Lifeless Planet: Premier Edition - recenzja

Dodane przez crouschynca dnia 24.12.2016 03:14

Można by pół żartem powiedzieć, że Lifeless Planet to gra o facecie uganiającym się za dziewczyną. Bo, owszem, podążanie tropem pewnej kobiety stanowi bardzo ważny aspekt tego tytułu. Nie mamy tu jednak do czynienia z historią pewnego podrywu, lecz opowieścią o kosmicznej podróży. I choć produkcja posiada to coś, dzięki czemu daje się zapamiętać, daleka jestem od nazwania całokształtu ideałem.

Lifeless Planet zawdzięcza swoje powstanie Kickstarterowi, gdzie we wrześniu 2011 roku uruchomiono zbiórkę pieniędzy na rzecz sfinansowania projektu. Akcja zakończyła się sukcesem, albowiem zgromadzono ponad 17 tysięcy dolarów przy niezbędnym minimum wynoszącym 8,5 tysiaka. Zdobyty zastrzyk gotówki pozwolił dokończyć prace nad grą, która do sprzedaży trafiła w roku 2014. Wpierw można było nabyć ją w ramach wczesnego dostępu, a po kilku miesiącach jako gotowy produkt. Co ciekawe, niemal rok później doczekała się odświeżonej wersji o podtytule Premier Edition. W takim wydaniu zadebiutowała na konsolach Xbox One, natomiast dotychczasowi posiadacze produkcji, czyli użytkownicy komputerów PC i Mac, otrzymali darmową aktualizację. Z kolei tegoroczne wakacje przyniosły premierę gry na PlayStation 4. A co w ogóle oferuje ów remaster? Ulepszoną grafikę oraz dodatkową zawartość dźwiękową i tekstową.

Lifeless Planet Premier Edition

Planeta bez życia? Czy aby na pewno?

Fabuła produkcji, która zrodziła się m.in. z inspiracji starymi filmami sci-fi, a także grami The Dig i Another World, pozwala przywdziać skafander pewnego astronauty. Główny bohater wchodzi w skład niewielkiej ekipy, wysłanej do zbadania jednego z ciał niebieskich. Niestety, podróż nie przebiega pomyślnie, kończąc się twardym lądowaniem. A gdy nasz podopieczny odzyskuje przytomność, z przykrością zauważa, że po reszcie załogi ani śladu. Niemałe zaskoczenie funduje mu ponadto środowisko, które według odgórnych informacji powinno tętnić życiem. Tymczasem oczom mężczyzny ukazują się jałowe pustkowia, co, delikatnie mówiąc, nie przywodzi na myśl krainy mlekiem i miodem płynącej. Ba, obca planeta częstuje wkrótce nieboraka kolejną niespodzianką, gdy ten wyrusza na poszukiwania swoich kolegów. Mianowicie wędrówka procentuje odkryciem porzuconej książki z symbolem ZSRR na okładce oraz stojącymi w pobliżu liniami wysokiego napięcia. Stąd prosta droga do opustoszałego rosyjskiego miasteczka, które najwyraźniej zbudowano w okresie zimnej wojny. Nic dziwnego, że protagonista czuje się coraz bardziej skonsternowany.

Od aprobaty do obojętności

Początkowo warstwa narracyjna intryguje, do czego w dużym stopniu przyczynia się specyficzny nastrój zagubienia i samotności. Oszczędnie dawkowana historia pozwala poniekąd zrozumieć sytuację bohatera, zapraszając do zgłębiania jej meandrów poprzez eksplorację otoczenia, zbieranie informacji o dawnych osadnikach oraz śledzenie spostrzeżeń, jakie w trakcie tułaczki czyni nasz astronauta. Co więcej, uczucie odosobnienia nie zanika nawet po zobaczeniu ocalałej mieszkanki kolonii. Z jednej strony, Rosjanka pomaga biedakowi przetrwać w niegościnnym środowisku, a jej ślady wskazują względnie bezpieczne ścieżki. Z drugiej, dziewczyna stara się trzymać na dystans, no i nie wiadomo, jakie tak naprawdę ma zamiary. Niepewność podsyca na dokładkę fakt, iż tajemnicza nieznajoma bez kłopotu oddycha lokalną atmosferą i barwi ziemię na zielono.

Lifeless Planet Premier Edition

Szkoda tylko, że im dalej w las, tym bardziej wstępne zaciekawienie ustępuje pola znużeniu. Bynajmniej nie mam pretensji o bazowanie na popularnych motywach, gdyż taka podstawa napędziła niejedną wciągającą opowieść. Po prostu zabrakło przysłowiowej pary do satysfakcjonującego wypełnienia narzuconych ram. Zawodzi też wątek żony kosmonauty, z którą wiążą się bolesne wspomnienia. Zamiast szukać drugiego dna, nie mogłam odpędzić od siebie wrażenia, że prywatny dramat nieszczęśnika potraktowano po macoszemu i upchnięto trochę na siłę. Ot, niepotrzebne filozofowanie – pomyślałam, a wywołanie takich refleksji raczej nie leżało w intencji dewelopera.

Kosmiczne atrakcje

O tym, że przygody gwiezdnego podróżnika na dłuższą metę zaczynają męczyć, przesądziły również mechanizmy rozgrywki. Ale po kolei, bo wypadałoby przecież powiedzieć, z czym generalnie przyjdzie nam się zmierzyć. Lifeless Planet najbliżej do gry eksploracyjnej z elementami platformówki, gdzie sterowanie odbywa się przy użyciu klawiatury i myszki. Taka obsługa jest w zasadzie najrozsądniejszym rozwiązaniem, zważywszy na model zabawy oraz trójwymiarowe środowisko produkcji. Niemniej wymaga uprzedniego przyzwyczajenia, a także uzbrojenia się w cierpliwość. Przyznam bez bicia, że niejednokrotnie źle odmierzyłam skok, pociągając za sobą powtarzanie czynności. Przy pokonywaniu większych przepaści trzeba wykazać się szczególnym wyczuciem czasu, by w odpowiednim momencie wcisnąć dodatkowe dopalanie jetpacka. A gdy nie będziemy dostatecznie uważać, łatwo przewidzieć finał upadku z dużej wysokości. Gwoli ścisłości, to nie jedyny bilet na tamten świat, mimo że nie uświadczymy żadnych walk. Wprawdzie za wrogów można śmiało uznać wyskakujące spod ziemi korzenie, lecz stosujemy metodę uniku, wzorem innych napotkanych zagrożeń, w tym przykładowo nagle spadających głazów.

Lifeless Planet Premier Edition

Prócz typowo platformowych fragmentów, które bywają frustrujące, graczy czeka jeszcze choćby zbieranie pozostawionych przez Rosjan audiologów czy wędrówka po zielonych śladach dziwnej kobiety, tak na marginesie pozwalających ominąć śmiercionośne badyle. Do tego dochodzą zagadki środowiskowe, oparte na interakcji z elementami otoczenia w celu utorowania sobie drogi. Dla przykładu, będziemy musieli przywrócić zasilanie lub podłożyć dynamit, żeby dostać się niedostępnego wcześniej miejsca. Warto przy tym nadmienić, iż niekiedy za pomoc posłuży nam zrobotyzowane ramię, przyczepione do skafandra protagonisty. I to by było w sumie na tyle. W miarę naszych postępów zadania powtarzają się z tą różnicą, że później trafimy na nieco bardziej skomplikowane warianty. Dlatego też na dalszych etapach coraz częściej doskwierała mi monotonia. Niewykluczone więc, że Lifeless Planet zyskałoby na skróceniu czasu rozgrywki (ukończenie tytułu przy pierwszym podejściu to kwestia około 5-6 godzin).

Powyższe przypuszczenie zdaje się także potwierdzać wizualna oprawa gry. Grafika nie częstuje odbiorców wodotryskami rodem z segmentu AAA, ale zdołała wywrzeć na mnie pozytywne pierwsze wrażenie, witając klimatyczną wizją wymarłego globu. Potem jednak początkowy entuzjazm po troszeczku opada, aczkolwiek podjęto próby urozmaicenia zwiedzanych scenerii. Mimo wszystko różnorodność nie jest aż tak duża, by przy dłuższym obcowaniu z Lifeless Planet nie dostrzec pewnej powtarzalności w obrębie niektórych aspektów struktury krajobrazu. Poza tym, z recenzenckiego obowiązku muszę odnotować występowanie paru błędów technicznych. Zdarzały się okazjonalne wpadki z wyświetlaniem tekstur, a raz mój heros utknął pomiędzy półkami skalnymi i trząsł się niczym wibrujący telefon. Za to udźwiękowienie nie wzbudza zastrzeżeń, będąc niezaprzeczalnym atutem produkcji. Postawiono na minimalistyczną i zarazem nastrojową muzykę, która odzywa się w istotnych fabularnie momentach. Soundtrack pełni tutaj funkcję swoistego drogowskazu, sygnalizującego, że idziemy we właściwym kierunku.

Lifeless Planet Premier Edition

Wyszło, jak wyszło

Reasumując, niezależne Lifeless Planet to projekt, przy którego tworzeniu nie brakowało dobrych chęci ani ciekawych pomysłów. Jednocześnie widać również, że gorzej poszło z realizacją poszczególnych części składowych gry. Perypetiom zagubionego astronauty nie można odmówić interesującej atmosfery, a solidne otwarcie dawało nadzieję na coś rzeczywiście nietuzinkowego. Finalnie otrzymaliśmy zaś produkcję, gdzie ambicje idą w parze z niewykorzystanym potencjałem. Cóż, chyba nie tak miało być. Czy zatem radzę odpuścić sobie ów tytuł? Niekoniecznie, acz najlepiej sięgnąć po niego przy jakiejś promocji.


5 PLUSY:
fabuła zaczyna się obiecująco i przez pewien czas skutecznie zatrzymuje na sobie uwagę + klimat wyobcowania + podkreślające atmosferę otoczenie + solidna ścieżka dźwiękowa
MINUSY:
scenariusz w ostatecznym rozrachunku nie spełnia pokładanych w nim nadziei - skakanie potrafi niekiedy podirytować - mało zróżnicowana rozgrywka - w dalszej części zabawy sceneria przestaje wydawać się tak atrakcyjna jak na dzień dobry - niedoróbki techniczne

Autorka: crouschynca

Na podstawie wersji Steam. Wszystkie screeny autorstwa własnego.

   

Komentarze


Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?