Star Wars: Episode I The Phantom Menace (mniej przygodowa) (Foreth)

Dodane przez drozda dnia 15.04.2006 20:04

Nie mam przyjemności zaliczać się do fanów Star Wars. Co więcej - nie mam przyjemności zaliczać się do fanów TPP. Grami z tego gatunku, w które miałem przyjemność (właśnie, przyjemność) zagrać było bardzo niewiele. Jedną z nich jest The Phantom Menace. Czym jest Mroczne Widmo, chyba nie muszę przypominać? Nie, to nie moje odbicie w lustrze. Dla wielu hit, dla wielu kit, za który Lucas dostał Złotą Malinę (zawsze coś...). Nie będę tutaj bawić się w mędrca i rozwodzić się nad filmem, skoro mam do zrecenzowania grę. A czym jest gra - The Phantom Menace? Jest oczywiście n-tym jajkiem kury, która ma zwyczaj znosić je w kolorze złotym. Nie da się przecież ukryć, że biznes gwiezdnowojenny to kura złota...tzn. żyła złota. Lucasarts niedługo po premierze Epizodu 1 wydał dwie gry oparte na swoim nowym dziele. Jedną z nich był Racer, a drugą The Phantom Menace. Fabuła gry oczywiście nawiązuje do filmu. Zaczyna się ona w momencie, gdy dwaj rycerze Jedi - mistrz Qui-Gon Jinn i uczeń Obi-Wan Kenobi przybywają na statek Federacji Handlowej (Trade Federation) na negocjacje. Do rozmów jednak nie dochodzi - Federacja rozpoczyna wielki atak na planetę Naboo, miasto Theed z pałacem królowej Amidali. Nasi bohaterowie muszą wydostać się z wrogiego statku i ocalić co się da. W grze pojawia się także wątek Anakina Skywalkera, chłopca posiadającego w sobie wielką moc (sorry, Moc), który potem stał się zagładą milionów - Darthem Vaderem (tego już oczywiście fabuła Mrocznego Widma nie obejmuje). Jeśli mam być szczery, to fabuła gry bardziej podoba mi się od tej w filmie, ponieważ nie jest to już taka naiwna bajeczka. Anakin nie jest taką ważną postacią, wycięte zostały kawałki, w których - niczym bohater typowych filmów sensacyjnych - przedzierał się przez tabuny wrogów (pamiętacie finał Epizodu 1?). Fabuła gry skupia się głównie na tym, co w tej historii odegrali Obi-Wan, Qui-Gon, Amidala i inni. I bardzo dobrze, gdyż opowieść jest dzięki temu trochę bardziej prawdopodobna (jeżeli o prawdopodobieństwie w ogóle możemy przy science-fiction mówić). The Phantom Menace jest połączeniem akcji i przygody, z wyraźnym wskazaniem na to pierwsze. Wszystkie poziomy (a jest ich 11) można wyraźnie podzielić na te nastawione na walkę i na eksplorację + zagadki (wtedy gra zaczyna przypominać przygodówkę). Ale - jak już powiedziałem walczenia jest dużo. No właśnie, omówmy tę część rozgrywki. Pierwszą rzeczą, która widać i czuć od razu jest fantastyczne sterowanie. Nie boję się użyć tego określenia, zwłaszcza, jak sobie przypomnę, jak kierowało się bohaterami w najnowszych produkcjach Cryo (Wehikuł Czasu, Rycerze Króla Artura). Tam to był po prostu koszmar, męczarnia. A w The Phantom Menace? Postać zbiera się błyskawicznie i równie szybko się zatrzymuje, nie rzuca nią na zakrętach, po prostu przyjemnie prowadzić takiego bohatera. I nie potrzeba kilkudziesięciu klawiszy. Zauważyliście może, jakie niewiarygodne ilości przycisków serwują nam twórcy współczesnych gier? Zaczyna brakować klawiszy na klawiaturze... No dobra, wróćmy do trybu walki w TPM. Postaciami, którymi będziemy przedzierać się przez tabuny wrogów będą Obi Wan, Qui Gon, Kapitan Panaka oraz Królowa Amidala. Tutaj dochodzimy do poważnego zgrzytu, bo Panaka, a zwłaszcza Amidala to postaci słabiutkie, którymi walczy się cienko. Nie ma już zupełnie takiej przyjemności grania, jak rycerzami Jedi. Panaka i Amidala nie mają mieczy świetlnych, a królowa walcząca swoim urządzeniem porażającym to po prostu głupi i mało grywalny pomysł. Twórcy gry najwyraźniej przyjęli, że utrudniać życia graczowi nie będą poprzez wprowadzenie coraz trudniejszych i liczniejszych wrogów, tylko przez osłabianie postaci, którą kierujemy. Panaka i Amidala pojawiają się w końcowych poziomach i wtedy walka już jest dużo mniej ciekawa i bardziej denerwująca. Co chwilę trzeba się ukrywać, chować, bo to za słaba postać - nie ma już niestety pięknych potyczek. Oczywiście w końcowych epizodach występują jeszcze dwaj rycerze Jedi i zmagania tymi postaciami są świetne. Zwłaszcza miecze świetlne są super. Można nimi odbijać strzały z broni laserowej i stosować różne ciekawe ciosy. Wtedy to jest gra! Wychodzicie z pomieszczenia i za drzwiami czeka już kilka (-naście, -dziesiąt) droidów. Ale jest miecz świetlny, więc hajże na droida! Oczywiście nie samym mieczem człowiek żyje, w misji ?pomagają? nam także granaty lub broń laserowa. Skoro jesteśmy już przy walkach, nie mogę pominąć szwankującej momentami inteligencji przeciwników. Nie wiem jakie systemy rozpoznania kryją się w elektronicznym ?mózgu? droida, ale potrafi on chyba rozróżnić człowieka od ściany. Niestety, dość często dochodzi do sytuacji, że droid zauważa naszego bohatera, on odskakuje w inne miejsce, a droid w to poprzednie strzela, strzela i strzela...Inne śmieszne wręcz sytuacje związane są z zachowaniem naszych bohaterów. Trzeba tutaj dodać, że niektóre poziomy przechodzi się we dwie osoby tzn. gracz steruje jedną postacią, a komputer drugą. I tak przy jednym z poziomów Amidala (którą sterujemy my) przedziera się z kapitanem Panaką przez pałac. Właśnie to przedzieranie się wygląda tak, że my jako królowa "oczyszczamy" teren z wrogów, a dopiero potem Panaka idzie dalej, gdy już nikogo nie ma. Naprawdę tak to ma wyglądać? Wierny kapitan, sługa królowej, który powinien ją ochraniać, trzęsie portkami bojąc się ruszyć z miejsca, a królowa - nowe wcielenie Rambo - rozwala setki droidów. Co za realistyczna sytuacja (właściwie możemy potraktować to jako zarzut dotyczący fabuły albo koncepcji gry). Panaka używa broni tylko wtedy, gdy wróg podejdzie do niego. A broń ma dobrą, więc ja zwabiałem wrogów Amidalą i dawałem Panace okazję do rehabilitacji za tchórzostwo. No więc co w tym dziwnego? Ano to, że Panaka jak już zaczyna strzelać, to... Toż to normalna rzeź, szał bitewny! Wali po wszystkim, dziesiątki laserów odbijają się od ścian, latają wszędzie (zobaczcie jeden ze screenów - nie udało mi się lepszego zrobić, a tych laserów często jest ze dwa razy więcej). Tak to kapitan dba o zdrowie własne i naszej królowej. Dobra, zostawmy biednego Panakę w spokoju. Przyznaję jednak, że tryb walki - mimo momentami dziwnego zachowania kompa i naszych towarzyszy - podobał mi się. Naprawdę. Gra jest po prostu bardzo grywalna i nie nuży. Na pewno wpływ na to mają lokacje, które są naprawdę świetne. W czasie naszej misji zwiedzimy różnorodne, piękne lub przerażające miejsca, takie jak np. statek Federacji, miasto Theed z pięknymi ogrodami, podwodne Otoh Gunga, czy pustynne Mos Espa. Wszystkie lokacje są świetnie wykonane i bardzo różnorodne. Najbardziej podobało mi się Mos Espa, gdzie można było wejść na tor wyścigowy podracerów, trybunę wokół tego toru, odwiedzić bary w tym mieście (gdzie gra czaderska kapela, która strzela do Ciebie, gdy tylko wejdziesz na scenę). Co tu dużo mówić, lokacje to olbrzymi plus gry. A jak jest z elementami eksploracji i zagadek w TPM? Wspomniałem przecież, że gra ta to dużo walki, ale nie tylko. Np. poziom w Mos Espa to niemal przygodówka. Co jakiś czas trafiają się zagadki, rozmowy są częste i ciekawe. Nie mam zastrzeżeń, a i pochlebne słowa autorom się należą. Na koniec zostawiłem sobie oprawę wizualną. Jeżeli chodzi o grafikę, to faktem jest, że gra ma ponad 2 lata i widać to zwłaszcza w krajobrazach, ogrodach itp. Wnętrza budynków jakby mniej odczuły upływ czasu. Mimo tych dwóch latach na karku uważam grafikę TPM za naprawdę dobrą i szczegółową. Fantastyczne są zwłaszcza wybuchy i efekty świetlne. Pędzący laser przez ciemne pomieszczenie kapitalnie je rozświetla, a widok eksplodujących statków kosmicznych i różnych innych rzeczy to cud, miód i orzeszki. Po prostu perfekcja. Jeżeli chodzi zaś o dźwięk, to Lucasarts po Curse of Monkey Island stał się dla mnie firmą, której gry posiadają dźwięk idealny jakościowo. W TPM jest podobnie. Efektów dźwiękowych jest bardzo dużo, są świetne. Także aktorzy podkładający głos stanęli na wysokości zadania - nie mam zastrzeżeń. Natomiast muzyka to John Williams i oryginalny soundtrack z Epizodu 1, czyli klasa sama dla siebie. Tak więc - mimo dość poważnych momentami błędów - The Phantom Menace to bardzo fajna gierka, która spodobała się nawet mnie, graczowi, który w TPP nie lubuje się i nie jest specem w przechodzeniu tego typu gier. Po ukończeniu TPM pojawia się statystyka z ocenami szkolnymi za każdy poziom. Hehe...zacząłem od czwórki, potem były piątki, a nawet szóstka, pod koniec jedna pała i pełno trójek. Jestem z siebie dumny. Wracając do podsumowania, to gra ma klimat, świetne sterowanie, piękną oprawę audiowizualną i wysoką grywalność. Czegóż trzeba więcej? No właśnie....ceny. TPM jest z Lucasarts, a firma ta BARDZO wysoko ceni sobie swoje produkcje. Trzeba napisać list protestacyjny do Lucasa. Co on sobie myśli? Tego nie wiem. Wiem jedynie, że jeśli stać Cię na drogą świeczkę, to gra warta jest świeczki.

plusy
minusy
ocena
+ jest klimat
+ grywalność
+ fantastyczne sterowanie
+ oprawa audiowizualna and others
- Al kompa momentami szwankuje
- zwiększanie poziomu trudności przez serwowanie słabszych bohaterów
- cena...
- minus4
- minus5
6
Producent: Lucasarts Dystrybutor: L.E.M. Wymagania sprzętowe: P 200, 32 Mb Ram, 135 Mb HDD autor: Foreth
AZ10
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?