The Book of Unwritten Tales: The Critter Chronicles - recenzja

Dodane przez Toddziak dnia 30.12.2012 23:27

The Book of Unwritten Tales było grą udaną ponad miarę, o czym polscy gracze mogli przekonać się całkiem niedawno dzięki uprzejmości IQ Publishing. Teraz po raz kolejny mamy okazję powrócić do tego bajkowo-szalonego świata, a to za sprawą samodzielnego dodatku The Critter Chronicles. Nie jest to jednak kontynuacja przygód Wilbura i spółki (niestety!), ale prequel przedstawiający wcześniejsze losy i początek znajomości kapitana Nate'a Bonnetta oraz jego niecodziennego towarzysza – puchatego, różowego stwora imieniem Critter. Chociaż The Critter Chronicles nie jest grą tak wybitną ani śmiechogenną jak poprzedniczka, to wciąż bardzo dobra produkcja, na którą warto rzucić okiem. Albo nawet i dwoma.

Gdy po raz pierwszy spotykamy Nate'a, jest on w kłopotach po same uszy, co w sumie stanowi u niego stan permanentny. Udało mu się wygrać w karty statek powietrzny Mary od jednego pirata i choć póki co ledwo odróżnia ster od burty, to jest dobrej myśli. Zapomniał tylko o małym szczególe: podczas gry oszukiwał jak najęty, więc teraz po piętach depcze mu znana już z The Book of Unwitten Tales orczyca-najemniczka Ma'Zaz, która nie spocznie póki nie odzyska „skradzionego” pseudosterowca. Nate ma jednak łeb na karku i za pomocą sprytu, forteli i garści konfetti udaje mu się chwilowo pozbyć natrętnej Nemezis. Niestety, z nawigacją nie idzie mu już tak dobrze. Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z latającą wyspą kończy się spektakularną katastrofą pośród śnieżnych pustkowi...Czy nieoczekiwaną wizytą w jaskini Yeti, gdzie potwór zamierza przyrządzić sobie pechowego kapitana na obiad. Z opresji świeżo upieczonego kapitana ratuje Critter, niezwykle elokwentny przedstawiciel rasy różowych Muppetów (którzy mają na pieńku z Munkusem – czarnym charakterem knującym swe mroczne knowania również w TBoUT). Tym razem ropuszy paskud wykradł futrzakom źródło zasilania, bez którego nie mogą powrócić do domu. Plemię Crittera wchodzi więc w kruchy sojusz z Nate'em. Jeżeli on pomoże im odzyskać, co do nich należy, oni przywrócą Mary do stanu używalności i wszyscy będą szczęśliwi. Egoistyczny kapitan ma jednak inne plany...

Pingwiny z Crittergaskaru

Taki jest generalnie zarys całej intrygi rozłożonej na pięć rozdziałów. Po ukończeniu The Critter Chronicles wiem już przynajmniej dlaczego twórcy nazywają go „samodzielnym dodatkiem”, a nie pełnoprawną grą. Pod względem długości nie ma co liczyć na epicką podróż rodem z TBoUT, którego ukończnie trwało około 15 godzin. Przejście całości na normalnym poziomie trudności zajmuje średnio jakieś siedem, góra dziesięć godzin. Na poziomie trudnym, który liczy sobie więcej zagadek i mniej podpowiedzi - niewiele więcej. Jest to całkiem przyzwoity czas, ale jednak chciałoby się więcej. Wprawdzie historia nie porywa, pozbawiona jest jakiś większych zwrotów akcji i niemal od początku wiemy jak wszystko się skończy (w końcu to prequel), to jednak siła tej przygodówki nie tkwi wcale w fabule, lecz w humorze. Podobnie jak w „podstawce” mamy tutaj zatrzęsienie żartów oraz nawiązań do popkultury, które czasem są subtelne jak piła łąńcuchowa. Fani Gwiezdnych Wojen, Star Treka albo Harry'ego Pottera na pewno bez problemu dostrzegą różne smaczki. Bawimy się tu nawet portalami! Glados byłaby dumna. Albo i nie, kto ją tam wie... W każdym razie, czwarta ściana* już dawno nie była tak ochoczo roztrzaskiwana jak w The Critter Chronicles. Warto zwrócić uwagę również na pingwiny, które są zdecydowanie mistrzami drugiego planu. Od samego patrzenia na nie można dostać śmiechawki. Przy okazji - pamiętacie flashową gierkę „Annoy the Penguin”? Tak, tego motywu tutaj również nie zabraknie...

Szkoda jednak, że trochę mało tutaj innych postaci pobocznych. Owszem, jest nawiedzona ekoterrorystka Petra, jest profesor z rozdwojeniem jaźni, jest gadający obraz, a futrzasty dzieciak o tysiącu i jeden głosów zasługuje na własny spin-off, lecz to tak naprawdę kropla w morzu naszych rozbuchanych oczekiwań po całej plejadzie barwnych NPCów zaludniających świat TBoUT. Doczepić można się również faktu, że przez większą część gry przemierzamy trzy lokacje na krzyż wśród śnieżnych pustkowi, co robi się nieco nużące. Chlubnym wyjątkiem jest tutaj rozdział czwarty, który przenosi nas w prawdziwy architektoniczny koszmar potrafiący przyprawić o zaburzenia może nie czaso-, ale przestrzenne na pewno. Niemniej jednak nieco więcej różnorodności zdecydowanie wyszłoby The Critter Chronicles na dobre.

Logika-magika

Dobrze chociaż, że nawet te kilka niewielkich obszarów kryje w sobie całe mnóstwo zmyślnych zagadek. Podobnie jak w poprzedniczce, zdecydowana ich większość opiera się na łączeniu i używaniu przedmiotów w odpowiednich miejscach. Na ogół te połączenia są dość logiczne, jak na realia magicznego świata, gdzie wszystko może się zdarzyć, lecz czasem jedynym ratunkiem pozostaje stare dobre używanie wszystkiego na wszystkim. Przypadkiem klinicznym jest zagadka z obrazami. Spokojnie, nie zdradzę tutaj rozwiązania, ale gdyby nie moje desperackie wysiłki klikaniowe to wątpię czy wpadłabym sama z siebie na to, co naprawdę należało tam zrobić. Oprócz inwentarzówek jest tutaj również kilka zagadek, w których otworzymy kłódkę z zamkiem szyfrowym, pokolorujemy obraz farbkami czy rozprujemy skrytkę zabezpieczoną skomplikowanym mechanizmem. Są to miłe urozmaicenia, które zdecydowanie ubarwiają grę.

Pod względem interfejsu The Critter Chronicles nie różni się specjalnie od TBoUT. W sumie słusznie, bo po co zmieniać coś co się sprawdza? W zależności od kształtu kursora lewy przycisk myszy może odpowiadać za rozmowę z postacią, przyjrzenie się czemuś bliżej, akcję albo schowanie przedmiotu do kieszeni. Dostęp do inwentarza uzyskujemy najeżdżając na dolny brzeg ekranu. Prawym przyciskiem myszy możemy zaś przyjrzeć się bliżej zgromadzonym w nim gratom. Spacja podświetla wszystkie miejsca interakcji, a do tego – co jest nowością – ukazuje nasze obecne zadanie do wypełnienia. To oraz fakt, że „nieprzydatne” hotspoty znikają, znacznie ułatwia nam życie. Mniej więcej od połowy gry przyjdzie nam sterować jednocześnie zarówno Critterem, jak i Nate'em. Współpraca bywa zwykle kluczem do sukcesu, jako że futrzak jest mizernego wzrostu, a mężczyzna nie potrafi nadąć się jak balon i odlecieć w razie potrzeby. Co więcej bohaterowie potrafią wymieniać się przedmiotami i gdzie jeden nie będzie mógł się dostać, być może drugi coś poradzi.

Wszystko, co lubimy, i jeszcze więcej

Grafika w The Critter Chronicles nie odstaje poziomem od tego, co mogliśmy zobaczyć w TBoUT, czyli jest bardzo ładna. Nawet pomimo dość jednostajnego krajobrazu w krainie śniegu, możemy dopatrzeć się sporej ilości detali. Za wspomniany już rozdział czwarty należy się projektantom nagroda za kreatywność. Miło też, że lokacje ładują się wyraźnie szybciej niż w podstawce, co ucieszy przede wszystkim właścicieli starszych komputerów. Animacja postaci również stoi na wysokim poziomie. Cieszy szczególnie dobra synchronizacja ust z wypowiedziami postaci, bo jest to element często ignorowany przez twórców. A jeśli już o wypowiedziach mowa, to należy pochwalić także świetny dubbing. Aktorzy znani z The Book of Unwritten Tales powrócili do swoich ról, a nowe głosy sprawdziły się całkiem dobrze. Do muzyki też nie bardzo jest się o co przyczepić, zwłaszcza że sporą część utworów słyszeliśmy już przy okazji podstawki i zdążyliśmy je polubić.

W The Critter Chronicles można teoretycznie zagrać bez znajomości The Book of Unwritten Tales, ale zdecydowanie nie polecam tej opcji. Mimo że mamy do czynienia z prequelem, dopiero znajomość pierwowzoru pozwoli docenić różne smaczki i w pełni cieszyć się przygodą. Tak czy siak, jest to gra lekka, relatywnie łatwa i całkiem przyjemna. Zdecydowanie warto poświęcić jej kilka godzin z życiorysu, by dowiedzieć się nieco więcej o przeszłości znanych i lubianych bohaterów. Choć wciąż marzy mi się pełnoprawny sequel...

* w teatrze oznacza czwartą nieistniejącą ścianę, która ma na celu sprawienie wrażenia odizolowania aktorów od widowni, aby ci mogli odgrywać swoje role bez uczucia bycia obserwowanym. Zburzenie czwartej ściany oznacza więc zniesienie tej graniczy poprzez bezpośredni zwrot do publiczności.

7 PLUSY:
Humor! (Pingwiny) + Można dowiedzieć się więcej o przeszłości bohaterów + Wciąż bardzo ładna grafika i świetny dubbing
MINUSY:
Mało lokacji do zwiedzania - Niewielu bohaterów pobocznych do zagadania - Niektóre zagadki bywają dość absurdalne i niedostatecznie wytłumaczone

Autorka: Toddziak

   

Komentarze


Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?