Captain Morgane and the Golden Turtle - zapowiedź
Dodane przez Toddziak dnia 29.09.2011 21:33

Piraci ciągle w modzie! I to nie tylko w kinie, ale również w grach. Wystarczy chociażby wspomnieć stareńką serię Monkey Island, całkiem nowego Jolly Rovera, świeżutkie Two Worlds II: Pirates of The Flying Fortress, czy zapowiadany na 2012 rok Risen 2. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Do tego zacnego grona już niedługo dołączy Captain Morgane and the Golden Turtle, której premiera odbędzie się 14 października. Już teraz jednak udało się nam dorwać dwa pierwsze rozdziały gry. I muszę przyznać, że miałam co do nich nieco mieszane uczucia.



Yo ho ho i butelka perfumu!


Akcja Captain Morgane and the Golden Turtle dzieje się w siedemnastym wieku na Karaibach. Pierwszy rozdział gry skupia się na perypetiach ośmioletniej chłopczycy Morgane Castillo, marzącej o zostaniu piratką. Jej życie składa się głównie z wypełniania obowiązków domowych, spotkań z przyjaciółmi i radzenia sobie z małoletnimi dręczycielami słabszych. Niecierpliwie wyczekuje także swego ojca-pirata, który ma wkrótce powrócić z kolejnej morskiej podróży. Ten etap gry jest jednak po prostu słaby, mdląco słodki i mało interesujący. Do tego stopnia, że miałam momentami wrażenie, iż oglądam nudny crossover między Piratami z Karaibów i Barbie. Na szczęście pod koniec zaczął się rozkręcać, a kolejny rozdział całkowicie zmył kiepskie pierwsze wrażenie i przywrócił mi wiarę w tę produkcję. Tym razem obserwujemy już podrośniętą i zaokrągloną tu i ówdzie Morgane. Dziewczyna jest członkinią pirackiej załogi dowodzonej przez jej ojca i ten stan, jak łatwo się domyślić, bardzo jej odpowiada. Statek, po wielu latach morskiej tułaczki, powraca na rodzinną wyspę Morgane. Nie jest to jednak wycieczka sentymentalna – trzeba zrekrutować nowych marynarzy i poszukać jakiegoś niebezpiecznego ładunku do przetransportowania. Tymi zadaniami zostaje obarczona Morgane. I radzi sobie z tym bardzo dobrze!



Tym, co ujęło mnie w późniejszych momentach gry, był przede wszystkim humor. Natkniemy się tu na sporo odwołań do naszej rzeczywistości, jak chociażby kolekcjoner jabłek o nazwisku Jobs. A z samej dorosłej Morgane także jest sarkastyczna bestia, co niejednokrotnie wywołuje uśmiech na twarzy gracza. Biedna, musi sobie także radzić z seksizmem wśród piratów, co wprowadza kolejne feministyczno-zabawne nuty. Postacie zaludniające Karaiby również wydają się całkiem barwne i mam nadzieję, że dostarczą nam jeszcze wiele zabawy.





Prosta robota


Pod względem zagadkowym jest w Captain Morgane and the Golden Turtle przeciętnie. Wyzwania ograniczają się przede wszystkim do wypełniania zleceń od bohaterów niezależnych, co znowuż przekłada się na zbieranie tysiąca gratów i używanie ich w odpowiednim miejscu. Poziom trudności jest raczej niski i są małe szanse, że ktoś zatnie się na dłużej. Oprócz standardowego „przynieś, wynieś, pozamiataj” (dosłownie!), znajdziemy tu również niestety mini-gry. Niestety, bo są straszne. Jedną z nich jest pojedynek na miecze z pierwszego rozdziału. Nie dość, że postacie zostały przedstawione w stylu prymitywnego chibi, przez co ich wygląd wypala oczy lepiej niż kwas siarkowy, to jeszcze sama mechanika walki jest bardzo słaba. Postać opornie reaguje na polecenia, przez co do wygranej potrzeba więcej szczęścia niż umiejętności. Nie wspominając już o tym, że gierka kończy się po paru sekundach. Całe szczęście, że twórcy udostępnili możliwość pominięcia tej katorgi. I chwała im za to.



Obsługa gry nie nastręcza problemów. Nie licząc tych nieszczęsnych mini-gier, całość przechodzi się przy użyciu myszy. Lewy klik na przedmiocie rozwija mini-menu, które pozwala obejrzeć dany obiekt lub go podnieść. Prawy klik natomiast daje nam dostęp do inwentarza, mapy wyspy (mało przydatnej), menu opcji oraz dziennika. Są w nim zapisane nasze obecne zadania, przez co nie będziemy szwendać się bez celu w razie ataku sklerozy. Na itemową ślepotę pomaga za to spacja. Jej wciśnięcie powoduje, że hotspoty zaczynają błyszczeć niby Edward na słońcu. Cóż, przynajmniej je widać.





Szkiełko, oko i ucho


Grafiki nie da się ocenić jednoznacznie. O ile tła są dobre i bardzo kolorowe, to wygląd samych postaci już niekoniecznie. Najgorsza jest jednak animacja – mała Morgane biega jakby miała kij bilardowy wetknięty w... gardło. Czasem zdarzają się błędy z wyszukiwaniem ścieżki, przez co dziewczyna, zanim rozpocznie konwersację z bohaterem, musi sobie chwilę potuptać wokół własnej osi. Efekt jest dość groteskowy. A jeśli już o konwersacjach mowa, to liniom dialogowym towarzyszą komiksowe portrety bohaterów obrazujące ich emocje w danej chwili. Pewnie to kwestia osobistych preferencji, ale mi niezbyt przypadły do gustu. Za to komiksowe przerywniki filmowe dawały radę.



Muzyka natomiast bardzo szybko zaczęła mi działać na nerwy. Zwykle moje słoniowe ucho po prostu rejestruje brzdąkające w tle melodie i nie poświęca im więcej uwagi, ale tym razem aż mnie błędnik zaczął świerzbić z irytacji. Wszystkie rytmy są tak sielskie, że ciarki po plecach przechodzą i człowiek zaczyna się pocić na tęczowo. Podobnież z dźwiękami. Odgłos okien przecieranych szmatką jeszcze długo będzie mnie prześladował w najgorszych koszmarach.



Voice-acting również nie zachwyca. Jest po prostu przeciętny. Do tego dialogi nagrane są bardzo cicho i muzyka je zagłusza. Trzeba pobawić się trochę z opcjami gry, by słuchać rozmów komfortowo. A przynajmniej w miarę komfortowo, bo jeśli przyspieszysz dialog kliknięciem, to dźwięk leci dalej, przez co kolejne wypowiedzi nakładają się na siebie. Mam nadzieję, że twórcy zdążą to jeszcze dopracować.



Nie powiem, bym zakochała się w Captain Morgane and the Golden Turtle od pierwszego wejrzenia, ale mimo sporej ilości zastrzeżeń, jakie zgłosiłam co do gry, wciąż wierzę, że dostaniemy kawał bardzo fajnej i lekkiej zabawy. Wierzę, że ekipa z Wizarbox wypuści grę przynajmniej tak udaną jak So Blonde.



autorka: Toddziak