Al Emmo and the Lost Dutchman's Mine - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 11.07.2014 20:28

Czterdziestka na karku, postępująca łysina, niewielka postura, odstający brzuch, brak charyzmy… Cóż, nie jest to opis mężczyzny, za którym panny ustawiałyby się sznurem. Mimo wszystko Al nie przestaje wierzyć, że w końcu spotka swoją drugą połówkę. To właśnie marzenia o miłości sprowadzają go do miasteczka Anozira, gdzie doświadczy zarówno porywów serca, jak i przeróżnych komplikacji.



Przygodówkę Al Emmo and the Lost Dutchman’s Mine opracowała niezależna firma Himalaya Studios, której założyciele odpowiadają też za darmowe remaki klasyków Sierry (King Quest 1-3, Quest for Glory 2). Produkcja została pierwotnie wydana w 2006 r., natomiast pod koniec ubiegłego roku doczekaliśmy się odświeżonej edycji tego tytułu. Jako że nie miałam wcześniej do czynienia z ową pozycją, jej nową wersję uznałam za doskonałą okazję do nadrobienia zaległości w grach i poznania kolejnego reprezentanta mojego ulubionego gatunku.



Al Emmo and the Lost Dutchmans Mine


Romantyczna komedia na Dzikim Zachodzie



Fabuła produkcji rozgrywa się w fikcyjnym miasteczku Anozira oraz jego okolicach. Jak wspomniałam we wstępie, głównego bohatera ściągają tam sprawy matrymonialne. Niestety Yvanna, z którą był umówiony na spotkanie, wystawia go. Co prawda kobieta raczy na krótko zaszczycić nieboraka swoją obecnością, lecz plany podbicia serca niewiasty spełzają na niczym. Na domiar złego, pan Emmo spóźnia się potem na pociąg, zaś kolejny zbyt prędko nie przyjedzie. Mężczyźnie nie pozostaje zatem nic innego jak bezcelowa tułaczka po obcej mieścinie na Dzikim Zachodzie. Szybko jednak odnajduje sens pobytu w Anozirze, a jest nim piosenkarka z saloonu – Rita Peralto. Dziewczyna jawi się jako przeciwieństwo wyniosłej Yvanny, która zwracała uwagę jedynie na wygląd zewnętrzny oraz zawartość portfela. Chociaż miejscowa piękność nie patrzy na Ala z niesmakiem, nasz protagonista nie ma łatwego zadania. Po okolicy zaczyna bowiem kręcić się niejaki Antonio Bandana, któremu Rita wyraźnie wpada w oko. Nie dość, że ów jegomość posiada tytuł księcia, to jeszcze uosabia typ latynoskiego kochanka. Pomimo trudnego przeciwnika na horyzoncie, niepozorny Al nie zamierza definitywnie składać broni. Przystępuje więc do walki o względy wybranki, nie przypuszczając, że trafi też na trop przeklętej kopalni złota.



Historia pana Emmo została podzielona na 9 aktów, których przejście powinno zabrać nam solidne 11 godzin. W tym czasie przemierzymy całkiem spore uniwersum, zamieszkałe przez mniej bądź bardziej ekstrawaganckie postaci. Wśród napotkanych osobników natkniemy się m.in. na udającego Rambo pieska preriowego czy lokalne odpowiedniki Pameli Anderson i Hugh Hefnera. Jeśli chodzi o popkulturowe odniesienia, warto śledzić nazwy poszczególnych rozdziałów, będących zmodyfikowanymi tytułami popularnych filmów. Przykładowo „Shallow Al” nawiązuje do obrazu „Shallow Hal”, w polskiej wersji znanego jako „Płytki facet”. Szkoda tylko, że losy Ala nie porywają. Owszem, w grze nie brakuje zabawnych momentów, ale ich obecność nie przesłania fabularnych przestojów. Winę za taki stan rzeczy ponosi nienajlepsze rozlokowanie elementów scenariusza. Przede wszystkim zbyt silny nacisk położono na problemy miłosne bohatera, na czym ucierpiał motyw tytułowej kopalni. Wprawdzie poruszone w przygodówce wątki są istotne dla ogólnej historii, lecz niektóre epizody zostały nadmiernie rozciągnięte. Zarzut ten dotyczy chociażby poszukiwania kremu do opalania dla Pammy Sanderson, czyli tutejszej inkarnacji gwiazdy „Słonecznego patrolu”.



Al Emmo and the Lost Dutchmans Mine


Niedoskonały hołd dla starej szkoły



Co się tyczy spraw technicznych, produkcję autorstwa Himalaya Studios obsługujemy przy użyciu myszki, a także przy niewielkim udziale klawiatury. Przydaje się zwłaszcza ESC, który teleportuje spacerującego Ala do punktu docelowego. Wprawdzie łysiejący heros zaczyna biec pod wpływem dwukliku, ale wspomniany wyżej klawisz jest zdecydowanie szybszym i praktyczniejszym rozwiązaniem. Mieszane uczucia wzbudzają z kolei sposoby wybierania pożądanych czynności. O ile ukrycie dostępnych akcji pod prawym przyciskiem gryzonia nie dostarcza większych powodów do narzekań, o tyle średnio wypada umieszczenie ich w małym menu, rozwijanym w prawym górnym rogu ekranu. Gwoli ścisłości, znajduje się tam również komenda otwierająca ekwipunek, lecz nieco wygodniejszą alternatywę stanowi tabulator.



Al Emmo and the Lost Dutchman’s Mine nie należy do najłatwiejszych przygodówek, gdyż postawione przed graczem wyzwania nierzadko wymagają abstrakcyjnego toku myślenia. Poziom trudności zadowoli więc miłośników staroszkolnych point and clicków, tym bardziej że nie uświadczymy tu współczesnego udogodnienia w postaci podświetlania hotspotów. Gameplay opiera się na eksploracji środowiska, przeprowadzaniu rozmów, zbieraniu i używaniu przedmiotów, a także rozwiązywaniu pojedynczych zadań innego rodzaju (np. minigierka w stylu Wnerwionego Działkowicza czy odszyfrowywanie tajnego hasła). Z dużą dozą prawdopodobieństwa często zdarzy nam się zabłądzić na dość rozległej pustyni, gdzie ulokowana jest Anozira. Trochę krążenia czeka nas też w ostatnim akcie, poświęconym zwiedzaniu kopalni. Niestety upchnięto w nim serię akcji, w trakcie których musimy wykazać się odpowiednim wyczuciem czasu. Na szczęście, w przypadku przedwczesnej śmierci zostaniemy cofnięci do momentu tuż przed feralnym zgonem. Ponadto, twórcy próbują zrekompensować nam wszelkie trudy poprzez system punktacji, wzorem klasycznych point and clicków od Sierry. Warto przy tym zaznaczyć, że gra nie premiuje wyłącznie czynności niezbędnych do jej ukończenia. Dzięki owemu zabiegowi, autorzy motywują do drobiazgowego badania otoczenia w celu zdobycia jak najlepszego wyniku.



Al Emmo and the Lost Dutchmans Mine


Western z brzydkimi „plastusiami”



Wizualna oprawa niezależnego tytułu to rzecz pełna sprzeczności. Ocenę owego aspektu produkcji pozwolę sobie rozpocząć od tych elementów, które przypadły mi do gustu. Za niezaprzeczalny atut uznaję statyczne cut-scenki, które zrealizowano w formie ładnych komiksowych stron. Podobały mi się również wykonane w stylu retro lokacje, a zwłaszcza scenerie na świeżym powietrzu. Trzeba przyznać, że deweloperom udało się zaserwować odbiorcom miejscówki rodem z Dzikiego Zachodu. Oprócz tego, nieźle prezentują się przerywniki, podczas których historia pana Emmo przybiera kształt tradycyjnego filmu animowanego. Dobre wrażenie psują natomiast trójwymiarowe modele postaci z właściwej części gry. Są po prostu przepaskudne, a swoją aparycją przypominają figurki z plasteliny. Na dodatek takie, które wyszły spod rąk niezbyt zdolnego artysty. Wiele do życzenia pozostawia też ich animacja, podobnie zresztą jak dwuwymiarowe portrety bohaterów, wyświetlane podczas konwersacji.



Po grafice pora wywołać do tablicy dźwiękową stronę perypetii nieporadnego okularnika. Melodie, jakie usłyszymy w trakcie zabawy, utrzymane są w westernowym klimacie, dobrze komponując się z miejscem akcji przygodówki. Poszczególne utwory można podzielić na lepsze i gorsze, ale żaden nie zapisał się w mojej pamięci na dłużej. Co do angielskiego dubbingu, zatrudnieni aktorzy w większości przypadków wypadają przyzwoicie, aczkolwiek nie rzucają na kolana wybitną grą. Wprawdzie głos samego Ala nie był ucztą dla moich uszu, lecz pasował do zakompleksionego faceta. Za to nie potrafiłam ścierpieć narratora, który komentuje poczynania protagonisty bądź wdaje się w nim dyskusje. W moim odczuciu brzmiał niczym zarozumiały bufon i daleko mu do lektora z przygód słynnego Larry’ego Laffera.



Al Emmo and the Lost Dutchmans Mine


Bez ikry



Al Emmo and the Lost Dutchman’s Mine nie jest złą produkcją i posiada swoje zalety. Jednocześnie nie ustrzegł się paru wad, a ponadto poskąpiono mu tego magicznego czynnika, dzięki któremu gracz nie może oderwać się od komputera. Sama wolałam przechodzić ową przygodówkę w małych dawkach, głównie ze względu na wywołujący letnie emocje scenariusz oraz odpychającą aparycję postaci. Koniec końców, gry nie polecam ani nie odradzam. Lepiej jednak zainteresować się nią dopiero przy nadmiarze wolnego czasu i braku ciekawszych pozycji do zaliczenia.















5 PLUSY:

humor
+ długi czas rozgrywki
+ przyspieszający przemieszczanie postaci ESC
+ dla fanów staroszkolnych przygodówek
+ system punktacji
+ niebrzydkie lokacje
+ ładne cut-scenki
MINUSY:

średnio angażująca fabuła
- taki sobie interfejs
- można zabłądzić
- czasówki z ostatniego rozdziału
- brzydkie postaci
- słabe animacje bohaterów
- irytujący głos narratora


Autorka: crouschynca