Grim Fandango - recenzja

Dodane przez drozda dnia 11.04.2006 21:49

An EPIC Tale of CRIME and CORRUPTION in the LAND OF THE DEAD

Grim Fandango to jedna z kilku starszych gier, które szczęśliwym trafem udało mi się niedawno zdobyć. Poza nią „posiadłem” również Discworld Noir oraz Blade Runner (nie wspominając o twardo-pudełkowej wersji Fallouta 1 i 2 z piękną instrukcją – ale to już inna bajka…). A że z tymi grami nie miałem do tej pory większego bezpośredniego kontaktu (jedynie dema, recenzje itp.), postanowiłem nadrobić zaległości.

Something’s Rotten In the Land of the Dead…

LucasArts wydając Grim Fandango pod koniec 1998 roku kompletnie zaskoczyła fanów. Przyzwyczajeni do klasycznego wyglądu gracze dostali grę stworzoną w środowisku trójwymiarowym. Do tego również tematyka odbiegała od wcześniejszych hitów. Jak się później okazało, rewolucyjne zmiany trafiły w gusta większości graczy, dzięki czemu odniosła ona niewątpliwy sukces. A dowodem jest choćby to, że gram w nią jakieś 7 lat po premierze i nadal sprawia mi to przyjemność.

W Grim Fandango będziemy bardzo często stykać się ze śmiercią. Ale nie twierdzę, że tak jak w niektórych grach będziemy nieustannie ginąć przez zawyżony poziom trudności. Nie, tutaj po prostu prawie wszyscy bohaterowie (łącznie z głównym) są już martwi. Many Calavera jest agentem ubezpieczeniowym w Departamencie Śmierci. Jego praca polega na zapewnieniu luksusowych warunków podróży przydzielanym mu duszom, które wybierają się w czteroletnią podróż do Wiecznego Odpoczynku. W swojej pracy Many musi wyglądać bardzo poważnie, więc zawsze nosi przy sobie (bardzo praktyczną) kosę, długi ciemny płaszcz z kapturem oraz buty na ogromnych koturnach. Aby dopełnić obrazu naszego bohatera, trzeba wspomnieć o tym, że, tak jak większość mieszkańców Krainy Śmierci, jest on ni mniej ni więcej Kościejem, Kościotrupem czy jak go zwać. Ważne jest, że cały składa się wyłącznie z kości. Jednak ten drobny mankament nie przeszkadza mu w „życiu”. Przez pewien czas Many był pracownikiem numer jeden w firmie, jednak ostatnimi czasy sytuacja zmieniła się diametralnie. Jego miejsce w gabinecie obok szefa firmy – Don Copala, zajął Domino Hurley. Jednak sukces Domino wydał się Many’emu podejrzany. Czemu Domino nagle zaczął dostawać najlepszych klientów? Czy ma to jakiś tajemniczy związek z Donem? Na te i wiele innych pytań Many postanowił znaleźć odpowiedzi. Jednak, gdy zacznie on wreszcie dochodzić do sedna, cała sprawa nagle rozrośnie się do ogromnych rozmiarów i nasz bohater, chcąc – nie chcąc, weźmie udział w aferze na (pod)światową skalę.

W grze poza Manym spotkamy ok. 50 ciekawych i co najważniejsze posiadających odmienne charaktery postaci. Poznamy oszałamiająco piękną Mercedes „Meche” Colomar, która będzie naszą klientką (parafrazując Many’ego: „Oszałamiająca piękność, ciekawe jakby wyglądała ze skórą…”). Naszym wiernym towarzyszem będzie Glottis, ogromny rozmiarami Mieszkaniec Zaświatów, stworzony tylko w jednym celu – aby kochać wszystko co na silnik i potrafi osiągnąć niebotyczne prędkości. Jego miłość oraz zdolności w obchodzeniu się z wszelkiego rodzaju maszynami wiele razy uratuje naszemu bohaterowi skórę (hmm…). Na początku spotkamy również dawną miłość Many’ego – Evę, sekretarkę Don Copala. Dziewczyna jest bardzo pracowita i zaradna, a do tego wydaje się, że coś ukrywa przed Manym… W Zaświatach, tak jak i w naszym świecie, nie mogło zabraknąć postaci sprzeciwiającej się ustalonemu porządkowi i ogólnie buntowniczo nastawionej. Taka rola w tym przypadku przypadła Salvadorovi Limones. Jest to przywódca podziemnego ruchu Stowarzyszenia Zagubionych Dusz. Czy jego podejrzenia są słuszne? I jaką rolę w jego planie ma odgrywać Many?

Nie da się ukryć, że oprawa graficzna ma już swoje lata. Ale nawet dzisiaj, mimo upływu czasu, nie odrzuca ona od ekranu, a szczerze mówiąc nadal może się podobać. Lokacji jest bardzo dużo (blisko 100). W czasie czteroletniej podróży nasz bohater trafi do wielu różnych zakątków świata, a nawet na jego kraniec (rodem z twórczości Pratchetta). Jednak większość czasu spędzimy włócząc się po dwóch niezwykle rozbudowanych i oszałamiających miastach: El Marrow i Rubacavie.

Jak to w tego typu przypadkach bywa, oprawa dźwiękowa, w przeciwieństwie do graficznej, nie traci na jakości z biegiem lat. Nastrojowa i dopasowana do sytuacji muzyka współgra z dobrze zrealizowanymi efektami dźwiękowymi. Jakoś szczególnie przypadł mi do gustu odgłos przytłumionego dzwonu kościelnego, który słyszymy zawsze, gdy wyjmujemy naszą kosę (o której Many mówi, że lubi ją trzymać blisko serca, a raczej miejsca, w którym kiedyś było). Takich smaczków jest o wiele więcej, nie zawsze zwraca się na nie uwagę za pierwszym razem, ale to właśnie one stanowią o charakterze gry. Również głosy podłożone zostały perfekcyjnie. Aktorzy odegrali swoje role w sposób bardzo wiarygodny. Szczególnie spodobał mi się głos Manego, Meche oraz trochę zwariowanego Glottisa. To po prostu trzeba samemu usłyszeć. Bardzo ważną rolę spełniają w grze dialogi. Są one dosyć rozbudowane, ale niestety zawsze prowadzą do tego samego efektu. Jednak liniowość dialogów schodzi na drugi plan, gdy się w nie zagłębimy. Są one przepełnione niesamowitym i charakterystycznym (ale wcale nie wisielczym) humorem.

Kolejnym ważnym czynnikiem stanowiącym o poziomie gry przygodowej niewątpliwie są zagadki. Te w Grim Fandango są na pewno ciekawie zaprojektowane, do tego z poczuciem humoru. Przy rozwiązywaniu niektórych można co prawda stracić kilka włosów z głowy, ale to już nie wina gry. ;) W niektórych sytuacjach w rozwiązaniu zagadek pomogą nam – co naprawdę rzadko spotykane w przygodówkach – pojazdy. Pokierujemy przerobionym samochodem czy wózkiem widłowym. Sterujemy nimi za pomocą strzałek, czyli podobnie jak postacią. Wspomniałem o tym, że sterowanie w Grim Fandango jest odmienne od standardowego w przygodówkach? Poza wspomnianymi strzałkami korzystamy również z Shifta, Entera oraz paru innych klawiszy. Czasami bywa ciężko, ale to najczęściej wtedy, gdy staramy się jednocześnie biec i sterować w ciasnych albo zapchanych pomieszczeniach.

…and you’re being played for a sucker.

Grim Fandango to bardzo ciekawa i wybijająca się ponad przeciętność gra przygodowa. Ryzykowne posunięcia LucasArts (wejście w 3D, odejście od typowej tematyki itp.) na dłuższą metę okazały się słuszne i dlatego gra ta niewątpliwie przeszła do kanonu gier przygodowych, w które trzeba zagrać. Więc jeżeli tylko będziecie mieli szansę zapoznać się z Grim Fandango, to szczerze ją Wam polecam.

9 PLUSY:
humor + postacie + oprawa dźwiękowa + oprawa graficzna (choć niektórym może nie przypaść do gustu) + tematyka + gra jako całość
MINUSY:
czasami sterowanie

autor: drozda

AZ61
   

Komentarze


1420 #1 CaptainCharisma
dnia 15.07.2010 15:22
Dla mnie najlepsza przygodowka. Numerem jeden byla u mnie kiedys Najdluzsza Podroz, ale po blizszym kontakcie i przejsciu Grima sytuacja sie zmienila. Obecnie jedyna przygodowka, ktora mam w kolekcji (kiedys jeszcze mozna bylo tam znalezc wspomniana NP, Larryego 7 czy Runaway, ale mimo, ze te gry lubie to nigdy nie mialem ochoty do nich wracac, czego nei moge powiedziec o GF)
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?