Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 06.07.2015 17:16

Z grami bywa podobnie jak z książkami i filmami. Choć na ogół traktowane są w kategorii czystej rozrywki, nie wszystkie proponują nam totalnie odprężającą zabawę. Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today to jedna z takich właśnie produkcji, gdzie nie uświadczymy awanturniczych przygód ani kipiących humorem sytuacji. W zamian otrzymamy śmiertelnie poważną, dołującą wręcz historię, a co najważniejsze, tak dobrą, że fani klimatów postapo zgrzeszyliby lekceważąc istnienie tego tytułu.



Pomysł na Dead Synchronicity narodził się w głowach braci Oliván z Hiszpanii, którzy postanowili w twórczy sposób wyrazić swoją miłość do klasycznych przygodówek. Dlatego więc założyli niezależne Fictiorama Studios z siedzibą w Madrycie i przystąpili do opracowywania własnej produkcji, rzecz jasna reprezentującej ich ukochany gatunek point and click. W realizacji tego planu pomogła też ubiegłoroczna kampania na Kickstarterze, która, szczęśliwie dla deweloperów i zainteresowanych projektem graczy, zakończyła się sukcesem (uzbierano 51,5 tysiąca dolarów przy wymaganym minimum równym 45 tysięcy zielonych). I tak oto Tomorrow Comes Today ujrzało w końcu światło dzienne, a wydawcą tego tytułu została niemiecka firma Daedalic Entertainment, słynąca z produkcji bardzo dobrych przygodówek (m.in. A New Beginning czy The Whispered World).



Dead Synchronicity Tomorrow Comes Today


Koszmar Wielkiej Fali



Odpalając Dead Synchronicity, przygotujmy się na pesymistyczną podróż do świata, który mocno ucierpiał z powodu serii klęsk żywiołowych, określanych zbiorczym terminem „Wielka Fala”. Na skutek katastrof, jakie nagle nawiedziły różne zakątki globu, życie wszystkich ludzi praktycznie z dnia na dzień zostało wywrócone do góry nogami. Stracono dostęp do stałego prądu i nowoczesnych form komunikacji, a kwitnące dotychczas miasta zaczęły przypominać krajobraz po bitwie, pozbawiając wielu obywateli dachu nad głową. Łatwo zatem wyobrazić sobie ogrom zamętu, jaki wywołał zaistniały stan rzeczy. Mimo że władze niby próbują unormować sytuację, trudno w tym wypadku mówić o realnej pomocy. Bezdomni trafiają bowiem do specjalnych schronisk dla uchodźców, które niepokojąco przywodzą na myśl obozy koncentracyjne. A jakby jeszcze było mało problemów, ludzkość zmaga się z tajemniczą epidemią. Co prawda zarażeni zyskują paranormalne zdolności, ale marna to pociecha, skoro na koniec czeka ich śmierć w męczarniach.



Odpowiedzialny za grę zespół odmalował niezwykle sugestywną wizję cywilizacji, która stoi u progu zagłady. W tym świecie nikt się z nikim nie cacka i prawie każdy myśli tutaj o swoim tyłku, dostosowując się do reguł tzw. nowego porządku. Pozwolę sobie zresztą przytoczyć słowa wypowiedziane przez jednego z bohaterów: „robisz to, co musisz”. I tak brzmi nadrzędna zasada przetrwania w uniwersum Dead Synchronicity, które zostało zdominowane przez znieczulicę oraz upadek norm społecznych. Zanik kręgosłupa moralnego cechuje też wojsko – żołnierze teoretycznie dbają o zachowanie ładu, ale w szeregach armii nie brakuje ludzi o psychopatycznych skłonnościach.



Dead Synchronicity Tomorrow Comes Today


Otwieram oczy, widzę horror…



Z tymi przygnębiającymi realiami przyjdzie oswoić się niejakiemu Michaelowi, którego poczynaniami pokierujemy w trakcie rozgrywki. Mężczyzna budzi się pewnego dnia w przyczepie stojącej na terenie jednego z obozów dla uchodźców. Jest wielce zaskoczony nie tylko swoim aktualnym położeniem, lecz również całą otaczającą go rzeczywistością. Jak się okazuje, Michael cierpi na popularną wśród bohaterów gier przypadłość, czyli amnezję. Nasz podopieczny przystąpi więc do działań, mających na celu przybliżyć go do odkrycia prawdy na temat własnej tożsamości, a także szczegółów związanych z Wielką Falą oraz epidemią. I chociaż niejednokrotnie sam przeżyje szok na widok kolejnych okropieństw, okoliczności nieraz zmuszą nieboraka do podjęcia bardzo trudnych decyzji.



Perypetie Michaela autentycznie mnie zaintrygowały, do czego przyczyniła się zarówno kapitalnie wykreowana atmosfera, jak i generalnie dobrze rozpisany scenariusz, włącznie z wyraziście nakreślonymi postaciami. W Dead Synchronicity nie razi nawet wyświechtany wszak motyw protagonisty, który stracił pamięć. Wręcz przeciwnie, zaryzykowałabym stwierdzenie, że ów zabieg zwiększa tu uczucie immersji. Zagłębiając się w fabułę, poznajemy przecież reguły, które obowiązują w świecie zniszczonym przez Wielką Falę. A jako że Michael leżał nieprzytomny przez dość długi czas i nic nie pamięta, panujące wokół warunki stanowią dla mężczyzny nowość, przez co poniekąd łatwiej nam zżyć się z głównym bohaterem oraz wyobrazić siebie na jego miejscu.



Dead Synchronicity Tomorrow Comes Today


Cdn.



W zasadzie jedyny zarzut, jaki mam pod adresem warstwy fabularnej, dotyczy finału. Mianowicie szkoda, że po sześciu godzinach rozgrywki akcja urywa się w bardzo ciekawym momencie. Wynika to z faktu, iż Tomorrow Comes Today zostało zaplanowane jako pierwsza część cyklu Dead Synchronicity. Na szczęście, niezależni deweloperzy nie zaserwowali nam scenariusza, który prezentowałby ledwie drobny wstęp do większej historii. Owszem, gra pozostawia parę pytań bez odpowiedzi, które zapewne przyniesie ciąg dalszy tej depresyjnej opowieści. Niemniej jednocześnie twórcy już teraz wyjaśniają bardzo dużo rzeczy, dzięki czemu odczujemy swego rodzaju pozytywny niedosyt.



W zgodzie z przygodową tradycją



O scenariuszu, choćby najlepiej skrojonym, nie można oczywiście opowiadać w nieskończoność, zwłaszcza że ocena gry nie obejmuje wyłącznie fabuły. Od strony technicznej, Tomorrow Comes Today jest klasycznym point and clickiem, którego obsługa odbywa się przede wszystkim z wykorzystaniem myszki. Lewy przycisk gryzonia służy do wykonywania kluczowych interakcji z otoczeniem (rozmowy, używanie przedmiotów, przemieszczanie bohatera), podczas gdy prawy pozwoli obejrzeć interesujący nas obiekt. Bardzo praktycznie rozwiązano otwieranie i zamykanie ekwipunku, co zrobimy kręcąc kółkiem myszy. Wprawdzie do inwentarza zajrzymy też poprzez klawisz I lub specjalną ikonę w lewym górnym rogu ekranu, ale rolka jest zdecydowanie najwygodniejszą alternatywą.



Dead Synchronicity Tomorrow Comes Today


Co się tyczy mechanizmów rozgrywki, w Dead Synchronicity mamy do czynienia z tradycyjnym przygodowym daniem, pozbawionym zręcznościowych wstawek, które nie cieszą się powodzeniem wśród gatunkowych purystów. Warto przy tym podkreślić, iż nie uświadczymy łamigłówek w stylu mniej bądź bardziej skomplikowanych układanek itp. Przeprowadzimy natomiast liczne konwersacje, a także zmierzymy się z mnóstwem zadań opartych na zbieraniu i używaniu przedmiotów. Położenie nacisku na inwentarzówki nie oznacza jednak niskiego stopnia trudności, aczkolwiek dodano opcję podświetlania hotspotów.



W związku z powyższym, już nasza w tym głowa, jak spożytkować dany rekwizyt. Czasami można więc utknąć, a ponadto nadźwigamy się sporo gratów za sprawą konstrukcji gry. Otóż jeszcze przed premierą, autorzy projektu powoływali się na ideę otwartego świata, ale nie takiego jak w sandboxach, tylko w starych point and clickach, oferujących dostęp do wielu plansz jednocześnie. Taką oldschoolową drogą stara się podążać Tomorrow Comes Today, gdyż w miarę rozwoju fabuły czeka nas coraz więcej wędrowania po oddalonych od siebie miejscówkach (prócz zwiedzania nowych lokacji, można, a często nawet trzeba wracać do starych).



Dead Synchronicity Tomorrow Comes Today


Brud i zepsucie w pełnej krasie



Mimo że wizualną oprawę Dead Synchronicity trudno nazwać piękną, jest ona niezaprzeczalnym atutem produkcji i wyróżnia historię Michaela na tle innych gier. Co istotne, grafika jak ulał pasuje do dołującej atmosfery przygodówki, znakomicie odzwierciedlając rozkład zwiedzanego uniwersum. Surowe lokacje słusznie wyglądają na brudne i pokryte rdzą, a kanciaste sylwetki postaci kojarzą się z upadłym społeczeństwem. Poza tym, twórcy raczą nas niejedną brutalną sceną, co potęguje szokujące oddziaływanie fabuły. Atmosferę zaszczucia buduje również soundtrack autorstwa alternatywnej grupy rockowej Kovalski, w której udziela się m.in. dwóch braci Oliván. Pozytywnych wrażeń nie burzy ponadto angielski voice acting – poszczególne głosy zostały dobrze dobrane do wieku oraz charakteru bohaterów, a zatrudnieni aktorzy nie dali plamy.



Co mogę dodać słowem podsumowania? Chyba znowu się powtórzyć i pochwalić hiszpańskich deweloperów za pracę, jaką wykonali przy tworzeniu Dead Synchronicity: Tomorrow Comes Today. Ekipa z Fictiorama Studios przedstawiła wiarygodny i bolesny obraz rzeczywistości, gdzie należy zapomnieć o poczuciu bezpieczeństwa, a ludzie dopuszczają się okropnych czynów wobec bliźnich. To bez wątpienia produkcja w sam raz dla graczy, którzy lubią przygodówki z dojrzałymi scenariuszami oraz postapokaliptyczne realia. Mam tylko nadzieję, że na kolejną odsłonę sagi nie będziemy czekać w nieskończoność, a jej poziom dorówna lub przewyższy pierwsze spotkanie z Michaelem.















8,5 PLUSY:

dojrzała i ponura historia
+ sugestywny klimat
+ świetnie wykreowana wizja świata po katastrofie
+ klasyczna przygodowa rozgrywka
+ oprawa audio-wizualna idealnie komponuje się z warstwą fabularną
MINUSY:

akcja urywa się w interesującym momencie, każąc czekać na ciąg dalszy
- czasami trzeba się trochę za dużo nałazić


Autorka: crouschynca