In Cold Blood (Black Predator)

Dodane przez drozda dnia 08.05.2006 16:23

Gra ze stajni Revolution Software. “Nieeeeee!” zakrzykną co niektórzy “Predator”! Daj spokój z RS! Zrecenzuj grę jakiejś innej firmy!!!”. Ale co ja na to poradzę, że wszystkie produkcje RS mi się podobają? Ale mogę Was pocieszyć – już niedługo koniec, bo firma ta niestety mało gierek stworzyła. Potem zacznę “molestować” jakieś inne produkcje :) Dobra, zanim przystąpię do recenzji, wrzucę sobie jeszcze tylko The Eagles (na pierwszy ogień pójdzie Hotel California) do odtwarzacza i......... jazda! Tortury. Ból. Samotność. Może lepiej by było, gdybym wtedy zginął.......... Kat podchodzi do mnie. Unosi dłoń. Jego palce są zaciśnięte na jakimś przedmiocie, lecz moje przysłonięte mgłą oczy nie potrafią powiedzieć mi, co to jest........ Być może zaraz otrzymam cios łaski. Być może zaraz ból się skończy......... Aaaaaaaaaaach........ Narkotyk. Ból trwa dalej......... Rok 1992 – Lure Of The Temptress. Rok 1994 – Beneath A Steel Sky. Rok 1996 – Broken Sword. Rok 1997 – Broken Sword II. Te tytuły mówią same za siebie. Revolution Software to jedna z najlepszych firm tworzących gry spod znaku przygodówkowego. Jakie więc było zaskoczenie fanów, gdy przyszedł rok 2000, i In Cold Blood...... Czemu fani się zdziwili? In Cold Blood to w gruncie rzeczy gra przygodowa, lecz tym razem wzbogacona o akcję, elementy TPP i opowieści szpiegowskiej (czyli tu musisz się skradać i wykańczać przeciwników, nie tylko łączyć ze sobą różne dziwne przedmioty, by otrzymać jeszcze dziwniejsze twory.....). Jak panom z RS wyszła ta, trochę się przecież różniąca od innych ich produkcji, gra? Całkiem dobrze. Ale najpierw zarys fabuły. Nazywam się John Cord i jestem agentem brytyjskiego wywiadu. Wszystko zaczęło się zwyczajnie..... od..... plaży? Tak, wakacje....... potem odezwała się Alfa i dostałem kolejne zadanie...... Niedaleka przyszłość. Gracz wciela się w postać Johna Corda, brytyjskiego tajnego agenta M16, który przypomina nieco Jamesa Bonda. Otrzymuje on od swej przełożonej, Alfy, kolejne zadanie – na terenie fikcyjnego państwa Wołgia (znaczy się fikcyjnego w naszym świecie, nie w świecie gry :D ), zaginął agent CIA. Po co Amerykanie wysłali na teren małego państewka swego agenta – tego Cord na razie nie wie. W każdym razie, musi ruszyć na pomoc zaginionemu. Sprawa nie jest taka prosta – Wołgia to nieprzyjemne miejsce, z obozami koncentracyjnymi i tajną policją. Na dodatek, dla Corda to sprawa osobista – zaginiony to jego przyjaciel, więc jego motywacja jest naprawdę silna. Na teren bazy, w której zaginął Amerykanin, Cordowi pomaga się dostać Gregor Kostov – przywódca VFF (Volgian Freedom Fighters – Bojowników o Wolność Wołgii). Jednakże już po parunastu minutach misji John przekonuje się, że cała ta afera jest bardziej skomplikowana, niż mu się na początku wydawało i może doprowadzić do konfliktu między Chinami a USA........ Fabuła przypomina nieco książki bardzo poczytnego autora Johna Grishama – czyli political fiction, afera na skalę międzynarodową. Panowie autorzy dodają od siebie też elementy SF – jak m.in. Niebieska Nefilina (Jest to fikcyjny allotrop prawdziwej substancji zwanej nefiliną, odkrytej w jednej z republik radzieckich. Sama nefilina pochodzi spoza naszej planety i można ją znaleźć tylko na niektórych meteorytach. Niektórzy naukowcy podejrzewają, że ma zdolności wywoływania nadprzewodnictwa w temperaturze pokojowej – na tej podstawie RS wymyślili jej niebieską odmianę, która działa jak silny katalizator). To właśnie o nią starał się rząd amerykański – po to wysłali swego agenta – miał zdobyć trochę tej substancji do badań. Jak się później okaże, zawalił...... Ogólnie rzecz ujmując – fabuła jest dość ciekawa. Parę niezłych zwrotów akcji nastąpi, a na swej drodze napotkamy czarne charaktery (takie jak np. Lukjen – psychopata o skłonnościach sadystycznych i gębie upodabniającej go do Stalina), pomocników (jak piękna agentka chińskiego wywiadu), kosmiczną technologię, zdradę i śmierć...... Co najciekawsze – cała historia odbywa się na zasadzie retrospekcji – John Cord, złapany przez Nagarowa, prezydenta Wołgii, zostaje poddany torturom i właśnie na nich przypomina sobie, co zaszło wcześniej. Zabieg ciekawy, muszę przyznać. Cała gra jest podzielona na kilkanaście misji, które, trzeba przyznać, są dość różnorodne. Od rajdu na kopalnię nefiliny, przez włamanie do pewnego komputera, na ataku na fabrykę robotów kończąc. W czasie tych zadań nie będziemy li tylko tłuc wrogów, ale także, jak w rasowej przygodówce, zbierać różne przedmioty, czy rozmawiać z napotkanymi osobnikami. Dzięki tym działaniom wpadniemy na trop międzynarodowego spisku, a później oczywiście spróbujemy pokrzyżować plany głównych złych. W czasie działań nie zawsze będziemy osamotnieni – czasami spotkamy rebeliantów, którzy z wołgiańskiego porządku nie są zadowoleni i będą chcieli Ci pomóc obalić obecną władzę, czasami zaś spotkasz agentów obcego wywiadu, którzy także mają swój interes w pozbyciu się Nagarowa. Jednakże najczęściej będziesz działał sam. Wywiad angielski wyposażył Cię na szczęście w poręczny mini komputerek (Remorą zwany) zamontowany na Twej dłoni. Przypomina Wam to coś? Tak, pip boy z Fallouta! To urządzenie działa podobnie – wyświetla mapę okolicy, przechowuje ważne dane, lecz dodatkowo potrafi włamywać się do pamięci komputerów, czy działać jak radiostacja. Poza tym uniwersalnym urządzeniem, jesteś też wyposażony w narzędzie zniszczenia czyli.... jeden (słownie j e d e n ) pistolet! Wow! Anglia dba o swoich agentów! Oczywiście ten nędzny pistolecik na niewiele się zda na roboty bojowe, lecz na szczęście będziesz mógł po drodze zebrać granaty EMP (elektromagnetyczne), które wypalą obwody tym konserwom i zapewnią Ci trochę spokoju. A co, jeśli chcesz zachować dyskrecję? Wtedy bierzesz sprawy w swoje ręce – używasz kantu dłoni, którym łamiesz przeciwnikom karki. I to wszystko, jeśli chodzi o uzbrojenie. Niewiele, jak na grę akcji, ale przyzwoicie, jak na przygodówkę :) Sama walka jakoś bardzo ekscytująco nie wygląda....... Najczęściej wypadasz zza jakiegoś załomu i wciskając jak najszybciej przycisk FIRE ładujesz w biednych strażników ile wlezie. Zazwyczaj po trzech strzałach delikwent pada jak ścięty, a Ty idziesz sobie dalej. Jeśli zaś zaskoczysz przeciwnika i przywalisz mu w tył głowy z rączusi, wtedy wystarczy tylko jeden strzał, żeby przeciwnik zaliczył glebę. Oczywiście pada jak ścięty :D Jeśli zaś chodzi o bardziej przygodówkową stronę produkcji..... to nie znajdziemy tu wielu innowacji – poziom taki, jak w innych produkcjach RS (no, może trochę przesadziłem – gra jest na pewno prostsza, niż np. taki Broken Sword). Czyli zagadki przemyślane i można je rozwiązać, jeśli się trochę pogłówkuje. Czasami dostajemy elementy zręcznościowe, lecz nie irytują one tak bardzo. Dialogi zaś to znowu znany nam chociażby z Broken Sworda standard – podbijamy do gościa, z którym chcemy zamienić słówko i u dołu ekranu rozwija nam się lista tematów, na które możemy pokonwersować (w postaci ikonek). Wystarczy tylko wybrać, który Cię interesuje i ....... voila! Słynnego humoru Revolution już niestety nie ma tu tak dużo, jak w innych ich produkcjach, co jednak nie znaczy, że gra jest go zupełnie pozbawiona. Kwestie Kostova (szczególnie ta o skuteczności Corda :) ) mogą rozśmieszyć i wywołać uśmiech...... Niestety, na parsknięcia śmiechu nie jesteś narażony. Niewątpliwą zaletą gry jest grywalność. Przynajmniej mnie urzekła i parę razy do niej wracałem. Całkiem miło się nią bawiło....... :) (zresztą nie tylko mi – mój kumpel, Wujek Deusz, bardzo się tą grą zachwyca). Polowanie Na Czerwony Październik...... Cała gra została osadzona w środowisku 3D. Co ciekawe, jest to pierwsza gra RS, która w całości została zrobiona tą techniką, dlatego musimy być trochę wyrozumiali....... O ile tła wyglądają naprawdę pięknie i jest na czym oko zawiesić (polecam “Poziom Kappa”), to postacie nie są już takie piękne. Są to strasznie kanciaste i krzywe stwory, które przypominają nieco bohaterów pierwszej części Tomb Raider (Nie chcę urazić fanów TR – uważam tylko, że pierwsza część owej serii nie miała super powalającej grafiki – no bo jak mogła mieć? W 1996 roku 3D jeszcze nie było takie piękne......). John Cord zaś jest tak jakoś dziwnie napakowany, a jego twarz jakaś kwadratowa jest...... Na szczęście z animacją postaci jest już lepiej – raczej się nie zacinają. Między misjami zaś oglądamy ładne filmiki (FMV – znowu skojarzenia z TR) do których większych zastrzeżeń nie mam. Ba! Nawet bardzo mi się podobały – niektóre powalają dynamiką i jakością, wspaniałą grą światła i cienia, oraz dbałością o szczegóły (można tu też zauważyć pewne podobieństwo Johna Corda do Roberta Fostera z Beneath a Steel Sky). Niestety, jest jeden bug, który dwóch filmików do końca oglądnąć nie pozwala........ Po prostu w pewnym miejscu nagle animacją się urywa, a Ty zostajesz wykopany do Windowsa. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale na pewno mój egzemplarz nie jest uszkodzony – mój znajomy (Wujek Deusz – tak przy okazji, pozdrawiam) ma ten sam problem. Na szczęście da się grać – wystarczy tylko “skipnąć” przy pomocy spacji daną sekwencję i już możemy bawić się grą dalej. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to wkurzająca niedoróbka, którą trzeba by było zlikwidować........ Otoczenie obserwujemy z perspektywy trzeciej osoby. Znowu skojarzenia z TR? Nie. Bardziej z Resident Evil – tu jest zastosowany ten sam bajer, który mnie tak w tym słynnym horrorze irytował – mianowicie nieruchoma kamera. Wisi ona sobie w jednym miejscu pomieszczenia i obserwuje otoczenie, nie poruszając się za naszym bohaterem. Tu na szczęście tak bardzo mi to nie przeszkadzało – zazwyczaj przeciwnicy, czy ważne przedmioty są tak rozmieszczone, byś nie musiał używać lupy, by je dojrzeć (i żaden zombie nagle nie wyskoczy zza załomu, przytulając Cię czule :) ). Muzyka jest całkiem, całkiem....... szczególnie podoba mi się główny motyw, przypominający muzyczkę z Predatora I – te same dudniące bębny, te same “łomoczące” talerze....... Bardzo dynamiczna rzecz. Reszta ścieżki dźwiękowej to nic nowego – dosłownie. Większość utworów twórcy zapożyczyli z Broken Sworda II. Nie są to oczywiście rzeczy złe, ale wydaje mi się, że mogli ich tu nie umieszczać – po prostu jakoś mi tu nie pasują (oczywiście znajdziemy parę nowych motywów – jednak nie są zbyt porywające)........ Jeśli chodzi o aktorów....... gra została całkowicie spolszczona, co zapewne ucieszy tych graczy, którzy nie znają anglosaskiej mowy. Głosy postaci zostały dość dobrze dobrane, a role całkiem nieźle odegrane, lecz nie jest to nic nadzwyczajnego. Denerwuje mnie jednak nieco głos Corda – wydaje mi się, że oryginalny aktor lepiej tu pasował. Polski nie jest zły, ale chyba za mocno się nie wczuł w rolę angielskiego agenta. Taka jest moja opinia. Sterujemy postacią przy pomocy klawiatury – jednakże RS nie popełnił błędu twórców Mortla Kombat IV, gdzie trzeba było mieć 4 ręce i z 50 palców, by zapanować nad tymi wszystkimi kopniakami, blokami, ciosami, skokami, specjalnymi zdolnościami itp. Itd. Tutaj interfejs jest prosty i dość intuicyjny – zapewne poradzicie sobie z nim. “Wystarczy tylko tę ruderę wysadzić w powietrze i odbieramy medale!” “Ech, nikt nigdy nie dał Kostovowi medalu.....” No, powoli zbliżamy się do końca. W moim odtwarzaczu słychać ostatnie dźwięki “Money” Pink Floyd, gdy zastanawiam się, jak zakończyć tę recenzję. No bo zobaczmy, jakie oceny zebrała gra – powiedziałbym, że średnie. Recenzenci nie byli dla niej zbyt łaskawi, a fani przyjęli ją ciepło, choć o InColdBloodo manii mówić nie możemy. Z drugiej strony – mi się ta gra podobała. I dałbym jej dość wysoką ocenę, gdybym wystawiał grom oceny...... Pewnie myślisz sobie teraz, drogi Graczu “I co ja mam teraz zrobić? Gra jest warta zachodu, czy nie?” Odpowiem: nie wiem. Nie mogę przecież napisać obiektywnej recenzji – każdy człowiek dany produkt inaczej odbiera i to, co mi się podoba, Ty możesz uznać za badziewie. Tak naprawdę obiektywizm nie istnieje. Oczywiście, jeśli dany produkt zbiera same pochwały, to jest większa szansa, że Tobie także się spodoba. W przypadku ICB te oceny są bardziej zróżnicowane....... Możesz się więc jedynie zdać na dwie rzeczy – demo, które ściągniesz sobie z internetu, pograsz, zobaczysz co i jak...... lub, jeśli wolisz, możesz zaufać mojej subiektywnej ocenie (albo, jeśli chcesz, możesz kupić ją w ciemno – jest dość tania, 3 CD za 10 złotych). A ja tę grę bardzo lubię. I czasami sobie w nią pogrywam.... Jeśli o mnie chodzi – mogłaby powstać druga część. Z chęcią bym kupił. A teraz przepraszam – właśnie zaczyna się “Stairway To Heaven” Led Zeppelin, a ja już nic więcej nie mam do dodania. Do następnego przeczytania! “And she's buying a stairway to heaven......” Autor: Black Predator

AZ63
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?