Nicholas Eymerich: The Inquisitor - Book1: The Plague - recenzja

Dodane przez Toddziak dnia 25.08.2014 21:47

Czasem natrafiamy na gry, które na papierze wyglądają świetnie, niemal jak skrojone pod nasz gust. Kiedy zobaczyłam opis Nicholas Eymerich – The Inquisitor – Book1: The Plague (uff!) tak właśnie mi się wydawało. Klimat niczym z „Imienia róży”, sarkastyczny bystrzak w roli głównej, średniowieczne śledztwo pełne wyjątkowych zagadek... Po prostu super, nie? Pozwólcie, że zacytuję jedną piosenkę: „Nie, nie, nie.”

W tej produkcji i przydługiej nazwie wcielamy się w rolę tytułowego inkwizytora, dominikanina Nicholasa Eymericha. Opat klasztoru w Carcassone wzywa go do siebie, prosząc, aby ten zajął się rozwiązaniem tajemnicy zniknięcia jednego z braci w leżącej niedaleko wiosce Calcares. Podobno grasuje tam potworna zaraza. Zgodnie z przekonaniami charakterystycznymi dla epoki odpowiadać ma za nią diabeł. Prawda może jednak okazać się bardziej skomplikowana niż standardowe wybryki Rogatego.

Fabuła jest nawet ciekawa, to przyznam. Chociaż pod koniec podczas sekwencji snu zalicza zjazd w dół do czeluści „wtf?”, to początki są dość obiecujące. Zainteresowałam się całą intrygą, choć w pierwszym epizodzie, bo cała gra podzielona jest na cztery części, została ledwie zarysowana. Nie wiem, w którą stronę twórcy pójdą z historią i czy nie przesadzą z nadnaturalnymi wątkami, ale początek rokuje jakieś nadzieje. Z drugiej jednak strony, jak na grę, która jest śmiertelnie poważna i nieprzyjemna w odbiorze, jest tu zadziwiająco dużo easter eggów, na czele z odnalezieniem gumowego kurczaka i łączenie go z bloczkiem na modłę małpiej wyspy. Szczerze mówiąc, nie do końca przekonuje mi taki klimat.

Najbardziej antypatyczna osoba na świecie

Największy problem mam jednak z głównym bohaterem. W grach często spotyka się aroganckich buców, którzy mimo wszystko potrafią zaskarbić sympatię gracza (a przynajmniej próbują). I tak na przykład Malachi Rector sypnie czasem jakimś na wpół żałosnym żarcikiem, a Gabriel Knight w swoim podejściu do życia bywa tak przerysowany, że mógłby przybić sobie piątkę z Johnnym Bravo. W przypadku Eymericha nic takiego jednak nie mamy. To typ okrutny, poważny jak zawał serca i potrafiący z zimną krwią otruć człowieka lub skopać go tak, by pękły mu żebra. Do tego widocznie napędza go wściekłość, gdyż wrzeszczy na wszystkich dookoła, sypiąc obelgami. Wiem, że bohater pochodzi z cyklu książek włoskiego pisarza, który z kolei zainspirował się faktycznie istniejącą postacią. Nie czytałam tych powieści i nie wiem, na ile obraz Eymericha w grze jest im wierny, ale nie czuję się zachęcona do czytania. Fakt, Nicholas to inkwizytor, a opis tego stanowiska nie wymaga przeprowadzania staruszek przez jezdnię i dokarmiania kociąt. Nie znaczy to jednak, że muszę go lubić. Nie ma w nim żadnej cechy, która mogłaby odkupić jego paskudny charakter. Jeśli Joffrey z Gry o tron jest personifikacją bólów miesiączkowych, tak Eymerich jest odpowiednikiem biegunki. Jak tylko stanie ci na drodze, masz nadzieję, że wizytacja nie potrwa długo. Bardzo proszę zaspoilerować mi drugi epizod, gdy ten wyjdzie, i powiedzieć mi czy nasz protagonista ginie w okropny sposób. Jeśli nie, nie mam zamiaru znów się męczyć w jego towarzystwie. A przynajmniej dopóki ktoś nie wyciągnie kija z jego tyłka i nie zdzieli go porządnie po głowie, by się facet trochę ogarnął.

Utrudnienia i błędy

Urok osobisty głównego bohatera nie działa, więc może chociaż przy gameplayu będzie lepiej? Nie bardzo. Rozgrywka do miłych i przyjemnych nie należy. Łatwiej przeżyć średniowieczny loch niż nieustanny pixel hunting. Serio, kto wpadł na pomysł ustawiania ważnych przedmiotów tuż przy dolnej krawędzi ekranu, tak że prawie wchodzą na button z menu? Albo na robienie miejsc interakcji wielkości ćwierci paznokcia małego palca u noworodka? Znalezienie tu czegoś to prawdziwa tortura. Denerwuje też, że niektórych przedmiotów nie możemy zabrać od razu, chociaż doskonale wiemy, iż niedługo się nam przydadzą. Wydłuża to niepotrzebnie czas gry. Dobrze, że chociaż mapa pozwala nam się przenosić szybko z miejsca na miejsca. Oprócz zagadek z łączeniem przedmiotów, jest w The Plague też parę minigierek. Zawsze są jednak z nimi jakieś problemy. Jeśli nie nuda, powtarzalność i frustracja przy poznawaniu odpowiedniej kolejności naciskania fragmentów reliefu, to dobijają nas bugi przy składaniu podartej wiadomość w całość.

Błędy zasługują na osobny akapit. Nie będę się pastwić nad problemami z animacją czy z okropnym ustawieniem kamery, bo te mankamenty, choć irytujące, nie rujnują całkiem rozgrywki. Chodzi mi bardziej o bugi, które uniemożliwiają dalszą grę, albo przynajmniej mocno ją utrudniają. Sama miałam poważny zgryz mniej więcej w połowie, gdy w pewnym momencie po kliknięciu na NPCa nie wyświetlało się menu wyboru czynności, przez co nie dało się popchnąć fabuły naprzód. Inni ludzie narzekali na wywalanie się do pulpitu albo problemy z niewłączaniem się skryptów, choć wszystkie czynności wykonane zostały poprawnie. Jeśli udało ci się przejść tę grę komfortowo, nie masz co nawet próbować grać w totka. Sorry, ale wyczerpałeś swój limit szczęścia na najbliższe dwieście lat.

Nie widzę, nie słyszę, nie mówię

Pod względem oprawy audiowizualnej też jest cienko. O ile model samego Eymericha jeszcze jakoś wygląda, to już pozostałe postacie to koszmarki na dwóch nogach. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam opata, to myślałam, że sam padł ofiarą jakiegoś strasznego choróbska. Tła także nie zachwycają. Gdzie te obiecane lokacje bogate w detale?. Muzyka, a już zwłaszcza utwór przewodni w menu, w ogóle nie przypadła mi do gustu. Dobrze, że melodie włączają się tylko sporadycznie. O voice-actingu też nie mogę wiele dobrego powiedzieć. Angielskiego Eymericha nie mogłam słucham. On nie mówi, tylko drze japę cały czas. Wyluzuj trochę, stary. Na szczęście po zmianie języka na łacinę (jak miło, że jest taka opcja!), lektora dało się już słuchać bez bólu i krwawienia z bębenków.

Co tu dużo mówić, to nie jest dobra gra. Nie szoruje może brzuchem po dnie beznadziei, ale przyjemność z grania nie jest zbyt duża. Nie warto na nią wydawać pieniędzy. Czy kolejna część przyniesie jakieś znaczące zmiany, które poprawią jakość całej serii? Coś wątpię. Zwłaszcza, że póki co o kolejnych epizodach jest zadziwiająco cicho. Płakać nie będę.


4 PLUSY:
fabuła ma potencjał + mapa i teleportacja pozwalają zaoszczędzić czas + dużo easter eggów, jak to kogoś bawi + łacińska wersja językowa
MINUSY:
główny bohater nie daje się lubić - bugi i utrudnienia - nużące, frustrujące zagadki - pixel hunting - słaba oprawa audiowizualna - angielskiego dubbingu nie da się słuchać

Autorka: Toddziak

   

Komentarze


2787 #1 SirXan
dnia 01.09.2014 08:38
Drogi @Toddziak, wielki dzięki za recenzję! :) Zastanawiałem się o tej grze na moim liście "Może spróbuję", ale teraz już wiem, że nie warto i to żadna strata dla mnie. Rzeczywiście główny antybohater to nieciekawa sprawa. -brains-plz-
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?