The Thing (mniej przygodowa) (Qler)

Dodane przez drozda dnia 15.04.2006 20:19

W połowie lat osiemdziesiątych XX wieku, pewien ambitny reżyser (a zwał się John Carpenter) wyszedł z założenia, iż najważniejsza jest atmosfera, oraz budujący ją klimat, nawet kosztem odejścia od kanonu wyznaczonego przez pionierów gatunku. Nie dziwcie się więc, że akcję swego filmu umieścił na biegunie północnym. Skoro był już film, można by zrobić grę. Przeniesienie owego pomysłu w postać cyfrową dzieli ponad 20 lat. Nie oznacza to bynajmniej, że dopiero teraz moc komputerów pozwala na godne zekranizowanie The Thing'a na monitorkach. W sumie można by to było zrobić 10 lat temu, a efekt byłby podobny – i nie chce w tym miejscu Was zniechęcać do TH (tego komputerowego oczywiście). Film Carpentera, poza gęstym jak londyńska mgła klimatem, posiadał całkiem ciekawe efekty specjalne, które były w latach osiemdziesiątych nie małym wyczynem. Posoka, torsje oraz potwory, tworzyły zgraną całość, a pikantności dodawał fakt, iż nie wiadomo, kto jest człowiekiem, a kto go tylko imituje. Obcy (Rzeczy:)) mieli tą własność, że mogli wnikać do organizmów swych żywicieli. Co gorsza sam zarażony o tym nie wiedział. W efekcie nigdy do końca nie wiesz kto jest człowiekiem, a kto imitacja. Może ty też jesteś zarażony. Wydarzenia mające miejsce w grze dzieją się tuż po finałowej scenie znanej z filmu. Nasi bohaterowie zastają pustą (z pozoru) stacje badawczą. Głównym celem naszej misji jest odnalezienie członków grupy ekspedycyjnej (znanej z filmu), no i w miarę możliwości wydostać z tego bagna cali, zdrowi oraz bez odmrożeń. TH, to połączenie akcji i przygody. Nomen omen więcej tu tego pierwszego gatunku. Gra mimo, że wydaje się na początku skomplikowana jest prosta jak budowa cepa, a nawet prymitywna, co można traktować na plus lub równie dobrze na minus. Jednakże po kolei. W kogóż to się wcielamy? W grze animujemy Blake'a, charyzmatycznego, dowódcę drużyny. Kierujemy tylko nim, jednakże podopiecznym (maksymalnie 4) nieskomplikowane komendy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby ci członkowie zamiast przeszkadzać, pomagali. W grze nie raz mi się zdarzyło, że musiałem ganiać po całej planszy by znaleźć ratownika zaklinowanego gdzieś między ścianą, a drzwiami. Tak samo jest podczas ataku - kompani miast wspierać gracza orężem, wspierają nas duchowo, bo wpadają prosto w odnóża (nibynóżki :)) potworów. Lokacje są monotoniczne - widzimy wnętrza baraków stacji badawczej, ewentualnie śnieg. I tak w koło. Słowem nudno i wcale nie strasznie. Daleko TH do Silent Hill'a lub chociażby Residetn Evil czy Blair Witch Porejct. A szkoda, bo w takich grach to w strachu kryje się największy potencjał, a tak mamy kichę ze smalcem. Jak już wspomniałem obcy mogą wnikać do organizmów członków naszej drużyny. Konia z rzędem temu, kto mi powie w jaki sposób dochodzi do zarażenia, by w przyszłości móc uniknąć sytuacji, w których twój najlepszy pomocnik, uzbrojony po zęby dostaje torsji, po czym zamienia się w... Rzecz!? Może są to tylko skrypty, ale żeby się o tym przekonać trzeba by TH przejść od nowa, ale szkoda mi mojego cennego czasu :P. Potwory jak to potwory być winny, nie są inteligentne, a raczej schematyczne. Tu duży plus dla desingerów, że stworzyli cały poczet różnorakich monstrów od człekokształtnych mumii do bezkształtnych „nie wiadomo co”. Małe monsterka są niezwykle szybkie, ale nie tak śmiertelne jak ich więksi, ale wolniejsi bracia. Tak więc kiedy nasi podopieczni zobaczą coś dużego (znacznie większego od nich), obrzydliwego, a w dodatku mają mało amunicji, zaczynają nerwowo się trząść, przez co stają się łatwy łupem, dla bezmózgiego (podobnie z resztą jak oni) potwora. Meritum, na takie problemy to regularne zaopatrywanie wszystkich ratowników w broń, amunicję oraz apteczki. W gwoli ścisłości na naszej drodze nie staną tylko mutanty. W całe to zamieszanie wplątają się odziały specjalne, które to będą chciały całe to towarzystwo zrównać z ziemią. W tym problem, że w tym towarzystwie celem jesteśmy również my. Co do broni. W grze mamy parę rodzajów pukawek. Karabinek maszynowy jest dobry, ale na mniejsze potwory oraz ludzi. Na większe sztuki niezbędny jest miotacz płomieni ewentualnie napalm lub od biedy dwururka. Szczęściem nieopisanym jest kiedy znajdziemy wyrzutnik granatów, który ma ogromny zasięg rażenia. Graficznie gra także nie powala, jednak chodzi nawet na średnio nowym kompie (moim kompie :P)). Postacie są kanciaste, jak z resztą wszystko co nas otacza. Potwory, zarówno jak i ludzie, mają tendencje do przenikania przez ściany, w tym miejscu przypominają mi się czasy Tomb Raiderów :P. Loading między lokacjami, także nie dają się długo czekać, a to cieszy najbardziej – tyle, że nie ma się do czego spieszyć. I tu wychodzi największa bolączka The Thing – nuda. Jest wszechobecna i wszechogarniająca. Scenariusz jest prowadzony w taki sposób, że gracz usypia na siedząco. Próba zastraszenia na siłę coraz większą liczbą flaków czy zmasakrowanych ciał, po prostu na mnie nie działa. Możliwe, że mam już tak zdegenerowane poczucie estetyki, że takie widoki zwyczajnie na mnie nie działają. W podsumowaniu The Thing mogę wystawić mocną 3 (w skali dziesięciopunktowej), koniec i kropka. The Thing Plusy: -od biedy można pograć w parę pierwszych etapów... Minusy: -ale jest dużo ciekawszych rzeczy do roboty Producent: Computer Artworks Procesor 500Mhz, 64MB RAM, Akcelerator 3D Ocena: 3/10 Autor: Qler

AZ42-43
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?