The Secret of Monkey Island - recenzja

Dodane przez korowiow dnia 15.04.2006 20:05

Właściwie na wymienieniu powyższego tytułu mogłaby się skończyć moja recenzja. Mówi on bowiem każdemu miłośnikowi przygodówek wszystko. Poza tym ciężko zrecenzować grę, do której ma się olbrzymi sentyment; grę, która istnieje żywo w pamięci, mimo iż od ostatniego z nią kontaktu minęło wiele lat. Przynam, że bałem się ponownej konfrontacji z moimi wyobrażeniami o pierwszej części Monkey Island, która miała dla mnie cudowną grafikę, wspaniałą muzykę i epicką fabułę. Przełamałem jednak opory i postanowiłem znów wcielić się w rolę Guybrusha Threepwooda i ponownie przeżyć przygodę na Małpiej Wyspie. I wiecie co? Nie żałuję ani sekundy spędzonej przy dziele nieśmiertelnej LucasArts. Postanowię tu podzielić się moimi wrażeniami z "podróży do przeszłości".

Historia opowiedziana w grze jest, jak to zwykle w grach LucasArts, dość rozbudowana i przenosi nas na fikcyjną wyspę Melee gdzieś na Karaibach. Przybywa na nią młody zapaleniec, poszukiwacz przygód Guybrush Threepwood, który aspiruje do niewątpliwie elitarnego kręgu, jakim są korsarze. Tam dowiaduje się jednak, że zostanie wilkiem morskim nie jest takie proste i że musi sprostać trzem próbom. Mają to być w kolejności: pokonanie w pojedynku Mistrza Szpady, odnalezienie legendarnego skarbu wyspy i kradzież artefaktu z posiadłości pięknej gubernator wyspy - Elaine Marley. Później sprawa się nieco komplikuje, bo w domu Marley Guybrush wpada w łapy szeryfa. Gubernator oczyszcza go jednak z zarzutów (i przy okazji Threepwood zakochuje się w niej na zabój), a w zemście wkurzony szeryf posyła biednego młodzieńca na dno oceanu. Nasz bohater jednak potrafi wyjść cało z każdej opresji. Wkrótce dowiaduje się, że Marley, pospieszywszy mu na pomoc, została uprowadzona przez złego upiornego pirata LeChucka, z którym szeryf ma wiele wspólnego... Guybrush postanawia uratować swą ukochaną i rusza do siedziby widm - tytułowej Małpiej Wyspy..

Fabuła w grze zmienia się niczym obrazy w kalejdoskopie, los rzuca Guybrushem po najdziwniejszych lokacjach, bohater spotyka rozmaite indywidualności, jak np. nachalnego sprzedawcę statków, ludożerców, czy Ludzi o Wyjątkowo Niecnych Charakterach (sic!). Nie mniej czeka go atrakcji podczas podróży - przeżyje wystrzelenie z działa, pięść LeChucka i słynne pojedynki na szpady, ale dość wymieniania, bo jeszcze posądzicie mnie o spoilerowanie (chociaż faktem jest, że mógłbym wymieniać i dziesięć razy tyle, a i tak nie zawarłbym wszystkiego).

Muszę przyznać, że nawet po trzynastu (!) latach od swej premiery gra nie straciła ani krztyny ze swej grywalności i uroku. Grafika, choć w niskiej rozdzielczości, dalej może się podobać, a na pewno w najmniejszym stopniu nie przeszkadza w rozkoszowaniu się grą. Zastosowano w niej ten sam silnik, jaki użyto w późnijeszych "Indiana Jonesach" i "Loomie". Nie inaczej ma się rzecz z muzyką, która, mimo iż kiepskiej jakości, wpada w ucho, a główny motyw należy do niewątpliwej klasyki w dziedzinie gier komputerowych w ogóle. Jednak swą nieśmiertelną sławę seria Monkey Island zdobyła dzięki swemu...

Humorowi, który jest wszechobecny i częstokroć wprawiał mnie w nieposkromiony rechot, a przy scenie z bójką z szeryfem nieomal spadłem z krzesła. No bo w jakiej innej grze spotkacie pirata żłopiącego grog, który reklamuje najnowszy produkt LucasArts, zobaczycie replay zakończenia, czy pogadacie z odciętą głową nawigatora? Istną perełką są też pojedynki na szpady z innymi piratami, podczas których elokwencja i wygadanie liczy się bardziej niż refleks i celność - tutaj sukces polega na umiejętnym znieważeniu przeciwnika (np. "Znam małpy mądrzejsze od ciebie!" "Cieszę się, że w końcu pojednałeś się z rodziną" albo "Tylko raz w życiu spotkałem idiotę większego od ciebie" "Musiał cię nauczyć wszystkiego, co wiesz"). Gagi rodem z Monty Pythona, absurd i bzik to tutaj chleb powszedni. Gra jest nimi (podobnie jak wiele gier LucasArts) wypełniona po brzegi i nigdy nie wiesz, co czeka cię za chwilę (uwielbiam nieprzewidywalność gier).

Znakomicie wyważone są też zagadki, przy których trzeba się wykazać nieco szajbniętą wyobraźnią, czasem spostrzegawczością lub często (niestety) dobrą znajomością angielskiego (wspomniany pojedynek na szpady). W ogóle znajomość angielskiego przydaje się w całej grze, np. zdanie "How to get Ahead" może znaczyć zarówno "jak sobie radzić" lub "jak zdobyć głowę" (taki mały tips). Chyba mam nierówno pod sufitem, gdyż zwykle zagadki w grach LucasArtsu nie sprawiają mi większych problemów ;) (a kto w redakcji AZ ma równo pod czaszką?). Interfejs to standardowy jak na tamte czasy SCUMM (w grze znajduje się też bar o tej nazwie) i sprawdza się co najmniej nieźle.

Bałem się, czy gra wyjdzie z próby czasu - niepotrzebnie - Monkey Island śmieszyła mnie kilka razy bardziej niż za dawnych czasów (pewnie dlatego, że nieco lepiej znam angolski). Każdy, kto lubi dobrą zabawę i uważa się za człowieka znającego klasykę przygodówek MUSI zagrać w MI. Jedyne, co jest w niej niemożliwe - to nudzenie się.

10 PLUSY:
Humor! humor! humor!
MINUSY:
praktyczny brak (no, może poza wymaganą niezłą znajomością języka Shakespeare'a)

autor: Korowiow

AZ35-36
   

Komentarze


1420 #1 CaptainCharisma
dnia 15.07.2010 15:28
Ostatnio sobie ukonczylem wersje SE. Wstyd sie przyznac, bo zawsze lubilem przygodowki, a dotad nie mialem z ta gra stycznosci. Do perfekcyjnej oceny mimo wszystko troche jej brakuje. Mi strasznie weszla do glowy nudna czesc gry w ktorej walczylismy z innymi piratami.
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?