Bone: Wygnaniec z Kosteczkowa - recenzja

Dodane przez Evillady dnia 01.07.2009 15:38

Tekst odnosi się do obu części gry, dlatego tę samą recenzję przeczytasz pod tym adresem.

Szczęście mam ostatnio do gier przygodowych, których scenariusz opiera się na znanych komiksach. Tak było w przypadku gry Perry Rhodan – Dziedzictwo Przeszłości i nie inaczej jest w przypadku recenzowanego tu tytułu, a właściwie dwóch tytułów. Bowiem Wygnaniec z Kosteczkowa oraz Wielki Wyścig Krów, to dwie części serii Bone, której kanwą stały się historyjki obrazkowe Jeffa Smitha. Biorąc pod uwagę zakończenie tej ostatniej zanosi się na kolejne części, które razem złożą się na większą całość. Trudno jest więc pisać osobną recenzję dla każdego z tych tytułów zwłaszcza, że gry te nie różnią się ani przyjętymi w nich rozwiązaniami technicznymi, ani wyglądem grafiki, ani stylem rozgrywki. Jedyna różnica tkwi w sferze fabularnej, ponieważ Wielki Wyścig Krów jest kontynuacją historii, której początek poznajemy w Wygnańcu z Kosteczkowa. Historii ciekawej, zabawnej i wciągającej, więc bez zbędnych wstępów pozwolę Wam się z nią zapoznać...

Od przybytku głowa nie boli...

Zdaje się, że taką dewizę przyjęli twórcy gry tworząc do „Wygnańca...” dwa intra. Pierwsze to historia początków świata, w którym przyjdzie nam funkcjonować, opowiedziana przez jedną z bohaterek przygody. Świat to magiczny, bajkowy, pełen smoków, złych duchów i walki dobra ze złem. Świat, w którym ważną rolę odgrywają sny, a moce dobra zostały chwilowo pokonane przez zło. Drugie, to spotkanie z trzema tytułowymi bohaterami, których poznajemy w chwili, kiedy zagubieni na pustyni, wygnani z rodzinnego miasteczka, starają się znaleźć wyjście z tej patowej, zdawałoby się, sytuacji. Pozornie nie ma żadnego powiązania pomiędzy pierwszą, a drugą częścią intra. Gracz może się nawet poczuć nieco zagubiony i zdezorientowany tym nagłym przejściem od prehistorii świata do jego teraźniejszości, ale wystarczy wykazać się odrobiną cierpliwości i zagłębić w grę, żeby wszystkie wątki zaczęły się ze sobą wiązać, a cała historia nabrała logicznego kształtu.

Już był w ogródku, już witał się z gąską...

Mniej więcej tak się czułam brnąc przez kolejne meandry fabuły. Kiedy udawało mi się wyjaśnić jedną tajemnicę, natychmiast pojawiała się inna. Kiedy z wielkim trudem uzyskałam odpowiedź na jedno pytanie, okazywało się, że za tą odpowiedzią kryją się kolejne znaki zapytania. Kiedy wydawało mi się, że wszystko jest wreszcie jasne, przejrzałam scenariusz i nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć, okazywało się, że jest dokładnie odwrotnie. I to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej ;). Fabuła w obu częściach Bone... to zdecydowanie mocna strona gry. Zaczyna się niewinnie. Trzech kuzynów, zagubionych na pustyni, wygnanych z rodzinnego miasteczka z powodu niejasnych interesów jednego z nich, próbuje znaleźć drogę powrotną do domu. Tyle, że zamiast tego udaje im się pogubić siebie nawzajem, trafić do świata alternatywnego, gdzie spotkają się z mówiącymi owadami, gigantycznymi pszczołami, smokami, Szczuroludami i sfiksowaną babcią, która ściga się z krowami i ma kondycję lepszą niż niejeden dwudziestolatek! Brzmi interesująco? A to dopiero wierzchołek góry lodowej! Nie wspomniałam nawet o niejasnych powiązaniach babci ze smokiem, tajemniczych snach jej wnuczki i jeszcze bardziej tajemniczym pochodzeniu dziewczynki. Również o przywódcy Szczuroludów, jego polowaniu na jednego z kuzynów oraz tajemniczej roli tego ostatniego w odwróceniu losów wszechświata. Pogubiliście się? Nic dziwnego! Fabuła gry jest skonstruowana tak, że co krok będziecie zaskakiwani przez jakieś nowe fakty, wzajemne powiązania między bohaterami oraz kolejne tajemnice z przeszłości. Historii opowiedzianej w grze nie powstydziłby się niejeden autor kryminałów! Scenarzyści zadbali o to, żeby powolutku wciągać gracza w snutą przez siebie opowieść. Zrobili to dobrze do tego stopnia, że kiedy ukończyłam pierwszą część gry (nota bene bardzo krótką, ale o tym za chwilę), natychmiast sięgnęłam po następną tylko po to, żeby przekonać się, że kryje ona jeszcze więcej pytań, dając w zamian jeszcze mniej odpowiedzi. Skutek jest taki, że teraz nie mogę doczekać się części trzeciej i wyglądam kolejnej odsłony przygód trzech kuzynów, jak dziecko następnego odcinka ulubionej wieczorynki ;).

Sam scenariusz jednak to nie wszystko. Mocną stroną gry są również postaci i to zarówno te, w które będziemy się wcielać (tak, tak, nie będziemy przywiązani do jednego bohatera), jak i te, z którymi będziemy wchodzić w interakcję. Poprzedni akapit powinien Wam uzmysłowić, że konwencja gry jest bajkowa. Jedni taką formułę lubią, inni wolą gry bliższe światu realnemu, w którym wcielają się np. w dzielnego agenta (tudzież agentkę) FBI, detektywa albo policjanta. Musicie jednak przyznać, że te „bardziej realne” produkcje mają pewne istotne ograniczenie. Mianowicie takie, że raczej nie doznacie tu zaskoczenia, jeśli chodzi o postaci, z którymi przyjdzie Wam współpracować. Mogą to być przedstawiciele różnych profesji, różnej płci i wieku, różnego koloru skóry, ale w większości będą to ludzie. W serii Bone... natomiast ta tendencja została całkowicie odwrócona i to ludzie będą należeli do istot, które będziecie spotykać rzadziej niż inne. Tych „innych” natomiast nie zabraknie i będą to wszelkiej maści stwory od gadających oposów począwszy, poprzez wspomnianego już smoka i Szczuroludy, na gigantycznych owadach o minimalnym ilorazie inteligencji skończywszy. Jeśli chodzi o kreowanie postaci w świecie gry, fantazja scenarzystów wydaje się nie mieć granic. Ich różnorodność jednak to nie wszystko. Twórcy, kreując przedstawiony przez siebie świat, postawili również na... humor. Gra aż skrzy od zabawnych sytuacji, dialogów i bohaterów. Jeśli szukacie tytułu, który Was rozbawi, pozwoli złapać oddech i nabrać dystansu do codziennych problemów, to seria Bone... jest dokładnie tym, czego Wam potrzeba. W tej grze każda sytuacja (nawet tak dramatyczna, jak złapanie głównego bohatera przez Szczuroludy i groźba, że zostanie przez nie zjedzony) jest przedstawiona z ogromną dawką humoru. Nie znajdziecie tu ciągłego poczucia zagrożenia, patosu i śmiertelnej powagi, bo nie o to w tej opowieści chodzi. Wyczujecie za to widoczny na każdym kroku dystans twórców do ich dzieła oraz liczne „mrugnięcia okiem” do gracza.

Wróćmy jednak do tego, o czym już wspomniałam, do sterowania w grze więcej niż jednym bohaterem. Rozwiązanie znane z wielu gier przygodowych, ale w tej produkcji zostało przeniesione o jeden poziom wyżej. Mamy możliwość wcielenia się w każdego z trzech kuzynów (co niekiedy będzie niezbędne), ale nie tylko. Niezbędna będzie również współpraca pomiędzy niedawnymi mieszkańcami Kosteczkowa oraz... opanowanie sztuki konwersacji! Prowadzenie rozmowy w grze nie sprowadza się bowiem tylko do banalnego klikania myszką i wybierania kolejnych linii dialogowych aż do wyczerpania wszystkich dostępnych tematów. Scenarzyści wpadli na fantastyczny pomysł i umożliwili graczowi dokonywanie zmiany bohatera, w którego się wciela w czasie prowadzenia rozmowy! Co to oznacza? Mówiąc najprościej: najpierw możecie zadać któremuś z kuzynów pytanie, a potem możecie się w tegoż kuzyna przeistoczyć i sami sobie na nie odpowiedzieć ;). Nie muszę dodawać, że znacznie urozmaica to rozgrywkę i zwiększa ilość sposobów, w jaki rozmowa może się potoczyć. Co więcej, kuzyni Bone nie będą jedynymi postaciami, które gracz będzie mógł poprowadzić. Na pewnym etapie rozgrywki przyjdzie Wam się wcielić w Ted’a – mikroskopijnego i strasznie wygadanego owada. Z jego pomocą będziecie musieli rozwiązać zadanie, powiedzmy... hmm... matematyczno–zręcznościowe.

Wymagane kwalifikacje: spryt, logiczne myślenie, spostrzegawczość... zręczność?

Zadania z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć, grając w którąkolwiek grę z serii Bone, to w większości klasyczne zagadki znane z setek innych gier przygodowych. Żeby osiągnąć zamierzony cel musimy albo coś odnaleźć, albo połączyć ze sobą przedmioty, wyświadczyć komuś przysługę, z kimś porozmawiać, etc., etc. Znalazło się tu również miejsce dla nieco mniej popularnych rozwiązań. Otóż w serii Bone nie zabraknie minigierek i zadań zręcznościowych. Będziemy więc musieli uciekać przed Szczuroludami, przemierzyć strumień przeskakując z kamienia na kamień, wyszorować podłogę zanim klienci tawerny ponownie ją zadepczą czy też wygrać tytułowy wyścig krów. Raczej nie jestem zwolenniczką tego typu rozwiązań w grach przygodowych, tym razem jednak sprawdzają się one znakomicie. Każde zadanie jest inne, każde zabawne, a część z nich wymaga od gracza nie tylko zręczności, ale również logicznego, matematycznego myślenia. Co więcej, twórcy gry pomyśleli również o wciąż jeszcze licznej rzeszy ortodoksyjnych wyznawców gatunku, którzy wszelkie zadania zręcznościowe w grach przygodowych uważają za niedopuszczalne. Z myślą o nich została stworzona opcja umożliwiająca pominięcie danego zadania lub wykonanie go automatyczne i swobodne przejście do dalszej części rozgrywki. Znakomite rozwiązanie, będące ukłonem w stronę graczy i sprawiające, że gra trafi w zainteresowania znacznie szerszego grona fanów gatunku.

Urozmaicenie zadań stawianych przed graczem oraz znakomity scenariusz z licznymi zwrotami akcji nie są jedynymi plusami gry. Na pochwałę zasługuje również brak odczuwalnej liniowości. Naturalnie, jak w każdej grze przygodowej, tak i tu pewne zadania będziecie musieli wykonać, bo inaczej fabuła nie ruszy do przodu. W znakomitej jednak większości to Wy będziecie decydowali o tym, kiedy daną czynność wykonać. Jeśli utkniecie w jakimś miejscu wcielając się w jednego z kuzynów, zawsze będziecie mogli przeistoczyć się w drugiego i spróbować rozwiązać zadanie przed nim postawione.

Inną rzeczą jest, że trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek mógł utknąć w którejkolwiek z dwóch dostępnych obecnie części serii, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, powiedzieć, że zadania stawiane przed graczem są proste, to za mało powiedziane. Zadania są banalne, a jakby tego było mało, twórcy umieścili w grze czterostopniowy system podpowiedzi. Każdy stopień to udzielenie bardziej szczegółowej wskazówki, aż do podania rozwiązania. Ja, grając w Bone, utknęłam tylko raz i to nie dlatego, że nie wiedziałam co robić, ale dlatego, że, jak się później okazało, robiłam to zbyt wolno ;).

Mniej znaczy więcej?

Być może nie zawsze i niekoniecznie, ale zdaje się, że niestety tej zasadzie hołdują graficy odpowiedzialni za wygląd Bone. Fabuła, bohaterowie, fakt, że gra została oparta na serii komiksów, przyjęta konwencja wreszcie aż się proszą, żeby gra kipiała wręcz wesołymi barwami i szalonymi rozwiązaniami graficznymi. Tymczasem o grafice gry można powiedzieć co najwyżej tyle, że została wykonana poprawnie. W pełni trójwymiarowa, bez rzucających się w oczy nierówności i „kanciastowatości”, bez kłujących w oczy błędów czy niedociągnięć. Tyle, że określenie „poprawnie”, nie jest niestety w tym wypadku pochwałą. Grafika jest zwyczajnie i po prostu nudna. Dominują przytłumione, smutne barwy, zbliżona do siebie kolorystyka i chyba zabrakło tu pomysłu na graficzne przedstawienie tego, co wymyślili scenarzyści. A szkoda, bo potencjał fabularny gry jest ogromny i aż przykro patrzeć, że został tak pochopnie zmarnowany.

Słowik, ptaszek niepozorny, ale za to jak śpiewa!

Na szczęście wszelkie niedociągnięcia graficzne rekompensuje oprawa muzyczna. Utwory towarzyszące rozgrywce są zróżnicowane i świetnie dobrane do charakteru poszczególnych lokacji. Na dużą pochwałę zasługują również głosy aktorów dopasowane do poszczególnych postaci. Znakomicie oddają ich charakter i stan emocjonalny. Słuchanie oryginalnych dialogów to czysta przyjemność. Nieco gorzej jest z tzw. dźwiękami tła. Te brzmią mało przekonująco, ale ten drobny szczegół nie wpłynął szczególnie na moją ogólną ocenę udźwiękowienia, która pozostaje jak najbardziej pozytywna.

Proste rozwiązania są najlepsze.

Ta znana zasada znajduje znakomite odzwierciedlenie w rozwiązaniach przyjętych w grze, które dotyczą sterowania. Prościej chyba już się nie dało. Wszystko opiera się na posługiwaniu się prawym i lewym klawiszem myszy oraz okazjonalnie klawiaturą. Przy czym zawsze jest to albo – albo. Twórcy gry nie zmuszają nas na szczęście do gimnastykowania się i operowania myszą oraz czterdziestoma klawiszami na klawiaturze jednocześnie. Dodatkowo, żeby sprawę jeszcze bardziej uprościć, na początku gry został umieszczony tutorial. Na ekranie wyświetlają się wskazówki dotyczące sposobu poruszania się po świecie gry. Wskazówki te pojawiają się również przed każdym z zadań zręcznościowych. Miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że dokładnie takie samo rozwiązanie przyjęto w drugiej części serii. Twórcy wyszli ze słusznego założenia, że ktoś, kto dokonał zakupu Wielkiego Wyścigu Krów wcale nie musiał wcześniej grać w Wygnańca z Kosteczkowa i w związku z tym nie ma podstaw, żeby część drugą opowieści pozbawiać instruktażu. Kolejny miły ukłon w stronę graczy.

Bawiąc uczyć, ucząc bawić.

Kolejna złota zasada sprawdzająca się w recenzowanej tu produkcji. Obie części serii są naturalnie dostępne w polskiej wersji językowej, ale, ku mojej ogromnej radości, nie jest to zasługa dubbingu, ale napisów. Dlaczego takie rozwiązanie uważam za lepsze? Po pierwsze, z powodu słyszalnych oryginalnych głosów aktorów znakomicie wcielających się w swoje postaci, o czym pisałam wyżej. Po drugie, właśnie z uwagi na walor edukacyjny. Dialogi w grze są oparte o bardzo prosty, codzienny język angielski. Słuchanie ich w oryginale to znakomita rozrywka, a jednocześnie nauka dla mniej zaawansowanych językowo graczy. Spolszczenie zostało zrealizowane starannie, z dbałością zarówno o poprawność językową, jak i możliwie najwierniejsze oddanie sensu wypowiadanych przez bohaterów kwestii. Z wielką przyjemnością mogę oznajmić, że nie dopatrzyłam się żadnych poważniejszych błędów w tłumaczeniu.

Komu, komu, bo idę do domu?

Po ukończeniu gry zadałam sobie pytanie, do kogo właściwie kierowana jest historia o trzech kuzynach z Kosteczkowa? Odpowiedź nasunęła mi się praktycznie od razu. Mimo tego, że ja ubawiłam się przy tej grze setnie, nie da się ukryć, że jest ona przeznaczona zdecydowanie dla młodszych graczy. Seria Bone stworzona została z myślą o młodszym pokoleniu przygodówkowych fanów. Świadczy o tym bajkowa konwencja, mała złożoność zagadek, elementy zręcznościowe, prostota obsługi i rozbudowany system podpowiedzi, czy wreszcie walor edukacyjny i prosty język, jakim posługują się bohaterowie. Jeśli do tego dodamy jeszcze stosunkowo krótki czas rozgrywki oraz bardzo niską cenę (19.90 zł za każdą część), Bone okazuje się być znakomitą propozycją dla kogoś, kto ma w domu młodszego brata lub siostrę. Gry z tej serii zdecydowanie nie są kierowane do starych przygodówkowych wyjadaczy, którzy zarywają kolejne noce nad „poważnymi” produkcjami. Jeżeli jednak nie podchodzicie do tematu gier przygodowych ze śmiertelną powagą i zwyczajnie potrzebujecie odskoczni, to warto w tę serię zainwestować. Również po to, żeby pod pozorem sprawiania prezentu młodszemu rodzeństwu, samemu zagwarantować sobie kilka chwil znakomitej zabawy :). Ja na pewno sięgnę po kolejne części serii i Was zachęcam do tego samego.

7 PLUSY:
fabuła + zróżnicowanie zagadek + muzyka + spolszczenie + humor + cena
MINUSY:
grafika - stopień trudności zagadek - czas rozgrywki

autorka: Evillady

   

Komentarze


Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?