Decay: The Mare - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 09.10.2015 13:22

W Decay: The Mare zawitamy do ośrodka odwykowego „Sięgnąć marzeń”, lecz ktoś chyba wykazał się szatańskim poczuciem humoru przy wyborze nazwy dla tego przybytku. Pobyt w owym miejscu co najwyżej zadowoli tych, którzy chcieliby pogrążyć się w szaleństwie zamiast kiedykolwiek wyjść na prostą. Niemniej taka sceneria pasuje do psychologicznego horroru, jakim de facto jest produkcja autorstwa niezależnego Shining Gate Software ze Szwecji. Szkoda tylko, że do ideału dzieli ją daleka droga…



Wyżej wymieniony tytuł to epizodyczna przygodówka, którą na platformie Steam można nabyć w komplecie, składającym się w sumie z trzech odcinków. Na wirtualny odwyk trafiamy zaś nie bez powodu. Mianowicie Sam, bo tak na imię ma główny bohater, jest narkomanem, który pragnie zerwać z nałogiem. Problem w tym, że nie podjął zbyt dobrej decyzji przy wyborze odpowiedniej placówki. I chociaż dziwne sny oraz halucynacje nawiedzają mężczyznę już pierwszej nocy, niestety nie może on ot tak zgłosić reklamacji ani bezceremonialnie się wyprowadzić. Coś tu mocno nie gra, nawet jeśli chodziłoby wyłącznie o niekonwencjonalne metody leczenia.



Decay The Mare


Zagubiony, wystraszony…



Produkcja serwuje nam nieco pokręconą historię, przez większość czasu zmuszając do zastanawiania się, o co dokładnie w tym wszystkim biega. Wraz z Samem krążymy po opustoszałym budynku, który nieprzypadkowo sprawia wrażenie upiornego miejsca na pograniczu jawy i snu. W trakcie wędrówki zdobędziemy mniej bądź bardziej enigmatyczne informacje, mające związek z zaobserwowanymi dziwnościami. Dokładniejsze wyjaśnienia, dzięki którym zrozumiemy sytuację bohatera, pojawiają się dopiero pod koniec ostatniego epizodu, acz i tak pozostaniemy z kilkoma pytaniami bez odpowiedzi. Konstrukcja scenariusza poniekąd odzwierciedla więc przykre położenie protagonisty, lecz niekiedy nachodziło mnie uczucie, że nie wykorzystano w pełni potencjału tej opowieści. Lepiej spisano się natomiast na gruncie klimatycznym, kreując sugestywną i przytłaczającą atmosferę. Nie zabraknie też kilku momentów, przez które nerwowo drgniemy na krześle. Owszem, bazują one głównie na tym, iż nagle zobaczymy coś niezbyt przyjemnego. Na szczęście, zdają egzamin, a to się przecież liczy.



Statyczne klikanie



Pod względem mechaniki, Decay: The Mare jest przygodówką point and click, gdzie zastosowano węzłowy system sterowania, podobnie jak np. w Myst czy Barrow Hill. Środowisko gry, które obserwujemy z perspektywy pierwszoosobowej, zostało podzielone na niemalże statyczne ekrany i nie oferuje możliwości swobodnego obracania się. W zamian skaczemy pomiędzy poszczególnymi ekranami, klikając na odpowiednie punkty. Mimo że sposób nawigacji jest dosyć przestarzały, nie to mi akurat przeszkadzało, tylko wątpliwa wygoda sterowania. Otóż zawsze, kiedy wkroczymy do danego pomieszczenia, kamera ustawia się w tym samym miejscu. Czasami bywa to dezorientujące, zwłaszcza gdy nadejdziemy z przeciwnego kierunku. Nie przekonało mnie również podnoszenie znalezionych przedmiotów, gdyż gra za każdym razem pyta, czy chcemy wziąć rekwizyt, czy jednak nie. Taki zabieg w gruncie rzeczy zmusza do nadmiernego klikania, co na dłuższą metę zaczyna trochę męczyć.



Decay The Mare


Atrakcje odwykowego programu



Zadania, które przygotowała ekipa z Shining Gate Software, nie odbiegają od innych reprezentantów gatunku. W szwedzkiej przygodówce zajmiemy się rozwiązywaniem zagadek logicznych oraz zbieraniem i używaniem przedmiotów, aczkolwiek nie uświadczymy pękającego w szwach inwentarza. Przyszykowane przez twórców wyzwania przeważnie nie wzbudzają większych zastrzeżeń – nie są trudne, lecz ich zaliczenie zazwyczaj pozostawia nas z uczuciem satysfakcji. Dla przykładu, spodobał mi się pomysł z wykorzystaniem aparatu fotograficznego w drugim epizodzie produkcji. Urządzenie pomoże dostrzec niewidoczne gołym okiem wskazówki, a w pewnym momencie umożliwi też przejście pogrążonej w ciemnościach trasy. Zdecydowaną pomyłką okazał się z kolei frustrujący labirynt, na który natkniemy się w pierwszym odcinku Decay. Czy coś jeszcze nie zagrało w obrębie rozgrywki? Tak, a konkretnie konieczność ciągłego kręcenia się po odwiedzonych wcześniej planszach. Backtracking potrafi tutaj napsuć krwi, tym bardziej jeśli przez niefortunne ustawienie kamery odruchowo polecimy w złym kierunku.



Tanio, choć z klimacikiem



Audio-wizualna oprawa zdradza niski budżet produkcji, ale nie powiem, bym na wszystko narzekała. Sceneria uświadamia bowiem, że nie wylądowaliśmy w przytulnym miejscu. W końcu co innego człowiek mógłby pomyśleć na widok obdrapanych ścian, upiornych obrazów bądź zabitych dechami okien? Jednakże, jak wspomniałam wcześniej, wędrujemy po statycznych planszach, nie licząc okazjonalnych i oszczędnych animacji. Poza tym, w oczy kłuje niska jakość tekstur, a nieostry obraz uprzykrza trochę wypatrywanie interaktywnych obiektów. Co do udźwiękowienia, voice acting pojawia się w ilościach śladowych – lektor przeczyta parę dokumentów, podczas gdy dialogi, bardzo nieliczne zresztą, przeprowadzimy jedynie w formie tekstowej. Korzystniejsze wrażenie pozostawia po sobie skomponowana na potrzeby Decay muzyka. Wprawdzie soundtrack nie obejmuje wielu utworów, lecz nadrabia odpowiednim nastrojem i można go zaliczyć do zalet gry.



Decay The Mare


Podsumowując, przygodówka Decay: The Mare posiada pewne atuty, ale jednocześnie trawią ją różne niedoskonałości. Jako że w ogólnym rozrachunku bilans plusów i minusów rozkłada się mniej więcej po równo, wychodzi na to, iż mamy do czynienia z typowym średniakiem. Matematyka w tym przypadku nie kłamie, ponieważ taką właśnie produkcją jest owoc prac Shining Gate Software. Na dodatek krótką, bo zaliczenie wszystkich odcinków nie powinno przekroczyć czterech godzin. Gdyby autorzy dysponowali większymi nakładami finansowymi, niewykluczone, że dałoby się wykroić z tego coś lepszego. Czy warto zatem sięgnąć po ów tytuł? Pomysł ten radziłabym rozważyć dopiero przy jakiejś promocji oraz braku bardziej atrakcyjnych pozycji pod ręką.















5 PLUSY:

budowa scenariusza w korelacji z sytuacją grywalnej postaci
+ niepokojący klimat
+ parę razy można się przestraszyć
+ zagadki przeważnie są w porządku, mimo niewygórowanego poziomu trudności
+ nastrojowy soundtrack
MINUSY:

czasami można dostrzec nie do końca wykorzystany potencjał fabularny
- średnio wygodna obsługa
- denerwujący backtracking
- labirynt z pierwszego epizodu
- czuć niski budżet, zwłaszcza w warstwie audio-wizualnej
- krótka rozgrywka


Autorka: crouschynca