Time Mysteries: The Final Enigma - recenzja

Dodane przez crouschynca dnia 30.01.2013 00:24

Poprzednia część Time Mysteries, o podtytule The Ancient Spectres, nie zawładnęła moim sercem, ale dostarczyła kilku godzin całkiem przyjemnej rozrywki. Co najważniejsze, okazała się na tyle udana, bym zainteresowała się twórczością polskiego studia Artifex Mundi i chętnie sięgnęła po inne gry jego autorstwa. Pozycje takie jak Enigmatis, Nightmares from the Deep czy Abyss: The Wraiths of Eden dowiodły, iż warto było przyznać kredyt zaufania krakowsko-zabrzańskiej firmie. Jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, wysoki poziom owych tytułów odpowiednio zwiększył moje oczekiwania względem rodzimego dewelopera. Co zatem mogę powiedzieć o trzeciej odsłonie Time Mysteries? Czy produkcja zdołała podtrzymać dobrą passę polskiego zespołu? Niestety, tym razem nie poszło tak pięknie.

A to się porobiło!

W Time Mysteries: The Final Enigma wcielimy się w postać panny Esther Ambrose, której poczynaniami kierowaliśmy już w The Ancient Spectres. Kobiecie nie jest dane zaznać odpoczynku po starciu z wiedźmą Vivianą w drugiej części serii. Naszą protagonistkę ponownie zaczynają dręczyć dziwne sny. Ponadto, wkrótce dostaje wiadomość od wujka. Krewny wzywa ją do siebie w trybie natychmiastowym, bynajmniej nie z błahego powodu. W przyszłości Ziemia znajdzie się na skraju upadku wskutek katastrofy ekologicznej, co ma związek z wydarzeniami przedstawionymi w poprzedniej odsłonie cyklu. Esther musi zatem zakasać rękawy i odbyć kolejne czasoprzestrzenne wędrówki przy użyciu przenośnego wehikułu, wynalezionego przez rodzinę Ambrose. W trakcie ratowania świata, trafi zarówno do bliżej nieokreślonej przyszłości, jak i odległej przeszłości. Skacząc wiele lat wprzód, na własne oczy przekona się, co czeka ludzkość w razie niepowodzenia jej misji. Wizyta w średniowieczu pozwoli natomiast poznać genezę większości problemów. Oczywiście nie obędzie się bez przeszkód, ponieważ szyki głównej bohaterce próbuje pokrzyżować pewien odziany na czarno mężczyzna. Na szczęście, Esther nie zostanie całkiem osamotniona na placu boju. Wsparcia udzielą jej m.in. wujek Sean, przybywający z przyszłości Michael, a nawet sam czarodziej Merlin.

Powiew nudy

Podobnie jak w „dwójce”, uniwersum gry przepełniają elementy typowe zarówno dla fantasy, jak i science fiction. Prócz wszechobecnej magii, zetkniemy się z podróżami w czasie oraz paroma futurystycznymi gadżetami. Pokuszono się też o bardzo popularną obecnie kwestię zagrożenia środowiska. Szkoda tylko, że całej historii zabrakło wyrazu. Mieszając różne wątki, twórcy zbliżyli się jakościowo do przygodówki Hotel. Mimo że ekipa z Artifex Mundi nie przeholowała z plątaniną motywów jak Chorwaci z Cateia Games, osiągnęła podobny rezultat końcowy. W efekcie, TM3 zafundowało mi nienajgorszą, lecz w gruncie rzeczy nijaką papkę. Co z tego, że scenariusz jest dość rozbudowany i główna bohaterka walczy o wysoką stawkę, skoro w ogóle nie obchodziły mnie losy Esther ani pozostałych postaci? Na dodatek, ekologiczna problematyka sprawia wrażenie upchniętej na siłę. Nie oczekuję od casualowych tytułów fabularnej głębi, ale liczyłam, że The Final Enigma wciągnie mnie przynajmniej w stopniu umiarkowanym. Do atutów wcześniejszych gier polskiego producenta należały właśnie przedstawione w nich historie. Tymczasem trzecia część Time Mysteries rozczarowuje na owym polu. Czary goryczy dopełnia zaś finał, który razi sztucznością i naiwnością. Być może autorzy chcieli szybko zakończyć opowieść o rodzie Ambrose, aby skoncentrować się na opracowywaniu następnej pozycji.

Déjà vu

Perypetie Esther skierowane są do niedzielnych graczy, a co za tym idzie nie sprawią jakichkolwiek kłopotów pod względem sterowania i rozgrywki. W arkana obsługi wprowadza zresztą opcjonalny samouczek na początku zabawy oraz dostępna z poziomu menu instrukcja. W przypadku tej ostatniej nastąpił mały zgrzyt, gdyż dosłownie przeklejono ją z The Ancient Spectres. Rozumiem, że zasady pozostały bez zmian. Wypadałoby jednak podmienić starsze grafiki na obrazki pochodzące z The Final Enigma. Jeżeli chodzi o gameplay, tradycyjnie mamy do czynienia z melanżem hidden object i klasycznej przygodówki. Wyszukiwanie przedmiotów z listy pośród wszelkiego rodzaju szpargałów wymaga sporej spostrzegawczości, lecz z pomocą przychodzi sonar wyświetlający kontury poszczególnych elementów. Niektóre rzeczy znajdziemy poprzez wykonanie dodatkowych czynności. Niekiedy wystarczy podnieść płachtę lub klapę, by odsłonić leżące pod spodem rekwizyty. Innym razem trzeba na przykład chwycić za nóż w celu zdobycia plastra sera. W sytuacji, gdyby ktoś odczuł znużenie wypatrywaniem ukrytych obiektów, może przełączyć się na alternatywną mini-grę. W tym miejscu znów muszę ponarzekać. Otóż dotychczas każda nowa produkcja od Artifex Mundi wiązała się z odmiennym typem zastępczego wyzwania. Natomiast teraz studio poszło na łatwiznę, serwując znaną z TM2 gierkę, która polega na dopasowaniu minimum trzech identycznych kulek. Żałuję również, że pozbyto się ciekawego urozmaicenia w postaci fragmentarycznych scen hidden object.

Partie charakterystyczne dla gatunku point’n’click opierają się głównie na eksploracji otoczenia, zbieraniu i używaniu przedmiotów, a także na rozwiązywaniu zagadek logicznych (puzzle, otwieranie tajnych skrytek czy przyrządzanie magicznego lekarstwa). Tak jak w poprzednich tytułach, istnieje opcja pominięcia łamigłówek, która ładuje się dłużej na wyższym poziomie trudności. Część naszych działań w przeszłości odciśnie wyraźne piętno na przyszłości, co przełoży się na wygląd lokacji. Sam wehikuł pełni zarazem praktyczną funkcję mapy. Dzięki temu w lekkim stopniu przyspiesza poruszanie się pomiędzy planszami w obrębie jednej miejscówki. The Final Enigma należy do krótkich produkcji, a ukończenie podstawowego scenariusza zabierze maksymalnie 3 godziny. Oprócz tego, w ciągu kolejnych 50 minut zaliczymy dodatkowy rozdział z inną postacią w roli głównej. Bonus ten prezentuje się niestety blado w stosunku do starszych gier polskiego zespołu. Wcześniej, nawet jeśli dodatek zabierał gracza do znajomych planszy, to autorzy przedstawiali je zupełnie inaczej. Bonusowa przygoda w TM3 nie grzeszy zbytnimi przejawami inwencji twórczej. Postawiono na miks plansz z podstawowego wątku oraz z The Ancient Spectres, włącznie ze scenami HO. Zmiany występują w ilościach śladowych, a świeżych lokacji jest tyle co kot napłakał.

Audio-video

Co się tyczy wizualnej strony produkcji, deweloperzy jak zwykle przygotowali ładne i bogate w detale tła. Mimo że najmniej okazale wypadają wizyty w przyszłości, nie mam o to pretensji. Wszak postapokaliptyczny świat nie powinien przypominać krainy mlekiem i miodem płynącej. Gorzej przedstawia się sprawa animacji postaci. Element ten nigdy nie rzucał na kolana w tytułach od Artifex Mundi, ale w TM3 wydał mi się jeszcze uboższy. Na dokładkę, natrafiłam na dziwną scenę, w której Esther przybywa na spotkanie z Michaelem. W momencie, gdy mężczyzna macha kobiecie na powitanie, ujrzymy wątpliwej jakości efekt „podwójnej ręki”. Poza tym, w trakcie konwersacji bohaterowie przeważnie ledwo co otwierają usta.

W skład ścieżki dźwiękowej nie wchodzi wiele utworów, co trochę negatywnie wpływa na odbiór muzycznej warstwy gry. Chociaż najbardziej spodobała mi się celtycka melodia z epoki Merlina, słuchanie jej na dłuższą metę wywołuje uczucie senności. W trzeciej odsłonie cyklu powraca motyw przewodni z The Ancient Spectres. Osobiście nad tym nieco ubolewam, bo nie polubiłam go już w TM2. The Final Enigma nie zmieniło mojej opinii, zwłaszcza, że owa kompozycja przygrywa praktycznie przez cały czas trwania dodatkowej przygody. Co do dubbingu, zatrudnieni lektorzy spisują się najwyżej przeciętnie. Żadnych zastrzeżeń nie wzbudzają za to odgłosy otoczenia (świsty, pukanie itd.).

I jak? A nijak!

Time Mysteries: The Final Enigma dowodzi, iż po fali sukcesów łatwo spocząć na laurach. Twórcy nie wysilili się i naprędce wydali kolejną produkcję, wykorzystując wyrobioną markę w segmencie casualowej rozrywki. Już w Abyss: The Wraiths of Eden zauważyłam brak większych innowacji, aczkolwiek bardzo dobrze bawiłam się przy owym tytule. Perypetie Esther Ambrose bywają zaś nudnawe. Gwoli ścisłości, TM3 nie jest złą grą. To po prostu przeciętniak, który niczym nie zaskakuje i rozczarowuje w porównaniu z poprzednimi pozycjami rodzimego zespołu. Przy następnej okazji Artifex Mundi będzie musiało mocno się postarać, aby odzyskać zaufanie odbiorców. Mam nadzieję, że studio wykorzysta wtedy swoją szansę i nie zadowoli się taśmową produkcją bezpłciowych gier.


5 PLUSY:
połączenie HO z przygodówką + łatwa obsługa + ładnie i starannie wykonane plansze + realistyczne odgłosy otoczenia
MINUSY:
mało wciągająca fabuła ze słabym zakończeniem - rozczarowujący bonusowy rozdział - brak nowej alternatywnej mini-gry - ubogie animacje postaci - mało utworów muzycznych - generalny brak nowości

Autorka: crouschynca

   

Komentarze


Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?