Fenimore Fillmore: The Westerner - recenzja

Dodane przez Papkin dnia 15.04.2006 20:21

Mała dygresja - The Westerner można by spokojnie zakwalifikować do gier "retro", gdyż oficjalna premiera w Polsce miała miejsce już jakiś czas temu. Wszystko dobrze, ale... lokalizacja została skopana i zmieszana z błotem, zaś ja, wówczas bardzo pozytywnie do przygód Fenimora Fillmore nastawiony, w końcu nie zakupiłem dzieła...

Cóż - mimo mej miłości do gier przygodowych, te opinie po prostu zdusiły moją chęć kontynuowania (bo The Western jest sequelem Trzech Czaszek Tolteków) przygód pokracznego kowboja. Od niedawna wiadomo było, że pojawi się reedycja i dla mnie premiera odbyła się właśnie teraz i zamierzam potraktować tytuł tak, jakby na półki sklepowe wszedł dopiero dziś. Ze względu na wyjątkowe okoliczności recenzję postanowiłem podzielić na dwie części - zasadniczą, dotyczącą gry no i tę, w której opisano polskie wydanie...

Część zasadnicza

Po zdobyciu skarbu Tolteków (i najpewniej przegraniu go, bądź przepuszczeniu na błahostki, bo nasz uroczy kowboj przecież nie pije) Fenimore udał się w stronę zachodzącego słońca. Wędrował przez Zachód, aż pewnego dnia zawitał w okolice Starekcity, a konkretniej do leżącej nieopodal farmy państwa Banisterów. Miał tego pecha, że do rolników przygalopowało też kilku zbirów, łasych na ich ziemię. Wskutek kolejnego niefortunnego zdarzenia, bohater zachodu szybko zostaje wplątany w konflikt i musi stanąć po stronie farmerów, obronić domy i pokazać złemu Starekowi gdzie raki zimują! A nie będzie to proste, bowiem legendarny magnat dysponuje środkami, które przyprawiłyby o zawrót głowy samego Billa Gatesa. Historie spisano iście bajkowym piórem - nie jest ona specjalnie trudna i bogata w okazje do refleksji, czy moralne problemy bohaterów, ale czego spodziewaliście się po takiej grze? Na ogół zawsze wiadomo co zrobić, nie mniej sporo w niej zwrotów akcji i ciekawostek. Wkrótce zresztą Fenimore zakochuje się w pięknej Riannon, która jest... córką Stareka!

Same postacie przypominają trochę Chudego z Toy Story - duże głowy, pokraczne sylwetki, nader śmieszny wyraz twarzy. Tak przynajmniej jest z dobrymi. Ci źli mają gorzej, bowiem przerysowano ich tak, że ich wredotę widać na pierwszy rzut oka, po prostu 5 lat za sam wygląd! Gorzej z lokacjami... Wszystko jest klimatyczne i malownicze, ale zarazem bardzo... kanciaste. Nie ukrywam - i modelom przydałoby się wygładzanie krawędzi, ale te w porównaniu z kwadratowymi drzewami i roślinnością są jak posąg spod dłuta Michała Anioła w porównaniu do sprzedawanych na rynku figurek made in China. Choć, w zasadzie, takie wrażenie odnosi się tylko czasami. Dzięki kolorowej stylistyce i stworzeniu map przymrużeniem oka zawsze jest wesoło i estetycznie.

Nie oszukujmy się, gra ma sporo wad. m.in.: zupełnie nietrafiony pomysł karmienia konia. Nasz kowboj musi galopować ze swym rumakiem od miasta, do farm, a nawet i dalej! Jednak leniwy wierzchowiec potrzebuje paliwa - czyli marchwi, którą można wyhodować nawadniając okoliczne pola. Jednak jest to, po prostu, piekielnie nudne. Kładziesz wiadro pod kranem, lejesz wodę, zabierasz wiadro, idziesz podlać pole, potem kładziesz je znowu pod kranem... I tak w kółko. Radzę wam - już na samym początku wyhodujcie koło 30 marchewek, ot, na zaś, bo lepiej mieć to, przynajmniej na chwilę, z głowy. Średnim pomysłem jest wprowadzenie do gry pieniądza. Połowę przedmiotów w The Westerner zakupimy w okolicznym sklepie. Są, rzecz jasna, tańsze i droższe, mniej i bardziej potrzebne, ale pewne jest jedno - wszystko trzeba będzie kiedyś zdobyć. Na początku Fenimore przybywa do Starekcity goły i wesoły, lecz stan jego portfela można łatwo poprawić... Pierwszym źródłem mamony są różne szafki, kredensy i biurka, skąd możemy dolary "pożyczyć". Drugim sposobem jest wysłanie telegramu do przyjaciół, ciotki Filomeny, samego prezydenta, czy kogokolwiek znanego, z prośbą o dotacje. Zazwyczaj taki fortel działa i telegrafista wręcza nam kilka banknotów. Cóż - ten system uatrakcyjnia grę, ale też wprowadza niepotrzebny chaos, wiadomo, czasem towarzyszą pytania - jak przetrwać mając jednego dolara w kieszeni? No i co zrobić, aby pomnożyć gotówkę, bo, wbrew pozorom, za dolara nie sposób kupić niczego? Zaciekawiła mnie niespodzianka, nieliniowość rozgrywki. Przyzwyczajony do typowego wizerunku gry przygodowej, którą można przejść po niby sznurku, czułem się trochę nieswojo. Pewne zadania możemy bowiem wykonać w dowolnej kolejności.

Mimo, że akcja rozgrywa się w trójwymiarze, ma się niezwykłe, ulotne uczucie takiej "swojskości" znanej ze starych gier LucasArts, czy Sierry, może zasługa w tym wielu nawiązań do prequela? Muzyka to utwory typowo kowbojskie, spokojne brzmienia w mieście, trochę szybsze podczas walki, czy pełnej napięcia sceny. Nic nie przeszkadza, a nawet można się złapać na nuceniu jakiegoś uroczego szlagieru. Te "walki" są użyte trochę na wyrost, bowiem Fillmore, wzorem Georga Stobbarta i Nicole Collard nie sięga po rewolwery ani razu (no dobra, w każdym razie nie po to, aby kogoś postrzelić). Wracając jednak do tej swojskości - choć w The Westerner nie ma tylu gagów co w, na przykład, Day of the Tentacle, jest wesoło i czasem kilku gagatków sprawnie rzuci chłodną ironię sprowadzając Fenimore'a do parteru, ten jednak nie przejmuje się za bardzo. Komedia pomyłek, zaprawdę.

Warto wspomnieć o jeszcze jednym odstępstwie od normy. Mianowicie po kliknięciu na jakiś przedmiot nie ukaże się nam dowcipny komentarz, tylko... zbliżenie nań i będziemy się mu mogli przyjrzeć z perspektywy pierwszej osoby. Interfejs typu point & click sprawdza się znakomicie. Tradycyjny pojemnik, na który trzeba kliknąć lewym przyciskiem myszy, aby ukazała się jego, bogata w przedmioty, zawartość, zastąpiono przewijanym paskiem u góry, który pojawia się, gdy skierujemy tam kursor.

Część dotycząca lokalizacji

Polonizacja The Westerner, którą uraczyła nas swego czasu Cenega została wyjątkowo brutalnie i szybko okrzyknięta „skandalem” tak przez dziennikarzy jak i graczy, którzy mieli z nią styczność. Nie powiem, słusznie, bo całość prezentowała poziom, jak to mawiała moja matematyczka, kurzu na podłodze. Beznadziejnie podłożono głosy, zaś teksty składała chyba pijana małpa, po rozmowie egzystencjalnej z Kubą Wojewódzkim, o czysto technicznych błędach nie wspominając. Jak to zresztą skomentował pewien internauta „Kup sobie lepiej angielską wersję, bo polska to chińszczyzna”… Trudno o bardziej wymowne podsumowanie

Jakiś czas temu sieć obiegły pogłoski, że poczynione zostały wysiłki, aby tę wielką plamę na honorze wymazać, powtórnie lokalizując tytuł. Mało tego, do całego przedsięwzięcia zaangażowano Dariusza Baksińskiego i Jacka Borusińskiego, dwóch znanych satyryków, którzy popularność zyskali tak w występach na scenie - jako Kabaret Mumio, jak i od niedawna, w reklamach pewnej znanej sieci komórkowej.

Pod koniec listopada roku pańskiego 2005 gra trafiła do sklepów w cenie 19,90 zł, w serii CyberGRA. Gdy wyłożyłem na ladę dwadzieścia złociszy, trochę mnie zaskoczyło samo wydanie i to w niezbyt pozytywnym sensie. Cieniutka tekturka, na którą nałożono jeszcze cieńszą instrukcję i pudełko z jedną płytą CD. Przyznam, że nie wyglądały zbyt imponująco. Owa „instrukcja” dostępna jest zresztą i w formie papierowej, lub jako dodatek na płycie CD (choć tam już jest czarnobiała…). Czytając ją miałem bardzo miłe wrażenie, że ktoś się tekstem pobawił. Choć tu zdarzył się jakiś maleńki babol, gdzieś tam otwarto nawias i zapomniano zamknąć, i nie oddzielono zdań przecinkiem, tudzież zapomniano o wtrąceniu pozostawiając je samemu sobie, ale jak można się nie uśmiechnąć czytając opis staruszka Alvina Jonesa, „Stary Człowiek i może”? Swoją drogą ciekawe nawiązanie do skeczu „Pani Pelagio, pani Pelagio, czy pani jeszcze może?”. Oczywiście nie ma tu, broń Boże żadnej dwuznaczności… prawda?

Sama polonizacja udała się bardzo dobrze. Powiedziałbym, że od pierwszego momentu byłem pełen podziwu, że wreszcie naprawiono stare błędy.. Ach, nareszcie wszystko przełożono jak trzeba! Fakt, na początku imć Fenimore Fillmore (czyli niejako Jacek Borusiński) trochę za bardzo się z tekstem śpieszy no i miałem w ogóle pewne obawy, czy kabareciarz zdoła wczuć się w rolę pechowego kowboja, ale ma on przecież przyjemny głos i… jest z grubsza podobny fizycznie do odgrywanej postaci! Obawy okazały się zupełnie nieuzasadnione i pan Borusiński spisał się na medal. Druga gwiazda, czyli Darek, nie wypadł już tak dobrze. Wcielił się w Stareka, złego hodowcę bydła, który pragnie ogołocić farmerów. Mówi czasem tak przytłumionym głosem, że wywołuje to wręcz niesmak. Widać, że starał się jak najlepiej zagrać postać półwiecznego, brodatego złoczyńcy, ale on po prostu do tej roli zupełnie nie pasuje. To tak, jakby Michał Żebrowski nagle miał podłożyć głos pod Czarka z Trzynastego Posterunku… Pojęli? Inni aktorzy, których głos słyszałem już w co najmniej kilku innych tytułach, spisali się znakomicie i naprawdę wczuli się w odgrywane przez siebie postaci. Skomlenie telegrafisty ze słynnym „Oto telegram” przypominam sobie ilekroć widzę na ulicy dumnego pracownika Poczty Polskiej!

Pomimo pewnych różnic między napisami, a kwestiami mówionymi, które to czasem występują, polonizacja sama w sobie zasługiwałaby na wysoką ocenę, ale dochodzimy tutaj do meritum sprawy, a mianowicie do dość głupich błędów i niedoróbek. Nie poprawiono bodaj najbardziej wkurzającej przeszkadzajki z pierwszej lokalizacji The Westerner. Część rozmów wciąż zaczyna się „w pół słowa”, po prostu postać opuszcza sylabę, czy nawet cały wyraz. Radzę więc grać z napisami, bo czasem aby zrozumieć dany dialog są one niezbędne. Trochę to dziwne, bo problem pojawia się drugi raz i to w dość losowych miejscach. Czasem ktoś zatnie się przy kwestii, a innym razem, mówiąc te same słowa tak się nie zdarzy…Choć całość przełożono z polotem, zachowując żart oryginału, niekiedy miałem leciutkie zastrzeżenia do pewnych sformułowań. Na przykład końcówka rozmowy z bankierem, ze sławetnym już u mnie w domu „Idę upić się pod stołem”, brzmi dość… nie na miejscu, podobnie jak polecenie „otwórz”, gdy chcemy zamknąć biurko w szkole. Czasem dzielny Fillmore wykrzyknie też głosem amerykańskiego aktora. Być może panowie polonizatorzy nie widzieli potrzeby podłożenia notabene wrzasku i fakt, nie jest to jakiś wielki błąd. Przy instrukcji znalazłem kilka kwiatków, np. opis Stelli „Zawód: Jej Praca”. Nie można by było napisać po prostu „gosposia”, bo nie brzmi to zbyt dobrze? Pomijając kilka niedoróbek, w zasadzie większych potknięć nie ma.

Byłaby mocna ósemka, lecz kilka błędów, z opuszczaniem słów na czele, nie pozwala mi jej wystawić. Nie mniej teraz The Westerner faktycznie skrzy dowcipem i jest wart swojej ceny. Jeśli jesteś miłośnikiem gier przygodowych, nie możesz przejść obok takiej okazji obojętnie! Biegnij do kiosku!

7 PLUSY:
Humor + Ładne modele postaci + Gra się przyjemnie + Kilka trafionych pomysłów + Udział kabaretu Mumio! + Zachowano dowcip angielskiej wersji + Głosy postaci + Fajna, choć krótka instrukcja (i wywiad do niej dołączony)
MINUSY:
Czasem otoczenie jest zbyt kanciaste - Stresujący system pieniądza - Część trzecia zapowiada się na poważniejszą - Kilka nietrafionych pomysłów - Drobne błędy - ...ania zaczynające się "w pół słowa" - Baksiński jednak nie wypadł tak dobrze...

Oceny cząstkowe: Grafika - 7, Muzyka - 7, Grywalność - 7

autor: Papkin

AZ63
   

Komentarze


Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?