Primordia - recenzja
Dodane przez Toddziak dnia 05.12.2012 23:17

Debiuty nigdy nie są łatwe, również w przypadku świata gier. Potencjalni gracze-konsumenci mogą odnosić się nieufnie do świeżo upieczonych developerów, spodziewając się po nich produktu z duszą i pomysłem, ale również całym dzbankiem bugów i niedoróbek. Dlatego dobrze jest mieć za plecami giganta w branży, który służy marką i pomocą. Wormwood Studios, wspomagane przez Wadjet Eye Games (wydawcy między innymi Gemini Rue czy serii Blackwell), gotowe jest podbić świat swoim pierworodnym przygodowym dzieckiem - Primordią, która ma dzisiaj swoją ogólnoświatową premierę. Gra ta na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka wygląda jak bękart Gemini Rue i Beneath a Steel Sky, ale czy to wada? Absolutnie nie! Primordia to pełnokrwista, staroszkolna przygodówka, która zadowoli wszystkich graczy szukających intelektualnych wyzwań oraz intrygującej historii.



O maszynach i ludziach



Głównym bohaterem Primordii jest Horatio, humanoidalny robot-inżynier ze smykałką do naprawiania różnych maszynerii. Prawdziwa z niego złota rączka, gdyż zdołał samodzielnie zbudować sobie latającego pomagiera imieniem Crispin, którego najłatwiej opisać jako skrzyżowanie gadatliwości Wheatleya wraz z osobowością i poczuciem humoru Morte z Planescape: Torment. Budowniczy i jego dzieło żyli sobie spokojnie we wraku statku „UNNIIC” gdzieś pośrodku posępnych pustkowi. Kiedyś zapewne pięknych i kwitnących, lecz teraz będących niczym więcej niż pustynnym złomowiskiem. Sielanka bohaterów zakończyła się niestety dość gwałtownie, kiedy wrogi robot wparował bezceremonialnie do ich domu i wykradł stamtąd źródło zasilania. Bez niego Horatio i Crispin mają w najlepszym razie kilka dni życia nim ich baterie całkiem padną. Pozostają im więc tak naprawdę dwie opcje: umrzeć (co raczej nie jest rozwiązaniem preferowanym) albo ruszyć w pogoń za złodziejem do Metropolu, miasta rzekomo pełnego elektryczności i cudów. Z jakiegoś powodu Horatio wcale nie pali się jednak, aby skierować tam swoje kroki. Wprawdzie nasz protagonista stracił pamięć, ale czuje w kościach (trybikach?), że powinien trzymać się z daleka od tamtego miejsca, bo oznacza ono same kłopoty. Wkrótce przekonujemy się, że miał on rację...





Można powiedzieć, że fabuła jest najważniejszym elementem Primordii. Opowieść o dwóch robotach przemierzających zdewastowany, post-apokaliptyczny świat zamieszkały jedynie przez maszyny jest ponura i zahaczająca o takie tematy jak religia, odpowiedzialność czy poświęcenie, co zmusza gracza do chwili zadumy. Nie oznacza to jednak, że historia jest całkowicie wyprana z humoru. Crispin świetnie realizuje się w roli tak zwanego „comic reliefu”, komentując bieżące wydarzenia takoż akuratnie, jak i sarkastycznie („Według moich obliczeń, szefie, masz 99 problemów, ale glitch nie jest jednym z nich”). Dialogi w grze są naprawdę świetnie napisane i z prawdziwą przyjemnością można słuchać posępnych przemyśleń Horatio, sucharów rzucanych przez Crispina czy też pełnych ukrytej sympatii przekomarzań się obu bohaterów. Wspaniały voice-acting (Logan Cunningham w roli Horatio i Abe Goldfarb jako Crispin) tylko podsyca pozytywne wrażenia płynące z gry. Wyjątkowa atmosfera Primordii również zasługuje na wzmiankę. Nie pamiętam kiedy ostatni raz grałam w tak depresyjną przygodówkę. Podczas rozgrywki nie masz złudzeń, że ten zardzewiały świat jest zgubiony i nie ma dla niego żadnej nadziei. Jedynie złe i tragiczne rzeczy mogą czekać tutaj bohaterów. Może właśnie dlatego opowieść tak mocno angażuje emocjonalnie i sprawia, że tym bardziej kibicujemy naszym podopiecznym. Nie skłamię, jeśli powiem, że pod koniec gry byłam naprawdę potężnie przygnębiona. Po tym właśnie można poznać udaną historię.



Pixel-hunting w najlepszym wydaniu



Nie samą historią jednak żyje gracz, wyzwania na niego czyhające są równie ważne. Pod tym

względem Primordia jest oldchoolowa do bólu. Zapomnij o pomijaniu zagadek, rozbudowanym systemie pomocy czy podświetlaniu hotspotów. Możesz liczyć tutaj tylko na siebie i swój intelekt. No i spostrzegawczość, gdyż musisz mieć oczy dookoła głowy i kursor latający po całym ekranie, aby nie przegapić niczego ważnego. Przygotuj się więc na potężną dawkę polowań na piksela. Większość zadań, jakie gra przed nami stawia, to klasyczne inwentarzówki, lecz fani bardziej logicznych czy kreatywnych problemów również powinni poczuć się usatysfakcjonowani. Znajdziemy tu sporo łamania różnych kodów oraz dedukcji, które mogą usmażyć nam mózg, a przynajmniej porządnie go zagotować. Na szczęście w przypadku potężnego zacięcia się (o które trudno, jako że gra daje nam dużą swobodę działania) możemy poprosić naszego wiernego towarzysza o pomoc. Crispin nieraz szturchnie nas w dobrym kierunku zawoalowaną podpowiedzią.





Co również ciekawe, Crispina możemy używać w grze jak zwykłego przedmiotu. Dzięki zdolności latania, robot bez problemu będzie mógł udać się gdzieś na zwiady lub przynieść niewielki przedmiot będący poza zasięgiem Horatio. Nie ma to jak praca zespołowa! Kolejną przydatną funkcją jest nasz podręczny „komputerek”, w którym zostają zapisane wszystkie ważne informacje. Nie musimy uczyć się na pamięć ciągu cyfr lub sporządzać własnoręcznie notatek – gra zrobi to za nas. „Komputer” zawiera również mapę, dzięki której będziemy mogli skakać pomiędzy lokacjami. Szkoda tylko trochę, że używanie przedmiotów z ekwipunku jest dość niewygodne. Musimy najpierw otworzyć nasz inwentarz, wybrać obiekt, zamknąć okno poprzez kliknięcie odpowiedniego przycisku i dopiero wtedy użyć przedmiotu w wybranym miejscu. Plus jest chociaż taki, że do wybranego aktualnie przedmiotu mamy szybki dostęp, więc możemy bez dalszych przeszkód zaklikać nim ekran, jeśli tylko tak nam się podoba.



Rdzawy oldschool



Grafika w Primordii jest zdecydowanie charakterystyczna, klimatyczna i zapadająca w pamięć, choć tytułu miss gier raczej nie dostanie. Co jednak nie zmienia faktu, że rozpikselowana oprawa rodem z wczesnych lat dziewięćdziesiątych podlana do tego cyberpunkowo-postapokaliptycznym sosem aż ocieka klimatem i ciężko mi wyobrazić sobie tę grę w jakichkolwiek innych szatach. Kolory jakie tu przeważają – rdza i ciemny brąz – świetnie podkreślają ponury ton całej gry. Podobnie jak muzyka, która dodaje rozgrywce głębi i doskonale współgra z tym, co akurat dzieje się na ekranie. Właściwie można by się nieco przyczepić do animacji. Bywa ona nieco niezgrabna, lecz wolę zrzucić to na defekty w robocich stawach.





Primordia okazała się dla mnie bardzo miłą niespodzianką. Nie spodziewałam się, że wywrze ona na mnie aż takie wrażenie. W sumie niewielka, dość krótka (6-8 godzin) i raczej nieznana powszechnie gra od debiutującego studia ma wielkie szanse stać się kultowym hitem pośród fanów przygodówek. Nie ma na co czekać, zainwestuj we własną kopię i zanurz się w rozpadającym się, mechanicznym świecie wraz z Horatio i Crispinem.











9 PLUSY:

intrygująca, niegłupia fabuła
+ niesamowity, przygnębiający klimat rozkładu
+ wyjątkowo udana para głównych bohaterów
+ świetny voice-acting i soundtrack
+ niełatwe, ale logiczne i satysfakcjonujące zagadki
MINUSY:

czego by się tu czepić... krótka trochę
- specyficzna grafika nie wszystkim przypadnie do gustu

Autorka: Toddziak