Fester Mudd: Curse of the Gold - Episode 1: A Fistful of Pocket Lint - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 25.04.2013 14:49

Wielu przygodówkowych wyjadaczy z rozrzewnieniem wspomina wczesne lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. To właśnie w tym okresie Jane Jensen powołała do wirtualnego życia Gabriela Knighta, zaś LucasArts oczarował miłośników gatunku m.in. dwoma pierwszymi częściami Małpiej Wyspy oraz perypetiami Sama i Maxa. Niejeden powstały wówczas tytuł zaliczany jest do klasyków, których po prostu nie wypada nie znać. Mimo że wizualna warstwa tych produkcji trąci już myszką, nie brakuje osób przedkładających wszechobecną pikselozę nad graficznymi wodotryskami. Powyższe fakty nie uszły uwadze twórców współczesnych gier video, czego dowodzi chociażby Fester Mudd: Curse of the Gold. Czy pierwszy epizod owej pozycji rzeczywiście oddaje hołd przygodówkom z dawnych lat? A może to tylko marna próba żerowania na ludzkich sentymentach?



Humorystyczna gorączka złota



Projekt fińskiego studia PRANK docelowo ma składać się z trzech odcinków, a jego akcję umiejscowiono na Dzikim Zachodzie, przedstawionym ze sporym przymrużeniem oka. Początek pierwszego odcinka o podtytule A Fistful of Pocket Lint przenosi graczy przed pewną chatę na odludziu. Dom należy do tytułowego Festera Mudda. Mężczyzna jest akurat zajęty wylegiwaniem się na ławce, lecz błoga drzemka zostaje szybko zakłócona przez szczekanie psa. Zwierzak pragnie oznajmić nadejście poczty, co nie wprawia jego pana w zbyt przyjemny nastrój. Samopoczucie głównego bohatera polepsza się jednak po sprawdzeniu zawartości skrzynki. Co takiego znalazł w środku? Otóż otrzymał list od swojego brata Buda, który chwali się znalezieniem złota i prosi o pomoc w wydobyciu cennego kruszcu. Fester nie waha się nad podjęciem decyzji, zwłaszcza że wiadomość zawiera obietnicę udziału w zyskach. Tak więc wyrusza na spotkanie z Budem do miasteczka Loamsmouth. Niestety, nie zastaje tam brata. Zaistniały problem nie zniechęca naszego protagonisty, który postanawia odszukać zaginionego wraz ze złotem. Poznany w mieście rewolwerowiec Lance zgodzi się udzielić mu wsparcia, aczkolwiek uczyni to dopiero po spełnieniu kilku warunków.





I to by było na tyle, jeśli chodzi o fabułę. A Fistful of Pocket Lint stanowi klasyczny przykład pierwszego epizodu, prezentującego jedynie zalążek dłuższej historii. Debiutancki odcinek nie obfituje w wiele wydarzeń i kończy się w momencie, kiedy powinna przyjść pora na bardziej emocjonujące przygody. Perypetie Festera sprowadzają się do prób wejścia do budynku, gdzie miał czekać Bud, a następnie do realizacji wytycznych Lance'a, dzięki czemu będzie można opuścić miasto. Za to już teraz deweloperzy w pełni odsłonili największy atut scenariusza, a mianowicie humor. Wprawdzie nie grozi nam przedwczesna śmierć ze śmiechu, lecz w grze nie brakuje zabawnych momentów. Zetkniemy się tu zarówno z komizmem sytuacyjnym, jak i postaciowym. Natrafimy też na pojedyncze odniesienia do filmów czy gier. Przykładowo w saloonie usłyszymy temat przewodni z serialu "Z Archiwum X". Z kolei na półce jednego ze sklepów stoją napoje dodające 5 punktów do zdrowia, co jest oczywistym ukłonem w stronę fanów gatunku RPG. Ponadto Fester Mudd: Curse of the Gold pozytywnie zaskakuje dość dużą, jak na epizodyczną pozycję, liczbą bohaterów. Mimo że poszczególne postaci przeważnie pojawiają się na krótko, zazwyczaj posiadają unikalny wygląd i osobowość, a tym samym nie tworzą bezpłciowej papki.



Oldschoolowa obsługa przy współczesnych zasadach zabawy



Na początku rozgrywki, gra wita odbiorców informacją, iż została zrealizowana jako wyraz szacunku dla tzw. złotej ery przygodówek. Inspirację produkcjami z tamtego okresu widać już na etapie interfejsu. U dołu ekranu umieszczono bowiem znane ze starych point and clicków menu. W lewej części panelu umieszczono listę czynności (oglądanie, podnoszenie, otwieranie, przesuwanie itd.), natomiast w prawej wyświetla się zawartość ekwipunku. W celu wykonania danej akcji, kierujemy kursor na odpowiedni guzik w owym menu, a potem klikamy na obiekcie naszych działań na planszy lub wewnątrz inwentarza. Pożądane czynności możemy również wybierać przy użyciu klawiszy na klawiaturze, lecz wygodniej posługiwało mi się myszką. Z recenzenckiego obowiązku muszę jeszcze odnotować wykorzystanie prawego przycisku gryzonia. Klikając nim na przedmiocie bądź osobie, uaktywnimy akcję, której teoretycznie powinniśmy najbardziej potrzebować. W praktyce powyższa opcja okazała się nieprzydatna, gdyż dokonany przez program wybór nie zawsze pokrywa się z oczekiwaniami gracza.





Gameplay A Fistful of Pocket Lint opiera się na przeprowadzaniu konwersacji oraz zbieraniu i używaniu przedmiotów. Pomiędzy owymi zadaniami istnieje silny związek, ponieważ nasi rozmówcy zwykle życzą sobie dostarczenia różnych rekwizytów. W zamian otrzymamy od nich kolejny gadżet bądź innego rodzaju pomoc, przybliżającą do ukończenia przygodówki. Pod względem poziomu trudności, Festerowi bliżej jednak do współczesnych pozycji typu point and click niż do zakręconych tytułów z dawnych lat, na których się wzoruje. Inwentarzówki nie są zbytnio skomplikowane i nie wymagają abstrakcyjnego sposobu myślenia jak np. seria Monkey Island. Dobrnięcie do napisów końcowych zajmuje góra 2 godziny z minutami. W przypadku samodzielnej produkcji powiedziałabym, że zabawa trwa zdecydowanie za krótko. Niemniej mamy tutaj do czynienia z pojedynczym epizodem, a zatem czas ten mieści się w granicach przyzwoitości.



Dla wielbicieli retro



Oprawa wizualna idealnie podkreśla ideę, która przyświecała autorom Curse of the Gold. Produkcja od studia PRANK wygląda niczym przygodówka z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Kto więc nie lubuje się w obserwowaniu rozpikselowanej grafiki, zapewne ominie historię pana Mudda szerokim łukiem, podobnie jak inne tytuły w stylu retro. Niesmaku z pewnością nie odczują zaś zwolennicy takiej konwencji. W odwiedzanych lokacjach dominują odcienie brązu oraz żółci, co zresztą pasuje do opowieści rozgrywającej się w epoce Indian i kowboi. W westernowym klimacie utrzymane są też niektóre z utworów, jakie przygrywają naszym zmaganiom. Melodie te najbardziej przypadły mi do gustu, choć generalnie żaden z kawałków nie zapada na dłużej w pamięć. Co się tyczy pozostałych elementów dźwiękowych, odgłosy otoczenia działają bez zarzutu. W trakcie zabawy usłyszymy niekiedy szczekanie psa, stukot kopyt czy nawet... puszczanie bąków. Niestety, nie postarano się przy voice-actingu, kompletnie go sobie odpuszczając. O ile brak dubbingu nie przeszkadzał mi w To the Moon ani w Richardzie & Alice, Festerowi przydałaby się obecność głosów. Komediowa wizja Dzikiego Zachodu aż prosi się o lektorów, którzy nadaliby temu światu jeszcze więcej życia.





Podsumowując, pierwsze spotkanie z poszukiwaczem złota nieźle sprawdza się w roli hołdu złożonego klasyce gatunku point and click. Jednocześnie przygodówka ta stara się nie odstraszać współczesnych graczy, ponieważ poziom trudności został dostosowany do przyjętych dzisiaj standardów. A Fistful of Pocket Lint to w gruncie rzeczy sympatyczna produkcja, lecz nie mogę wystawić jej wyższej oceny niż 6. Gra nie wnosi jakichkolwiek innowacji, a ponadto urywa się przed nadejściem najciekawszych wydarzeń. Mimo wszystko trzymam kciuki za ekipę z PRANK i liczę, że następny odcinek będzie lepszy od poprzedniego.











6 PLUSY:

lekka humorystyczna atmosfera
+ różnorodne postaci
+ udany ukłon w stronę fanów przygodówek retro
MINUSY:

to tylko krótki wstęp do właściwej części scenariusza
- prawy przycisk myszy nie spełnia dobrze swojej roli
- brak voice-actingu

Autorka: crouschynca