którąś część zapewne bez wahania wydadzą 20zł na takie dwie. Ot, prosty i genialny zarobek. Bo tak to właśnie zadziała. Jak zatem z jakością?



Panie, Panowie, inaugurację uważam za zainaugurowaną



Nie bez znaczenia w tej grze – i z pozytywnymi spostrzeżeniami, jak i tymi mniej pożądanymi – jest fakt, że mimo wszystko jest ona dosyć stara. Otwiera to parę tematów, które z wiadomych przyczyn należy traktować z przymrużeniem okiem przez pryzmat sędziwego wieku. Zobaczmy.





Fabuła zapowiada się całkiem, całkiem nieźle – jeżeli przez całą grę oscylować będziemy wokół tematu starożytnego Egiptu, odkrywać tajemnice nietuzinkowej rodziny, to jak się nie skusić? Pole do popisu otwiera to też niezłe – można odwiedzać przyjaciół profesorka, jego byłe żony, kochanki, ludzi zajmujących się tą i pokrewnymi naukami, szukać parających się tajemnymi sztukami magicznymi w najgorszych spelunach miasta, zwiedzać tajne działy ogromnych bibliotek, podziwiać muzea, może nawet zabrać się za katakumby, praktykujących pogan..no dobra, rozpędziłam się. Prawda jest jednak taka, że choć tyle można, a tymczasem szaleni twórcy nieszalonego profesorka ograniczyli się do…jednego domu. Co prawda ma on kilkanaście pokoików, piętrową bibliotekę i kilka piwnic, ale to nie to. Wiecie już, do czego teraz zmierzam? W moim małym umyśle od zawsze siedziało przekonanie, że starsze gry, to kupa zabawy – choć może słabej w wykonaniu, to wystarczająco długiej i fajnej. Niestety The Longest Journey to nie jest, więc ten „stereotyp” nie powiela się tu. It’s so sad…



Elementary!



Wszystko, co związane z Sherlockiem może, a wręcz musi krążyć wokół rozrywki bardzo intelektualnej – dedukcja oparta na zbadanych dowodach, pozyskanych od ludzi informacjach, przeczytanych wskazówkach i oczywiście słynnych holmesowskich spostrzeżeniach. Na takie właśnie przegrzanie umysłu liczyłam i takiego chyba wszyscy czytelnicy preferujący twórczość Conan Doyle’a liczyli… i się przeliczyli, zwłaszcza, jeżeli tak jak my, grają dopiero po wcześniejszych-późniejszych częściach. Zagadki, choć jest ich wiele, to są na całkiem przeciętnym poziomie. Wszystko jest gdzieś dokładnie napisane, układanki są tak proste, że poradzą sobie z nimi sześciolatki, tak więc przegrzanie na pewno nie nastąpi. Warto więc oczywiście zagrać i uśmiechnąć się nad tym, że kilka-kilkanaście chwilek i wszystko jest już wyjaśnione, ale wspaniałych i beztroskich tańców radości po tygodniowym posiedzeniu nad skomplikowanym zagadnieniem na pewno nie będzie. Czasem można zginąć, a niestety miejsc na save'y jest tylko 6 (swoją drogą tworzą się w folderze na dysku systemowym bez względu na to, gdzie jest gra :O), jednak i tak bardziej niż zawieszenie, czy jakieś głębsze emocje, grozi zapętlenie się – „to za łatwe, żeby tak było, pewnie trzeba tu coś policzyć, pokombinować, a nie po prostu wpisać”. Cóż, może przynajmniej podniesie to poziom trudności gry,..;]



Dziadziu, dziadziu…



Z satysfakcją obserwowałam też parę zagadek, które nieświadomie uznawaliśmy za fajny nowy pomysł, a tu okazuje się, że to już było, tylko w to nie graliśmy. To chyba tu po raz pierwszy przelewamy wodę za pomocą pojemników o ściśle określonych miarach, tu stawiamy butelki wina, żeby otworzy schowek, przekładamy książeczki na regałach i parę innych. Inwencji nie można odmówić. Szkoda – jak pisałam wyżej – że jest za łatwo.



Ach te piękne czasy Nokii 3310…



Szczytu marzeń każdego Polaka oraz każdej Polki. Dlaczego o tym piszę? Przypomnijcie sobie te wspaniałe melodyjki. Nieważne, że monofonia, że czasem trudno poznać, co to w ogóle za motyw – ale melodyjki są i można zaszponić puszczając na ful w zapełnionym autobusie. Potrzebujesz sobie powspominać te cudeńka? Proszę Ciebie bardzo – Sherlock Holmes: Tajemnica Mumii właśnie coś w tym rodzaju oferuje. Stare miluśkie przeświadczenie o miłym podkładzie orkiestrowym, a nie kilka instrumentalnych motywach i elektronice jakości dźwięków na Comodorę, eh, też padło.


Dla uzupełnienia tego faktu: proszę, oto, głosy (angielskie, spolszczenie jest kinowe). Zaczynamy grę, Panienka Elisabeth zaczyna czytać list, który Sherlock czyta powtórnie w pociągu i po usłyszeniu tego czegoś, aż trudno powstrzymać parsknięcia po chwili niedowierzania. Kompletnie płaskie, bardzo wytłumione i bardzo nieciekawe. Muszę powiedzieć, że choć postaci spotkamy tylko cztery, to nie było ŻADNEGO dobrego aktora, który zagrałby swoją rolę z godnym podziwu wczuciem albo chociaż poprawnie. Sherlock Holmes – w tej części głos pod detektywa podkłada inny aktor niż w każdej kolejnej części i o ile szczerze, bezwstydnie R.Simmondsa uwielbiam i choć wcale nie uprzedziłam się do innej wersji Holmesa, to naprawdę trzeba powiedzieć, że był nie tylko nieinteresujący, ale nawet wkurzający – Holmes nie jest cały czas i absolutnie wszystkim poirytowany, to chyba tylko temu czytającemu panu rano spaliły się tosty, jajko na nim się nie ścięło, żona nie naszykowała drugiego śniadania, a dziecko zaczęło słuchać punka. Głosy + naprawdę „cienka muzyka”, to połączenie, które wytrzymają tylko najwytrwalsi albo obdarzeni gumowym uszkiem. W takich momentach żałuję, że takim nie dysponuję.



Grafika toć nie najważniejsza, ale grywalność i owszem!



Hm. Nie jestem ekspertką w sprawach grafiki 90’s, ale wydawało mi się, że można było osiągnąć więcej. Brzydka mgła, niewyraźne przedmioty i kompletnie nic ładnego, na co warto zwrócić uwagę. Nie jestem jednak tak wybredna, żeby rzucić rzecz w kąt na rychłe zagrzybienie i w sumie się cieszę. Jednak nawet nie wspomniałabym o tym, że jest brzydko, po prostu jest bardzo brzydko, gdyby w niektórych momentach nie utrudniało to gry. Niestety. Czasem nawet z nosem przy ziemi nie zauważyłabym przedmiotu leżącego na dywanie, gdyż wzięłabym to za wylaną na podłogę jajecznicę albo jakąś krepinę, gdyż śmieci wala się w pewnym momencie po salonie dosyć dużo. Trochę lepiej przestawiają się przerywniki filmowe, bo są już trochę ładniejsze i wyraźniejsze.





Cudem chyba jakimś znalazłam sławetną spinkę, która leży na schodach i coś takiego jajecznego właśnie przypomina. Stało się to tylko przez to, że przypadkiem zauważyłam rączkę pojawiającą się w okolicy. Na samym początku czytając podpisy pod mumiami komuś nie zmieścił się rok 332 i wygląda to jak 32r p.n. e. Nie znasz historii Egiptu na tyle, żeby wiedzieć kiedy mniej więcej skończyła się Epoka Późna albo wpaść na to, żeby sprawdzić tę datę w encyklopedii i leżysz już na pierwszej zagadce, co nie jest zbyt miłe.



Bo myśmy nie kaczki i język też Ci mamy



Parę słów wypadałoby też skrobnąć o spolszczeniu. Głosy, jak już napomknęłam, mamy angielskie, ale napisy polskie. Chwilę temu wspominałam o pierwszej zagadce związanej z datami epok jako podpisami mumii stojących w holu (toż to każdy przecie takie w domu ma :)). I wszystko w porządku pomijając tą nieszczęsną trójkę. Co jednak się dzieje kiedy po kilku przygodach wracamy do tego holu i patrzymy na wystawę ponownie? Podpisy są znowu w oryginalnej wersji angielskiej. To naprawdę spore niedopatrzenie ze strony „spolszczających” i mimo że potem nie jest to już potrzebne, to wygląda to nieciekawie. Pojawia się parę błędów literówkowych i coś, co mną wstrząsnęło. Pomimo braku doktoratu z historii starożytnej od zawsze dorastałam ze świadomością, że jedną z ważniejszych dynastii egipskich byli Memfisowie. Tymczasem wg polskiego tłumacza angielskie ‘Momphis XI’, to..Momfis XI. Cóż, czasem warto zapoznać się z podręcznikiem historii dla klasy czwartej podstawówki, bo to naprawdę interesująca lektura. Poza tym…powiedzmy, że jest poprawnie. Na zasadzie poprawnie, tej samej, jak w sprawie muzyki - jest.



Czas podsumować by tekst i poprzedzić to, co właśnie nastąpi, czyli zagranie w Tajemnicę Mumii. Na pewno nie jest to pozycja, którą warto od razu rzucić w kąt bądź nie zasługuje w fazie przedgraniowej – kupowaniu - na wydanie tych 10zł, jeżeli obliczyć, że drugą dyszkę kosztuje Tajemnica Srebrnego Kolczyka. To część, która wprowadza w świat Sherlocka i choć wiele jej brakuje od strony dźwiękowej i graficznej, poziom zagadek też nie jest najwyższy, to jednak jest to jakaś interesująca historia z zaskakującym zakończeniem i paroma interesującymi zagadkami… Nie pożałować kasiurki, w czasie weekendu zasiąść, przejść i za kilka lat do dziadunia wrócić.











6 PLUSY:

fabuła
+ parę ciekawych zagadek
MINUSY:

muzyka
- dość słaba grafika
- krótka


autorka: Madzius888