Blackwell Unbound - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 28.05.2013 21:50

Pierwsza część serii Blackwell przekonała mnie do siebie przede wszystkim za sprawą wciągającej fabuły oraz wyrazistych postaci, z sympatyczną parą głównych bohaterów na czele. Na pozytywny odbiór gry wpłynęły ponadto takie elementy jak melodyjna muzyka, ładna grafika w stylu pixel art, a także lekka i przyjemna rozgrywka. Naturalną koleją rzeczy był zatem fakt, iż prędzej czy później zechcę sięgnąć po następne odsłony cyklu autorstwa niezależnego studia Wadjet Eye Games. Czy drugi odcinek o nazwie Blackwell Unbound dostarcza równie miłych wrażeń co jego poprzednik?



W Unbound spotkamy tylko połowę znanego z „jedynki” duetu. Zamiast Rosangeli, u boku Joeya Mallone’a ujrzymy tym razem Lauren Blackwell. Imię kobiety nie powinno brzmieć obco osobom, które zagrały we wcześniejszą część. To nikt inny jak ciotka protagonistki Legacy. Chociaż poprzednia gra z serii rozpoczynała się już po jej śmierci, owa postać odegrała tam niezwykle ważną rolę. Odejście Lauren sprawiło, że w życiu Rosy pojawił się duch o imieniu Joey, towarzyszący kobietom z rodziny Blackwell. Dziewczyna musiała wtedy dodać do codziennych obowiązków nowy punkt, a konkretnie pomoc niespokojnym duszom w opuszczaniu ziemskiego wymiaru. Łatwo więc domyślić się, że Unbound prezentuje mediumiczną działalność jej krewnej. Przygodówka jest prequelem Legacy i przenosi graczy do roku 1973. Co ciekawe, historia ta została początkowo zaplanowana jako fragment kolejnej odsłony perypetii Rosangeli. Partie z Lauren miały być wprowadzone w formie retrospekcji, lecz ostatecznie zdecydowano się na stworzenie oddzielnej produkcji.



Zakasać rękawy i do roboty



W grze przyjdzie nam zbadać dwie sprawy. Jedna dotyczy ducha jazzowego saksofonisty, natomiast w drugiej spróbujemy odkryć okoliczności śmierci kobiety nawiedzającej plac budowy. W przeciwieństwie do The Blackwell Legacy, twórcy darowali sobie wstęp, który szczegółowo przedstawiałby głównych bohaterów. Poprzednio byliśmy świadkami przyzwyczajania się Rosy do nadnaturalnego talentu. Teraz autorzy od razu przechodzą do sedna. Lauren zdążyła oswoić się ze swoim darem i obecnością Joeya. Współpraca niecodziennego duetu trwa już od pewnego czasu. Poznajemy ich w momencie, kiedy wypatrują następnych zadań. Scenariusz poprowadzono na tyle klarownie, by nie pogubił się odbiorca dopiero zaczynający przygodę z cyklem. Taka osoba szybko zorientuje się, na czym polega praca panny Blackwell oraz pana Mallone’a. Niemniej osobiście radziłabym najpierw przejść Legacy. Mimo że w Unbound można zagrać bez uprzedniego zaliczenia poprzedniczki, znajomość debiutanckiego odcinka pozwoli prędzej odnaleźć się w różnych niuansach. Pierwsza odsłona zawiera bowiem więcej detali m.in. na temat relacji Lauren z własnym bratem czy procesu wysyłania duchów na drugą stronę.





Fabuła Blackwell Unbound nie odstaje poziomem od Legacy, dzięki czemu nie odczujemy zmęczenia cyklem od Wadjet Eye Games. Co więcej, nie zadowolono się zaserwowaniem opowieści, która byłaby wierną kopią swojej starszej siostry. Prócz zmiany bohaterki oraz osadzenia akcji w przeszłości, zafundowano nam nieco poważniejszą historię, skłaniając w paru momentach do przemyśleń. Nie oznacza to jednak, iż nie uświadczymy ani krzty humoru. Komicznych elementów jest niewiele, lecz wystarczająco, by delikatnie rozluźnić atmosferę. Mam tutaj na myśli niektóre dialogi, a zwłaszcza sarkastyczne uwagi, jakich nie szczędzą sobie Lauren i Joey. Warto przy tym zaznaczyć, iż relacje pomiędzy tą dwójką wypadają bardzo wiarygodnie. Przekonuje też kreacja wszystkich postaci w grze, co nie dziwi zważywszy na dopracowanie tego aspektu w „jedynce”. Kto polubił pana Mallone’a za pierwszym razem, raczej nie zmieni opinii na temat sympatycznego ducha. Wiodąca samotniczą egzystencję Lauren nie wzbudza zastrzeżeń, aczkolwiek prędzej zżyłam się z jej bratanicą. Tradycyjnie nie zawodzą bohaterowie drugiego planu, wśród których najbardziej wyróżnia się szalona staruszka o pseudonimie „Hrabina”. Kobieta zdołała wywołać u mnie zarówno lekki niepokój, jak i współczucie.



Stuprocentowa współpraca



Podstawowe zasady sterowania nie uległy zbytnim zmianom w stosunku do pierwowzoru. Lewy przycisk myszki służy do przemieszczania postaci, rozmawiania oraz zbierania przedmiotów. Wciśnięcie prawego skutkuje zaś obejrzeniem danej osoby lub rzeczy. Ekwipunek ponownie umiejscowiono w górnej części ekranu, a jego zawartość wyświetli się w chwili, gdy najedziemy tam kursorem. Sam inwentarz działa lepiej niż w The Blackwell Legacy, ponieważ zgromadzone obiekty da się wreszcie wyciągnąć poza jego obszar i używać na interaktywnych punktach planszy. Innymi opcjami, do jakich uzyskamy dostęp z poziomu schowka, są wyjście do menu, notes głównej bohaterki oraz nowość w postaci dwóch guzików oznaczonych literami J i L. Owe przyciski odpowiadają za przełączanie się pomiędzy Joeyem a Lauren, lecz można to również uczynić przy pomocy klawisza Tab.





Rozgrywka w dalszym ciągu kładzie nacisk na przeprowadzanie konwersacji. Natrafimy także na pojedyncze zadania, które polegają na operowaniu zebranymi rekwizytami. Mimo że poziom trudności uległ podwyższeniu, gra nadal nie stanowi wielkiego wyzwania. Tym, co zdecydowanie wyróżnia ją na tle poprzedniczki, jest oddanie do naszej dyspozycji dwóch grywalnych postaci. W Legacy kierowaliśmy wyłącznie Rosą, podczas gdy rola Joeya sprowadzała się w sumie do odbycia kilku pogawędek. Nawet wykorzystanie jego talentu odbywało się w wyniku interwencji partnerki. W Unbound sprawa przedstawia się inaczej. Kiedy chcemy, aby pan Mallone zagadał do jakiegoś ducha, sami musimy się na niego przełączyć, korzystając ze wspomnianej wyżej funkcji. Nieodzowne okażą się też pozostałe umiejętności Joeya. Jako niematerialny byt, potrafi przeniknąć przez ścianę lub zamknięte drzwi. Lauren przypada z kolei podnoszenie przedmiotów, korzystanie z notesu i książki telefonicznej, a także rozmawianie z żywymi ludźmi. Tak jak w pierwszej części, zeszyt posłuży za dodatkową listę dialogową, a ponadto przyda się do wyciągania nowych wniosków poprzez odpowiednie łączenie zapisanych tropów. Co do książki telefonicznej, w pewnym sensie zastępuje ona komputer z The Blackwell Legacy. Wyszukujemy w niej nazwiska osób bądź nazwy firm, przy czym należy wtedy skorzystać z klawiatury.



Jazzujące piksele



Wizualna warstwa Blackwell Unbound utrzymana jest w charakterystycznym dla Wadjet Eye Games stylu pixel art. Przyznam, że doceniam konsekwencję studia w trzymaniu się stylistyki retro. Wciąż nie brakuje graczy, którzy z utęsknieniem wspominają rozpikselowane przygodówki ze wczesnych lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Niezależny deweloper wychodzi więc naprzeciw oczekiwaniom tego rodzaju odbiorców i chwała mu za to. Grafika Unbound wywołuje pozytywne wrażenia, ciesząc oczy dość starannym wykonaniem. Wprawdzie nie zwiedzimy wielu lokacji, lecz poszczególne plansze cechują się odmiennym wyglądem i kolorystyką. W zasadzie doskwierała tylko jedna rzecz. Mianowicie chodzi mi o nieobecność portretów postaci, które wyświetlałyby się w trakcie konwersacji. W Legacy takie rozwiązanie bardzo przypadło mi do gustu. Szkoda, że zrezygnowano z niego w perypetiach Lauren.





Po ocenie grafiki, pora wywołać do tablicy dźwiękową stronę produkcji. Skomponowaniem muzyki zajął się Thomas Regin, który ma na swoim koncie soundtrack do Snakes of Avalon. Autor wykonał kawał porządnej roboty, gdyż jego utwory wpadają w ucho, są klimatyczne i ściśle powiązane z fabułą. Jak wspomniałam wcześniej, w grze zbadamy m.in. sprawę śmierci muzyka jazzowego. Dlatego też na ścieżkę dźwiękową składają się reprezentujące ten gatunek melodie. Co się tyczy dubbingu, zatrudnieni lektorzy nie dali plamy i generalnie dobrze odegrali powierzone im role.


Jeżeli polubiliście The Blackwell Legacy, śmiało sięgajcie po jej następczynię. Gra nadaje się idealnie na wieczór, kiedy będziecie mieli ochotę na coś niezbyt wymagającego i dającego się ukończyć przy jednym posiedzeniu. Blackwell Unbound nie należy do długich produkcji, ponieważ przejście przygodówki powinno zabrać mniej więcej 3 godziny z minutami, podobnie zresztą jak poprzednia odsłona serii. Co prawda, historia z Lauren w roli głównej nie stanowi milowego kroku w przód w stosunku do debiutanckiego odcinka, ale posiada dostateczną ilość zalet, żeby zasłużyć na miano solidnej i wartej uwagi pozycji.














7 PLUSY:

ciekawa fabuła i wyraziści bohaterowie
+ dwie grywalne postaci
+ ładna grafika w stylu retro
+ jazzowa ścieżka dźwiękowa
MINUSY:

nadal jest trochę za łatwo
- brak portretów podczas dialogów


Autorka: crouschynca