Anna - recenzja
Dodane przez Toddziak dnia 19.08.2012 12:12

Sezon letni to zarazem sezon ogórkowy dla gier komputerowych. Na palcach jednej ręki drwala można policzyć głośne tytuły, które ukazują się w tym okresie. Nie oznacza to jednak, że w growym światku nie dzieje się zupełnie nic. Wielu mniejszych developerów wykorzystuje ten czas, by wypromować i wypuścić swoje dzieła, które zostałyby najprawdopodobniej zwyczajnie pominięte w natłoku produkcji Triple-A. Jednym z nich jest studio Dreampainters, które niedawno zaprezentowało światu Annę – przygodówkę utrzymaną w konwencji horroru, gdzie liczne strachy mają wywołać w nas koszmary z piekła rodem i moczenie się w łóżku. Czy grze ten ambitny cel się udał? Raczej tak, przynajmniej w pewnym stopniu, chociaż podczas rozgrywki częściej będziemy wrzeszczeć z frustracji niż z przerażenia.



Sam początek jest bardzo enigmatyczny. Jako bliżej niezidentyfikowany mężczyzna budzimy się w niezwykle malowniczej okolicy, patrząc na stary i rozpadający się tartak. Co ciekawe, ten budynek pojawiał się wcześniej w naszych snach i jest w jakiś sposób związany z tajemniczą kobietą imieniem Anna, o której nie wiemy nic, więc jak to zwykle w horrorach bywa zamiast zwiewać gdzie pieprz rośnie, dzielnie wyruszamy eksplorować podejrzaną lokację. Przecież nic nie pójdzie źle, prawda? Kiedy jednak drzwi zamykają się za nami na głucho, jest już za późno na przebłyski zdrowego rozsądku. Zostajemy zamknięci w koszmarze i nie mamy innego wyjścia jak tylko zwiedzić tartak wzdłuż i wszerz, próbując odkryć co tu się naprawdę wydarzyło. Nie będzie to proste, jako że cała historia przedstawiona została za pomocą mglistych wspomnień z przeszłości w formie strzępków różnych konwersacji. Fabuła jest całkiem intrygująca, chociaż może aż nazbyt mglista. Z jednej strony to dobrze, bo można samemu poskładać historię w jedną całość, lecz z drugiej miałam wrażenia, że przydałoby się kilka puzzli więcej, by z satysfakcją spojrzeć na cały obrazek.




Największą zaletą Anny jest jej gęsta i i niesamowita atmosfera. Czujemy się uwięzieni w klaustrofobicznym wnętrzu obskurnego tartaku, gdzie kilka migoczących świec bardziej podkreśla nastrój grozy niż daje choćby najmniejsze poczucie bezpieczeństwa. Z początku wszystko wydaje się jeszcze w miarę spokojne i normalne, lecz w miarę postępów fabuły coraz więcej niewytłumaczalnych i niepokojących rzeczy zaczyna się nam przytrafiać. Duchy wyskakują nam za plecami, puszki zaczynają tłuc się po kątach, a z podłogi nagle wyrasta las wydłużonych i fluorescencyjnych rąk. I chociaż wiemy, że tak naprawdę nic nam nie grozi, bo żaden ze straszaków nie może nas skrzywdzić, to jednak nic to nie zmienia, gdy stajemy twarzą w twarzą z kolejnym koszmarem. Nie ma szans, by przejść Annę ani razu nie podskakując ze strachu lub nie mając po drodze mini zawału serca.



Tak się jednak składa, że nie tylko strach może być przyczyną poważnych kłopotów ze zdrowiem przy graniu w Annę. Zagadki dostępne w grze spokojnie doprowadzą nas do ataku apopleksji oraz wrzodów żołądka. Nie jestem nowicjuszką w gatunku przygodówek, ale już dawno nie widziałam żadnej gry, gdzie wyzwania przed nami stawiane miały tak mało sensu. Nie wszystkie na szczęście, lecz i tak zdecydowana większość obok logiki nawet nie leżała. Po półgodzinnym zacięciu się na amen wreszcie zajrzałam do solucji i moją reakcją było: „No chyba ktoś sobie w kulki leci! Przecież to nigdy nie zadziała!” Cóż, jak na złość: zadziałało. Fakt, że przez większość czasu nie mamy wyznaczonego żadnego konkretnego celu i tylko włóczymy się po pokojach w poszukiwaniu inspiracji, naprawdę nie pomaga. Sama gra długością nie grzeszy, ale przez durne zagadki wydaje się rozciągnięta ponad potrzebę. Z poradnikiem na kolanach dałoby się ją ukończyć w godzinę, maks dwie. Czarę goryczy przelewają hotposty, które nieraz naprawdę ciężko wypatrzeć. Należy ustawić kursor co do milimetra idealnie w miejscu interakcji, bo inaczej na pewno przegapimy coś ważnego. To wkurzające.




A jeśli już o wkurzaniu się mowa, to w tym momencie popsioczę również na interfejs. Aby otworzyć nasz ekwipunek musimy wcisnąć środkowy przycisk myszy lub klawisz „I”. Potem klikamy na zebrany przedmiot i wybieramy opcję podniesienia go, następnie zamykamy ekwipunek i próbujemy użyć obiektu w odpowiednim miejscu. I tak zapętlić bazylion razy, gdyż biorąc pod uwagę nielogiczność zagadek opcja „użyj wszystkiego na wszystkim” jest jedyną możliwością, aby cudem osiągnąć progres. Nie muszę nawet wspominać, jakie to nużące. Oczywiście nie można zapomnieć o odpowiedniej kolejności klikania (A na B działa, ale B na A już niekoniecznie) oraz nadludzkiej precyzji wymaganej przy zajmowaniu się hotpotami, co tylko potęguje irytację. Anna okazjonalnie wykorzystuje podobny mechanizm manualnego otwierania drzwi i podnoszenia przedmiotów, co Amnesia: Mroczny obłęd. Jednak o ile w Amnesii działało to świetnie, pogłębiając tylko immersję w świecie gry, to w Annie jest okropnie frustrujące przez przesadzoną czułość myszy.



Przynajmniej pod względem grafiki Anna nie ma się czego wstydzić. Lokacja na zewnątrz tartaku wygląda naprawdę ładnie i pełna jest detali, a i samo wnętrze budynku nie zostaje daleko w tyle. Na szczególne wyróżnienie zasługują światła, które doskonale budują niepokojącą atmosferę gry. Efekty paranormalne są naprawdę kreatywne i wywołujące ciarki na plecach (maski, brr!). Muzykę, którą skomponowała włoska grupa Chantry, najlepiej można opisać jako „nieziemską”. Doskonale buduje ona klimat. Nie jest to sztampowy soundtrack z dowolnego horroru, gdzie tajemnicze piski i huki mają nas przestraszyć. Tutaj muzyka robi to o wiele subtelniej. Generalnie cała oprawa dźwiękowa zasługuje na pochwałę, razem z mrożącymi krew w żyłach trzaskami podłogi oraz naręczem głosów z zaświatów. Aktorzy dobrze się spisali.




Anna zdecydowanie nie jest grą idealną. Na sumieniu ma wiele grzeszków – jest niedopracowana, autentycznie denerwująca, a zagadki są nielogiczne. Co jednak najdziwniejsze, wciąż dobrze się przy niej bawiłam, głównie dzięki wspaniałej, unikalnej atmosferze. Anną należy potraktować jako pewnego rodzaju senne doświadczenie, a nie kolejną grę do przejścia. Aha, i miejcie poradnik na podorędziu. Wtedy nic złego wam się nie stanie.











5 PLUSY:

Świetna, unikalna atmosfera
+ Kilka konkretnych straszaków
+ Porządna oprawa audiowizualna
MINUSY:

Nielogiczne zagadki
- Frustrujący interfejs
- Hotspoty ciężkie do wypatrzenia


autorka: Toddziak