Myst I - recenzja

Dodane przez Evillady dnia 19.01.2008 11:30

Patrzę na migający wskaźnik kursora na wirtualnej kartce papieru w Wordzie, biorę głęboki oddech i myślę, że tak musiał się czuć Kopernik, zanim ujawnił światu swoją teorię. Marcin Luter przed umieszczeniem swoich tez na drzwiach kościoła i malutki Dawid stojący przed wielkim Goliatem. Nie żebym się do nich porównywała oczywiście ;-), ale każdy z nich musiał mieć świadomość, że zrobi za chwilę coś, co wywoła emocje. Wielkie emocje... Mając tę świadomość czuję się zobowiązana, żeby Was ostrzec, a przynajmniej ostrzec tych z Was, którzy są fanami serii Myst. To nie będzie jedna z tych recenzji, do których przywykliście. Przepełniona ochami, achami i innymi tego typu zachwytami. Wobec tego, jeśli jesteście wyznawcami tej serii, lepiej od razu zakończcie czytanie w tym miejscu, żeby oszczędzić sobie niepotrzebnych nerwów ;-). Jeżeli natomiast nie mieliście jeszcze styczności z żadną z części tej gry, macie otwarty umysł i szukacie alternatywnej opinii na jej temat... To jest lektura dla Was :-).

Grunt to marketing...

Taka była moja konkluzja, po przeczytaniu słowa wstępnego od autorów zamieszczonego na płycie z grą, a następnie jego konfrontacja z intro, ale zacznijmy od tego pierwszego. W słowie wstępnym czytamy:

„Właśnie trafiła w Twoje ręce niezwykle intrygująca księga – na jej okładce widnieje tytuł: „Myst”. Nie masz pojęcia skąd się u Ciebie wzięła, kto ją napisał i z jakiego okresu pochodzi. Wertując jej strony, przekonujesz się, iż zawiera doskonały opis świata położonego na wyspie. Ale to chyba tylko zwykła księga, prawda?

Kiedy docierasz do jej końca, kładziesz rękę na jednej ze stronic i nagle Twoja teraźniejszość rozpływa się w mrok, a przed oczyma pojawia Ci się opisany w tekście świat na wyspie. Jesteś „tutaj”, gdziekolwiek to jest. Nie masz innego wyjścia – musisz zbadać otaczającą Cię krainę...”

Brzmi obiecująco prawda? Szkoda tylko, że na obietnicach się kończy... Intro sprowadza się do obserwowania przez kilka minut ciemnego ekranu upstrzonego jaśniejszymi pikselami, które, jak się domyślam, miały symbolizować odległe gwiazdy. Na tym tle obserwujemy spadającą coraz głębiej w czeluść księgę i słuchamy głosu lektora wprowadzającego nas w całą historię. Księga w końcu ląduje przed nami, a my ją otwieramy, klikamy na obrazek i przenosimy się do świata gry. Mało imponujące w porównaniu ze sposobem, w jaki tę scenę przedstawili Twórcy. No, ale cóż. Jak to mówią: nie sądź książki po okładce, a gry po samym intro. W związku z tym wzruszyłam tylko ramionami i ruszyłam ochoczo do zapoznawania się z zawiłościami fabuły.

Fabuła? Jaka fabuła?!

Ano właśnie... Gra jest jej praktycznie całkowicie pozbawiona. No chyba, że za „fabułę” uznamy te kilka zdań, które odczytuje lektor wcielający się w autora księgi, a których wysłuchujemy w trakcie opisanego wyżej intra. Dowiadujemy się od niego tyle, że biedak wpadł w szczelinę (niestety nie wiadomo, czy przez przypadek, czy specjalnie) razem z księgą, a cały lot w dół spędził na roztrząsaniu faktu, że księga nie ulegnie zniszczeniu oraz zamartwianiu się w czyje ręce ewentualnie może trafić. Muszę przyznać, że spokój tego nieszczęśnika zasługuje, jeżeli nie na podziw, to przynajmniej na szacunek. Gdybym ja spadała, dajmy na to z dziesiątego piętra, ostatnią rzeczą o jaką bym się martwiła byłaby jakaś tam księga. Widać różni ludzie mają różne priorytety i nie powinno się o tym dyskutować ;-).

Dziwnym trafem, mimo że początkowo obserwujemy spadanie w dół i człowieka i księgi, u naszych stóp ląduje tylko ta ostatnia. Może na dnie czeluści było jakieś rozwidlenie i mężczyzna wpadł w jedną jego część, a księga w drugą? Zasadniczo to chyba lepiej. Księga spada w stanie nienaruszonym, z człowiekiem mogłoby być gorzej, a i widok do najprzyjemniejszych pewnie by nie należał. W każdym razie na tym etapie wszystkie „zawiłości” fabuły właściwie się kończą. Gra stawia przed graczem tylko jeden cel – wydostania się z miejsca, a właściwie z miejsc, w których się znalazł. W grze przyjdzie nam bowiem zwiedzić cztery różne alternatywne wieki.

No dobrze, nie pierwsza i pewnie nie ostatnia gra, która stawia przed graczem tego typu wyzwanie. Weźmy takie na przykład Reah. Też świat alternatywny, też przenosi nas tam ze świata realnego i też jednym z naszych zadań jest wydostanie się z tego miejsca i... na tym właściwie podobieństwa się kończą. W Reah fabuła cały czas się rozwija. Poza zadaniem głównym przed graczem stawiane są rozmaite zadania pomniejsze. Spotykamy różne postaci, rozmawiamy z nimi, pozyskane w ten sposób informacje popychają całą fabułę do przodu. Historia w grze się rozwija, nadając tym samym sens naszym działaniom. Krótko mówiąc w Reah grało się całkiem przyjemnie, grając w Myst już tak przyjemnie nie jest...

Zacznijmy od tego, że w całej grze... nie spotkamy ani żywego ducha! Lokacje, które przyjdzie nam zwiedzić są przerażająco i nienaturalnie wręcz wyludnione. Po kilkudziesięciu minutach spędzonych w pierwszym ze światów, kiedy znałam już na pamięć wszystkie zakamarki wyspy, miałam ochotę krzyczeć: „Wypuście mnie stąd!” i zastanawiałam się czemu sama, całkowicie dobrowolnie, skazałam się na te tortury?! Po kilku godzinach grania i zwiedzeniu kilku kolejnych światów nie marzyłam już nawet o spotkaniu człowieka. Rozglądałam się za czymkolwiek! Ptakiem, rybą, owadem chociaż! NIC! Kompletnie! Świat Myst jest przerażająco pusty i chorobliwie wręcz statyczny. Jedyną żywą postacią jesteśmy tam my, a jakiekolwiek ślady obecności innych osób ograniczają się do informacji zawartych w księgach lub notatkach tudzież nagranych wcześniej wiadomościach wideo, ew. projekcjach osób. Prawdziwego kontaktu z żywą istotą w świecie Myst nie uświadczymy. U mnie po pewnym czasie zaczęło to wywoływać frustrację i... znudzenie.

No właśnie, w tym miejscu dochodzimy do drugiego poważnego zarzutu, jaki mam wobec tej gry. A zarzut ten jest bardzo prosty. Ta przygodówka mimo tego, co sugeruje nazwa, z przygodą ma niewiele wspólnego. A mówiąc bez ogródek... Myst jest najzwyczajniej w świecie... nudny! Twórcy każdej gry przygodowej muszą się liczyć z tym, że na takim, czy innym etapie rozgrywki, gracz utknie i nie będzie wiedział co dalej. Taki jest sens tego gatunku gier. Przygodówka nie może być napisana w sposób, który umożliwia jej ukończenie za pierwszym podejściem i to bez chwili zastanowienia. Wówczas rozgrywka traciłaby sens. Cały urok przygodówek polega na radości i satysfakcji, jaką odczuwa gracz, kiedy wreszcie uda mu się rozwikłać łamigłówkę, nad którą głowił się od kilku dni. Autorzy gry muszą jednak pamiętać o tym, że czas, który gracz spędzi nad rozwiązaniem zadania, które sprawiło mu trudność, musi być wypełniony akcją. Utknąłeś w jednym miejscu? Nie ma sprawy! Zmień lokację, pogadaj z postaciami, zajmij się innym wątkiem, może w ten sposób nasunie Ci się rozwiązanie albo odkryjesz coś, co do tej pory umykało Twojej uwadze. W Myst żadne z tych rozwiązań nie wchodzi w grę. Innych postaci nie ma. Innych wątków do rozwiązania również brak, bo musimy rozwikłać TO KONKRETNE zadanie, żeby popchnąć akcję do przodu. Nie ma wreszcie możliwości swobodnej zmiany lokacji, bo taka możliwość pojawia się dopiero po rozwiązaniu wszystkich zadań. One doprowadzają nas do księgi, która otwiera przed nami kolejny świat, w którym zostajemy uwięzieni, dopóki nie odkryjemy wszystkich jego tajemnic. Efekt? Dominujące uczucie frustracji i znudzenia właśnie. Jeżeli utkniecie w jakimś miejscu i nie będziecie wiedzieli co dalej, nie ma szans, żebyście w innym miejscu znaleźli podpowiedź, czy oddech od zadania, które Was przerasta. Gra jest pod tym względem bezlitosna. Musicie rozwiązać tę konkretną łamigłówkę, bo inaczej akcja ani drgnie, a zagadki do najprostszych nie należą...

Entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek, na kogo wypadnie, na tego bęc!

Tak jednym zdaniem mogę określić „technikę” rozwiązywania zagadek w tej grze. Słyszeliście, albo czytaliście gdzieś, że kluczem do rozwiązania łamigłówek w Myst jest dedukcja i ścisłe myślenie? Że nie ma bezsensownych zagadek, a wszystko opiera się na zasadach logiki? Tak? Zapewne tak, bo ja też czytałam takie opinie i mogę Wam powiedzieć jedno... Zapomnijcie o nich! Zagadki w Myst są naprawdę trudne i to jeden z niewielu plusów, które pojawią się w tej recenzji. Cenię przygodówki, które oferują wysoki poziom łamigłówek. W związku z tym cenię za to również grę tu recenzowaną, aczkolwiek złożoność zagadek to nie jedyny wyznacznik ich jakości. Rozwiązując daną łamigłówkę muszę wiedzieć po co to robię. Do czego doprowadzi mnie jej rozwikłanie, jaki cel chcę osiągnąć. Krótko mówiąc, jaki efekt osiągnę, kiedy już uda mi się dane zadanie rozwiązać. Tymczasem przez cały czas zmagania się z tajemnicami świata Myst miałam wrażenie, że rozbijam się po tym świecie, jak pijany zając po lesie. Kolebię się od drzewa do drzewa i pojęcia nie mam, co jest moim zadaniem i co ja właściwie mam zrobić? Kiedy już udało mi się jakąś łamigłówkę rozwiązać, natychmiast robiłam save, bo w większości przypadków pojęcia nie miałam, jak do tego doszłam? Nad każdą zagadką spędzałam tyle czasu, sprawdzałam tyle kombinacji i możliwości, łączyłam ze sobą tyle elementów, że na końcu naprawdę nie wiedziałam, które z moich działań przyniosło pożądany efekt. Wciśnięcie tego guzika? A może przełączenie tamtej dźwigni? Połączenie obu tych działań? A może coś jeszcze innego? Szczytem tego absurdu, na pewnym etapie rozgrywki, była konieczność przejścia, a właściwie przejechania labiryntu. Spędziłam nad nim coś około trzech dni i, wierzcie mi, nie byłabym w stanie powtórzyć trasy, którą przebyłam, gdyby nie to, że wszystkie możliwe kombinacje zapisywałam i rozrysowywałam sobie na kartce. Efekt był taki, że po przejściu tego etapu, zamiast czuć rozpierającą mnie dumę, czułam ogromne znużenie i ulgę, że mam tę część gry już za sobą. A takich momentów w grze jest więcej... Dużo więcej... Zwłaszcza, że w zasadzie nie uświadczycie tu łamigłówek z gatunku point’n’click. Dominują zdecydowanie zadania o charakterze logiczno – matematycznym. Uruchamianie, tudzież naprawa rozmaitych mechanizmów, pokonywanie labiryntów, odszyfrowywanie piktogramów, etc, etc. Żadnych zagadek z gatunku: „I Ty możesz zostać McGyver’em, czyli jak zbudować prom kosmiczny ze skórki od banana, trzech połamanych zapałek i gumki myszki”. Takie rozwiązanie ma jedną wadę, która jednocześnie jest zaletą ;-). Tego typu zagadki automatycznie wykluczają najstarszą, znaną wszystkim przygodówkowiczom technikę radzenia sobie w sytuacjach bez wyjścia, a więc... cierpliwość, stoicki spokój i... klikanie wszystkim na wszystkim :-). Jednocześnie jednak automatycznie wydłuża to zabawę (?), ponieważ gracz zmaga się nie tylko z samymi zagadkami, ale również z koniecznością szukania alternatywnych sposobów ich rozwiązania. Na szczęście autorzy mieli świadomość, że ich dzieło do najłatwiejszych należeć nie będzie i umieścili w grze trójstopniowy system podpowiedzi dostępny po kliknięciu wskaźnikiem myszy na czarnym pasku u dołu ekranu. Dla mnie gra, mimo że bardzo trudna, nie okazała się nie do przejścia, więc z systemu tego nie korzystałam, ale jestem pewna, że dla wielu graczy będzie to ostatnia deska ratunku. Wobec tego za umieszczenie tego systemu w grze stawiam Twórcom kolejny, malutki plusik ;-)

Graficzny cud, miód i orzeszki? Eeeee, to chyba nie ta bajka ;-)

Zanim przedstawię Wam tę grę od strony graficznej małe wyjaśnienie. Chcę żebyście mieli świadomość, że nie należę do graczy, dla których strona wizualna gry ma pierwszorzędne znaczenie. Nie przeszkadzają mi widoczne piksele, kanciaste krawędzie i żabkująca animacja. Nie przeszkadzały mi wobec tego również w przypadku Myst (a wszystkie wyżej wymienione elementy występują w tej przygodówce ;-)). Nie zmienia to jednak faktu, że z czasem wygląd lokacji zaczął mnie nużyć i przygnębiać. Nie chodzi mi tutaj o kiepskie tekstury, „kwadratowatość” i ogólną „kanciastowatość” świata przedstawionego w grze ;-). Biorę poprawkę na rok wydania pierwszej części serii (1993) oraz fakt, że w tamtym czasie grafika trójwymiarowa była dużo mniej zaawansowana niż dziś. Nie zapominam, że jak na ówczesne czasy Myst wyznaczał nowe standardy. Nie da się jednak zamknąć oczu na to, że graficznie pierwsza część Myst znacznie odbiega od ogólnie dziś przyjętego poziomu. To, co przeszkadzało mi jednak najbardziej, to jednolita kolorystyka upodobniająca do siebie wszystkie lokacje i sprawiająca, że wyglądają one po prostu... smutno. Zakładam, że Twórcy chcieli stworzyć nastrój tajemniczości, że miało być ponuro i klimatycznie. Miało..., ale nie jest. Przynajmniej w moim odczuciu. W grze dominują odcienie przytłumionej zieleni, brązu i szarości. To one sprawiają, że wszystkie wieki, mimo że w zamyśle Twórców miały być różne, tak naprawdę wyglądają podobnie, a to potęguje uczucie znudzenia grą. Po co zwiedzać kolejny wiek skoro najprawdopodobniej będzie podobny do poprzedniego? Tym bardziej, że w tej przygodówce nie spotkacie się z cut-scenkami, które zachęcałyby Was do dalszego wysiłku. Prawdę mówiąc nie spotkacie się w ogóle z jakimikolwiek filmikami, czy animacjami, bo zwyczajnie ich nie ma. Jedyne na co możecie liczyć, to widok z lotu ptaka na wyspę i wiek, do którego właśnie macie wkroczyć. Krótko mówiąc, graficznie ta gra nie uraczy Was ani cudem, ani miodem, ani nawet darmowych orzeszków nie zaserwuje ;-).

Mowa jest srebrem lecz milczenie złotem...

Tę zasadę Twórcy gry wzięli sobie chyba zbyt głęboko do serca, albowiem ich dzieło przez cały czas, kiedy się nim cieszymy (?) uparcie do nas... milczy ;-). W Myst nie ma oprawy muzycznej, nie ma dialogów, chyba, że za takowe uznamy bardzo sporadyczne momenty, w których wysłuchujemy jednostronnego, skierowanego do nas przekazu. Tzw. dźwięki tła stoją na bardzo niskim poziomie. Kilka zapętlonych motywów, powtarzających się, wtedy, kiedy okoliczności w grze również się powtarzają, np. przy przejściu z jednego wieku do kolejnego. Wreszcie, jeśli chodzi o dźwięki wydawane przez rozmaite przedmioty, to są one na przyzwoitym poziomie, ale również bez żadnych rewelacji. Dzięki nim nie poruszamy się po świecie Myst w kompletnej ciszy i to jest ich podstawowa zaleta ;-). Ogólnie rzecz biorąc udźwiękowienie tej gry jest z gatunku tych, które się zauważa w trakcie rozgrywki i o którym natychmiast się zapomina po wyłączeniu komputera ;-).

Krok po kroku, krok po kroczku...

Poruszanie się w grze nie sprawia żadnych trudności i w tym miejscu Twórcy gry zasłużyli na kolejną pochwałę. Zdaję sobie sprawę z tego, że niewiele ich tu, dlatego to podkreślam ;-). Świat Myst obserwujemy z perspektywy pierwszej osoby z możliwością obrotu wokół własnej osi, a w pewnych wybranych lokacjach także spoglądania w górę i w dół. Oznacza to, że nie mamy pełnej swobody ruchów, ale też to ograniczenie jest właściwie zupełnie nieodczuwalne w czasie gry. Równie przyjazne dla gracza jest używanie oraz zbieranie przedmiotów. Wystarczy jedno kliknięcie myszą, żeby połączyć ze sobą elementy, przesuwać dźwignie, naciskać guziki, etc, etc. Autorzy gry wzięli również pod uwagę znaczne rozbudowanie stworzonego przez siebie świata i, aby ułatwić graczowi poruszanie się po nim, wyposażyli go w czytelną mapę każdego z wieków oraz możliwość poruszania się po wyspach Myst w tzw. trybie błyskawicznym. Pozwala on na natychmiastowe przeniesienie gracza z miejsca A do miejsca B z pominięciem lokacji pośrednich. Wszystkie opisane tu rozwiązania są bardzo proste i przez to funkcjonalne. Za to duże brawa dla Twórców gry!

Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie, czyli...?

Spolszczenie. To kolejny element, który należy zapisać po stronie zalet tej gry. Lokalizacja została wykonana rzetelnie, starannie, z dbałością o szczegóły. Być może dlatego, że materiał do przetłumaczenia nie był zbyt obszerny ;-). To, co zasługuje na szczególną uwagę to doskonały dobór głosów lektorów pasujący do charakteru, a nawet wyglądu danej postaci! Zapewne zastanawiacie się teraz, jak to się ma do faktu całkowitego wyludnienia świata Myst, o którym pisałam parę akapitów wyżej ;-). Otóż nie ma w tym żadnej sprzeczności. Lektorzy odczytują kwestię postaci, której nie spotykamy rzeczywiście, ale która na przykład zostawiła dla nas jakąś wiadomość multimedialną :-). Myst to jedna z nielicznych gier na polskim rynku, która została spolszczona naprawdę profesjonalnie i za to... ponownie brawa dla Twórców ;-).

Stacja końcowa...

Jeżeli dobrnęliście aż do tego miejsca, zasłużyliście na bonus – miałam wrażenie, że takiemu właśnie myśleniu dali wyraz autorzy gry projektując jej zakończenie, a właściwie... cztery alternatywne zakończenia :-). Naturalnie, żeby poznać każde z nich musicie sobie zapisać stan gry, zanim dokonacie wyboru ostatecznej ścieżki, którą chcecie podążyć. Ja ze swojej strony dodam, że tylko jedno z zakończeń tej historii będzie dla Was szczęśliwe ;-). Obiektywnie rzecz biorąc powinnam takie rozwiązanie uznać za kolejną zaletę, ale... na tym etapie byłam już tak zmęczona rozgrywką, że bardziej ucieszyłabym się z jakieś efektownej animacji niż z konieczności rozwiązywania kolejnej łamigłówki. No i tu dochodzimy w zasadzie do tego, co przebijało przez cały ten tekst i czego pewnie zdążyliście się już domyślić... Gra jest... nużąca. Ja po jej ukończeniu nie czułam ani grama satysfakcji. Czułam za to zmęczenie i ulgę, że... mam to już za sobą ;-). Powiem więcej. Bywały momenty, gdy zasiadałam do tej gry nie dlatego, że mnie wciągnęła, ale dlatego, że skoro już ją zaczęłam i miałam w perspektywie napisanie recenzji na jej temat, to po prostu musiałam dobrnąć do końca. Natomiast zdecydowanie nie jest to gra, do której zasiądę po raz drugi. Nie oznacza to, że czas jej poświęcony uważam za zmarnowany. Wręcz przeciwnie! Nie zapominajmy o tym, że Myst to już gra kultowa. Gra klasyk. Gra, która ustanowiła nowe prądy w nurcie przygodówkowym. Uważam, że obowiązkiem każdego szanującego się fana gatunku jest zapoznanie się z tą serią, choćby po to, żeby wyrobić sobie o niej swoje własne zdanie. Jak widzicie moje okazało się dość odległe od powszechnie krążących opinii ;-). Dlatego też postanowiłam się tym razem wyłamać i... nie wystawiać oceny tej grze. Klasyków się nie ocenia, a poza tym nie chcę Wam niczego sugerować. Wolę, żebyście zapoznali się z tą grą i sami wystawili jej stosowną notę... Na zachętę mogę jeszcze tylko dodać, że gra, jak na dzisiejsze standardy, ma bardzo niskie wymagania sprzętowe: któryś z Windows’ów od ’98 w górę, procesor Pentium 300 MHz, 32 MB RAM, czteromegowa karta graficzna, 500 MB wolnego miejsca na twardym dysku. Jak zawsze grałam na notebooku i mimo ostrzeżenia zamieszczonego na pudełku, że gra może nie współpracować ze zintegrowanymi kartami graficznymi, ja nie miałam z nią żadnych problemów.

4 PLUSY:
poziom trudności zagadek + interface + spolszczenie
MINUSY:
słabe intro - jeszcze słabsza fabuła - oprawa audio/wideo - martwota świata gry

*Reszta redakcji pozwoliła sobie mieć odmienne zdanie na temat recenzowanej tutaj gry i, po burzliwej dyskusji i głosowaniu, wystawiła ocenę 7/10.

autorka: Evillady

   

Komentarze


54 #1 Zebius
dnia 20.01.2008 20:36
No, ładnie pojechałaś po tej kultowej gierce Pleased Na pewno przysporzyłaś sobie w ten sposób wielu wrogów. :twisted:
Mimo że jestem fanem serii Myst, to jednak muszę Ci przyznać sporo racji. Mój pierwszy kontakt z Mystem miał miejsce ok. 2001 roku i gra nie zrobiła wtedy na mnie żadnego wrażenia (mimo że jestem posiadaczem Masterpiece Edition) i w sumie przechodziłem ją na zasadzie "wypadałoby zaliczyć, bo to klasyka". Za to kolejne części (grałem chronologicznie) jak najbardziej przypadły mi do gustu.
729 #2 Evillady
dnia 21.01.2008 00:51
Zaraz tam "pojechałaś" Wink2 Powiedzmy, że... dałam wyraz moim odczuciom, a wierz mi były stonowane, bo trochę czasu upłynęło pomiędzy chwilą, kiedy ukończyłam grę, a pisaniem recenzji więc zdążyłam ochłonąć Lol Nieco bardziej poważnie: "Dobry recenzent krytyki się nie boi!" Wink2, a poza tym uprzedzałam przecież fanów serii, już we wstępniaku, żeby nie czytali dalej. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, jak to mówią Wink2 Co do mnie, to sięgnęłam po Myst dokładnie z tych samych powodów co Ty, a poza tym z ciekawości, która to została brutalnie ukarana Lol Po części pierwszej w tej chwili maltretuję Riven, (albo to on maltretuje mnie :lol:) i mimo wszystko odczucia mam bardzie pozytywne, ale... bez przesady Wink2
660 #3 Madzius888
dnia 26.08.2008 16:34
Czytam to po takim czasie jeszcze raz, czytam tekst bardzo dokładnie i myślę - poza lepszą grafiką to właśnie taką mam opinię na temat męczonego przeze mnie ostatnio, do którego muszę wrócić Mysta...III:Exile.
Przy czym jedynka mi się podobała SuperBad
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 75% [3 głosy]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 25% [1 głos]