Jack Keane 2: The Fire Within - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 22.07.2013 22:32

Bycie kontynuacją udanego tytułu to nie do końca taka przyjemna i komfortowa sytuacja, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Owszem, sequel pozwala twórcom liczyć na fanów pierwowzoru, a co za tym idzie na zawartość ich portfeli. Jednakże nie wszyscy ochoczo składają przedpremierowe zamówienia bądź rzucają się na daną produkcję w dniu sprzedażowego debiutu, zwłaszcza jeśli nie chodzi o hit pokroju kolejnego Battlefielda czy GTA. Są na przykład osoby, które wolą poczekać na recenzje branży tudzież innych klientów. Jak wiadomo, oceny często bywają bardziej krytyczne w przypadku, gdy poprzednia odsłona gry zawiesiła poprzeczkę dość wysoko. Niedostatek pozytywnych opinii niesie zaś za sobą ryzyko spadku zainteresowania potencjalnych nabywców i zawężenia grona sympatyków serii. Czy taki los wisi nad perypetiami Jacka Keane’a?



Wspomniany wyżej osobnik zawitał do świata wirtualnej rozrywki w roku 2007 za sprawą klasycznej przygodówki, nazwanej jego imieniem oraz nazwiskiem. Produkcja wyszła spod rąk programistów z niemieckiego studia Deck13, które miało już doświadczenie w gatunku point and click. Deweloper ten podarował wcześniej graczom pierwsze dwie części serii Ankh, przedstawiającej humorystyczną wersję starożytnego Egiptu. Obie pozycje trzymały solidny poziom, lecz osadzony w epoce kolonializmu Jack Keane okazał się jeszcze lepszy. Mimo to nie dopisało mu tyle szczęścia co egipskiemu krewniakowi pod względem kontynuacji. Assil, czyli główny bohater cyklu Ankh zapukał do drzwi pecetowców w sumie trzy razy. Poszczególne odsłony owej trylogii zostały wydane w latach 2005-2007, biorąc pod uwagę daty premier na niemieckim rynku. Tymczasem Jack powrócił na monitory komputerów dopiero w listopadzie 2012 r., przy czym termin ten dotyczy wyłącznie naszych sąsiadów zza Odry. Bieżące lato przyniosło natomiast angielską edycję gry. Dzięki temu szansę na ponowne spotkanie z panem Keane'm otrzymali również ci, którzy nie władają językiem Goethego.



Niech żyje przygoda!



Podobnie jak pierwowzór, Jack Keane 2: The Fire Within odwołuje się do tradycji awanturniczego kina przygodowego, doprawionego dużą dawką elementów komediowych. Twórcy już na wstępie rzucają nas w wir akcji, każąc wcielić się w kobietę w niebezpieczeństwie. Bynajmniej nie mamy do czynienia z kruchą niewiastą, która mdleje na widok uzbrojonych napastników. Ową panną jest znana z „jedynki” Amanda. Ta dziarska dziewczyna chętnie chwyta za oręż, aby uporać się z przeszkodami. Amanda pragnie dotrzeć do szanghajskiego więzienia, gdzie znajduje się bliski jej sercu Jack. Szybko zresztą wskakujemy w skórę tytułowego bohatera. Nasz protagonista przebywa akurat w celi ze starym szamanem, który posiada wiedzę na temat skarbu Ukumba. I chociaż z powodu niefortunnych okoliczności pan Keane nie od razu dowie się wszystkiego, nie zniechęci go to do poszukiwań Ukumby. Sporo się przy tym napodróżuje, ponieważ po ucieczce z chińskiego zakładu karnego, zajrzy do Hamburga, a potem uda się do Afryki. Przy okazji regularnie odwiedzi własną podświadomość, skrywającą parę cennych wskazówek. Szyki spróbuje pokrzyżować mu podstępny profesor Umbati, który również chce odnaleźć skarb.





Co prawda, scenariusz nie wznosi się na wyżyny oryginalności, lecz twórcom udało się nakreślić całkiem wciągającą i zabawną opowieść. Od tego rodzaju historii nie wymagam niezliczonej ilości fabularnych zwrotów czy psychologicznej głębi, która zawstydziłaby sam Rów Mariański. Tu liczy się przygoda, rozrywka i charakterystyczne postaci, nawet jeżeli nie wychylają się daleko poza ramy stereotypów. To właśnie zaoferował mi skrypt do tytułu autorstwa Deck13. Może nie w wersji „crème de la crème”, ale w naprawdę solidnym wydaniu. Głównego bohatera łatwo polubić, a czarny charakter oraz jego pomagierzy są wystarczająco wredni. Wokół Jacka kręcą się aż dwie niewiasty. Prócz Amandy, o uwagę mężczyzny stara się fotografka Eve, która dołącza do wyprawy. Kobiety dobrano na zasadzie kontrastu, zarówno pod względem wyglądu, jak i osobowości. Ich rywalizacja stanowi udane źródło komizmu w niemieckiej przygodówce. Oprócz tego, powodów do uśmiechu dostarczają różne dialogi, sytuacje, a także pojedyncze popkulturowe aluzje, np. do Władcy Pierścieni czy platformówki Donkey Kong.



Co nie zagrało?



Nie zapominajmy, że losy sympatycznego awanturnika nie zostały przedstawione na kartach powieści, lecz w formie gry komputerowej. W związku z powyższym, należy poddać analizie inne aspekty produkcji. Point and clicki, do jakich zalicza się recenzowany przeze mnie tytuł, zazwyczaj legitymują się wygodnym sterowaniem. Niestety, Jack Keane 2 zawodzi w tej dziedzinie. Na pozór gra zdaje się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom odbiorców, kusząc dwoma sposobami przemieszczania postaci. Położenie zmieniamy przy pomocy klawiszy WSAD lub myszki, ale żadna z alternatyw nie sprawdza się w stu procentach, co dodatkowo utrudnia nienajlepsza praca kamery. W szczególności rozczarowuje poruszanie się przy użyciu gryzonia. Twórcy niepotrzebnie oddalili się od tradycji „wskaż i kliknij”, gdyż bohater zaczyna iść dopiero po przytrzymaniu lewego przycisku. Na domiar złego, niekiedy będziemy musieli wskoczyć na blok skalny, skrzynię itp. Z uwagi na brak precyzji w sterowaniu stanowi to nie lada wyczyn, który grozi uczuciem frustracji. Dodam jeszcze, że za skakanie odpowiada spacja, prawy przycisk myszy oraz jedna z ikon w lewej górnej części ekranu, będąca kolejnym nietrafionym pomysłem.





Aby wejść w interakcję z aktywnym elementem planszy, wystarczy kliknąć lewym przyciskiem myszy na obiekcie bądź osobie. Kursor przybiera wtedy formę symbolizującą adekwatną czynność. W tym miejscu ponownie ponarzekam zamiast cieszyć się z prostoty owego rozwiązania. Dlaczego? Otóż zdarzają się chwile, kiedy gra... kaprysi. Czasami kliknięcie nie przynosiło żadnych rezultatów. Reakcja następowała z dużym opóźnieniem albo po kilkukrotnym powtórzeniu czynności. Oprócz tego, niezbyt dobrze spisuje się funkcja podświetlania przedmiotów, które możemy podnieść. Mniejsze rekwizyty i tak niełatwo wypatrzeć, zwłaszcza w połączeniu z niefortunnym ustawieniem kamery oraz kierowanej postaci. Rozumiem, że dawniej obywano się bez takich ułatwień. Skoro jednak zaimplementowano tego typu opcję, powinna ona działać bez zarzutu.



Wracamy do plusów



Chociaż nowe przygody Jacka trwają krócej niż poprzednio, czas potrzebny na ukończenie The Fire Within z czystym sumieniem uznaję za zaletę. Przejście produkcji zajęło mi około 11 godzin, co jest solidnym wynikiem w obliczu współczesnej tendencji skracania i upraszczania gier. Poziom trudności został odpowiednio wyważony, ponieważ w trakcie rozgrywki zetkniemy się z wyzwaniami o różnym stopniu skomplikowania. Z niektórymi zadaniami uporamy się bardzo szybko, z kolei nad innymi posiedzimy nieco dłużej, jednocześnie przestawiając się na ciut mniej standardowy tok myślenia. Dominują inwentarzówki, lecz napotkamy też kilka łamigłówek oraz zagadek dialogowych w stylu właściwego poprowadzenia rozmowy czy rozszyfrowania hasła na podstawie słów sepleniącego mężczyzny. Do naszej dyspozycji oddano w sumie cztery grywalne postaci, a mianowicie Jacka, Amandę, Eve oraz młodego inżyniera Carla. Najczęściej pokierujemy tytułowym protagonistą, natomiast w ostatnią z wymienionych osób wcielimy się dosłownie na chwilę. W pewnych momentach pojawi się ponadto możliwość przełączania się pomiędzy dwoma lub trzema bohaterami, a ich współpraca okaże się niezbędna do zaliczenia aktualnego zadania.





Na osobną uwagę zasługują rozwiązania, które w ciekawy sposób urozmaicają zabawę, w przeciwieństwie do udziwnień w obrębie sterowania. Pierwszym z nich są pojedynki, gdzie Jack musi wykazać się znajomością sztuk walki. Na szczęście, nie chodzi o czystą zręczność pomimo obecności licznika czasu. W owych bijatykach czuć delikatną inspirację słynnymi starciami z Monkey Island, w których należało rzucać obelgami zamiast biegle władać orężem. W The Fire Within udział gracza sprowadza się do wskazania reakcji na cios przeciwnika. Poprawnych ruchów ofensywnych i defensywnych nauczą nas dysponujące taką wiedzą osoby. Oczywiście nie uczynią tego za darmo, lecz w zamian za wyświadczenie jakiejś przysługi. Drugą interesującą koncepcję stanowi zaś rozwijanie relacji z Eve oraz Amandą, które polega na popieraniu w trakcie dyskusji jednej z kobiet. Przykładowo zdecydujemy, którą wysłać na podryw, lub czyj pomysł wykorzystamy na pozbycie się napotkanej przeszkody.



Kolorowy świat



Przygodówki ze stajni Deck13 odznaczają się komiksowo-bajkowym stylem 3D, w którym wykonane są postaci oraz lokacje. Nie inaczej przedstawia się sprawa Jacka Keane’a 2. Wystarczy zerknąć na screenshoty, by rozpoznać w nich pracę niemieckiego studia. Oczywiście nie oznacza to, iż producent stanął w miejscu od czasów pierwszej odsłony Ankh i nie poczynił jakiegokolwiek progresu w dziedzinie oprawy wizualnej. The Fire Within wygląda ładniej, staranniej i mniej kanciasto niż starsze tytuły tego dewelopera, z którymi miałam styczność. Nie zapomniano także o dodającym głębi cieniowaniu. Co do lokacji, odwiedzane miejscówki są wystarczająco różnorodne. Najlepiej pod tym względem wypada Afryka, gdzie przyjdzie nam poruszać się nie tylko wśród gorących piasków czy mrocznych jaskiń. Górska wspinaczka odbędzie się bowiem w zdecydowanie zimowej scenerii. Na dokładkę, pokuszono się o tzw. efekt zamarzniętego ekranu. Aparycja bohaterów również nie wzbudza zastrzeżeń, aczkolwiek przydałaby się trochę bogatsza mimika. Nie ustrzeżono się też drobnych błędów graficznych w rodzaju przenikających się tekstur czy nie dotykających podłoża stóp. Dobrze, że nie zdarzają się one nagminnie.





Cóż mogę powiedzieć na temat muzycznej warstwy produkcji? Ścieżka dźwiękowa nie zawiera utworów, które będziemy wspominać długo po zakończeniu zabawy. Mimo wszystko soundtrack wpada w ucho i zgrabnie komponuje się z fabułą. Jak łatwo się domyślić, przeważnie będą nam przygrywać melodie przywodzące skojarzenia z kinem przygodowym. Z kolei angielski dubbing należy do słabszych stron niemieckiej pozycji. Wprawdzie nie ma totalnej katastrofy, ale ze świecą szukać tu perełek na miarę Jarosława Boberka, czyli pamiętnego Kruka z Najdłuższej podróży oraz Dreamfalla. Zatrudnieni przy The Fire Within lektorzy spisują się co najwyżej przeciętnie, a niektórzy potrafią wygłosić swoje kwestie z manierą rodem ze szkolnego teatrzyku.



Podsumowując, Jack Keane 2: The Fire Within to dosyć nierówna produkcja, która w ogólnym rozrachunku wypada słabiej od pierwszej odsłony serii. Z jednej strony, opowiada wciągającą historię, posiada ładną i kolorową grafikę, nie straszy monotonią, a nawet wyróżnia się na tle innych przedstawicieli gatunku point and click. Z drugiej, niektóre pomysły wyszły Deck13 bokiem. Nie sądzę, żeby wielbicieli klasycznych przygodówek usatysfakcjonowała konieczność skakania niczym w grze platformowej. Dobre wrażenie psują także problemy ze sterowaniem, okazjonalne lekceważenie naszych kliknięć i inne pomniejsze niedoróbki. W efekcie, Jackowi grozi zakończenie żywota na drugiej części cyklu. Szkoda by było, bo fajny z niego gość. Na pewno zasłużył na bardziej dopracowaną kontynuację. Mówiąc krótko, z The Fire Within można się zapoznać, ale pod warunkiem, że traficie na sporą obniżkę.














6 PLUSY:

ciekawa fabuła
+ humor
+ charakterystyczni bohaterowie
+ przyzwoity czas rozgrywki
+ kilka grywalnych postaci
+ odpowiednio wyważony poziom trudności
+ pojedynki, które nie wymagają zręcznych palców
+ rozwijanie relacji z żeńskimi uczestniczkami wyprawy
+ ładna grafika
+ przyjemna dla ucha muzyka
MINUSY:

niewygodne sterowanie
- kamera utrudnia czasem życie
- okazjonalny brak reakcji na kliknięcie
- zbędne elementy platformowe
- mało pomocne podświetlanie hotspotów
- drobne usterki graficzne
- niektóre głosy


Autorka: crouschynca