Testament Sherlocka Holmesa - recenzja

Dodane przez Madzius888 dnia 30.09.2012 13:54

Wrzesień to dobry czas na wydanie gry, zwłaszcza takiej, którą twórcy dopieszczają przez kilka lat. W czasie wakacji ze świeżymi pourlopowymi umysłami do studia wracają kolejni artyści, dokonują ostatnich poprawek i w końcu zamykają projekt przekazując dzieło dystrybutorom. Po kilku wcześniejszych zapowiedziach, to właśnie na 20 września ostatecznie zaplanowano światową premierę Testamentu Sherlocka Holmesa… i oto jest.

Intro wprowadzające przedstawia trójkę dzieci czytających odnalezioną na strychu książkę napisaną przez doktora Watsona, której to treść stanowi fabułę gry. Najnowsza odsłona serii zaczyna się wątkiem kryminalno-politycznym. Bogaty i wpływowy markiz zostaje okradziony, policja nie radzi sobie ze śledztwem, dlatego wzywa się najsprytniejszego mieszkańca Londynu i jego dzielnego kompana, by pomogli w odnalezieniu naszyjnika i tym samym zapobiegli rozpadowi związku małżeńskiego arystokratycznej pary. Po dokładnym przeszukaniu lokacji, w czym pomaga nam początkowy samouczek, razem z wielkim detektywem rozwiązujemy sprawę i w chwale wracamy na Baker Street w oczekiwaniu na kolejne wydanie Globe Explorera opiewające niewątpliwy sukces.

Przede wszystkim należy być punktualnym

Kiedy jednak pani Hudson niepostrzeżenie podrzuca gazetę, okazuje się, że nie dość, iż naszyjnik okazał się podróbką, to dziennikarz pozwala sobie oskarżyć o tą, jak i inne zbrodnie dokonane w przeszłości samego Sherlocka Holmesa, powołując się na wiarygodne źródło. O kogo lub o co chodzi? Tego autor nie wyjawia, zachęcając czytelników do kupowania kolejnych wydań magazynu. Nic to jednak dla punktualnego detektywa, który momentalnie zapomina o nieprzyjemnych insynuacjach i udaje się do diecezji Knightsbridge na umówione spotkanie, by znaleźć… martwe i paskudnie okaleczone ciało Biskupa. Z sobie tylko znanych przyczyn Sherlock naciska na przeprowadzenie natychmiastowego przeszukania i rozwiązania sprawy oraz szybkie opuszczenie budynku, czym ściąga na siebie jeszcze większą uwagę publiczną. Co tu się tak naprawdę dzieje, czego nie dostrzegamy?

Tutaj właśnie zaczyna się prawdziwe śledztwo wymagające sokolego wzroku, aby dostrzec ważne poszlaki oraz niezbędnej umiejętności dedukcji. Na pewno się nie zawiedziecie! Fabuła stanowi bardzo mocną stronę recenzowanego tytułu. Mimo że jest to dalej jak najbardziej logiczny Holmes, to na pewno nie jedno was zaskoczy.

Bravo, (the new) Holmes!

Testament Sherlocka Holmesa to gra bardzo ładnie zrobiona. W czasie śledztwa odwiedzimy kilkanaście całkiem sporych lokacji: np. dobrze nam znaną ubogą dzielnicę Whitechapel, nabrzeże (w innej części niż to z Przebudzenia) czy więzienie Westgate. Największe wrażenie zrobił na mnie Lunapark pod Londynem. Nocnej przechadzce po niezwykle rozbudowanej dawno opuszczonej lokacji towarzyszy niesamowita ciężka atmosfera. Widać wiele włożonej w nią pracy, super! Podobnie rzecz się ma z filmikami. Jest ich wyjątkowo dużo w najnowszej odsłonie przygód Sherlocka i naprawdę jest co podziwiać. Pamiętam sytuację, z którą spotkałam się dwa lata temu recenzując Runaway 3 - 7GB instalowało się na komputerze ponad dwadzieścia minut, a i tak ładowanie wcale nie było takie krótkie. W przypadku Testamentu wymagana przestrzeń na dysku to aż… 14GB. Warto jednak pocierpieć i przeczekać półgodzinną (o ile nie dłuższą) instalację, bo gra ma świetną optymalizację i jak już się zainstaluje, to chodzi płynnie nawet na nienajnowszym sprzęcie.

Również ścieżka dźwiękowa jest świetnie dopasowana do okoliczności. Spokojne dźwięki towarzyszą prawie przez cały czas, by czasem przybrać na sile i częstotliwości powodując natężenie emocji przed tym, co ma się zaraz stać. Bardzo profesjonalnie poradzili też sobie aktorzy czytający role postaci. Tym razem Rick Simmonds nie brał udziału w nagraniach. Nowy lektor (ciągle czekam na odpowiedź, kto nim jest) ma głos różniący się barwą od kolegi, ale poradził sobie z zadaniem świetnie. W rzeczywistości różnica między dwoma Sherlockami jest dostrzegalna, ale niewielka.

Ukłon w stronę graczy

Twórcy sięgnęli zapewne do recenzji swoich poprzednich tytułów, w których zwracano uwagę na to, że Watson zawsze wpada pod nogi w najmniej odpowiednim momencie, jak np. podczas przechodzenia przez drzwi. W jakiś sposób udało się rozwiązać ten problem i tym razem nasz drogi Doktor zawsze trzyma się kilka kroków z tyłu, tak, że jest dostępny, ale nie przeszkadza.

Całkiem fajnym pomysłem jest też przyznawanie "medali" za osiągnięcia w grze. Otrzymujemy je już za to, że posuwamy fabułę do przodu, a w rozległych lokacjach można też znaleźć parę smaczków niekoniecznie związanych ze sprawą. Taka mała nagroda za spostrzegawczość, to zawsze miły gest.

Natomiast za kompletne nieporozumienie uważam możliwość pominięcia zagadek. Taki zabieg w przypadku tytułów spod znaku casualowych nie jest niczym dziwnym, bo zabawa ma być maksymalnie łatwa. Tymczasem by zasłużyć na tytuł dziedzica Sherlocka, powinno się od gracza wymagać czegoś więcej. Dostępnym ułatwieniem jest też możliwość skorzystania z "szóstego zmysłu Sherlocka", czyli systemu podświetlania hotspotów.

Dedukuj!

Zagadki tym razem przyniosły mi spore rozczarowanie. Są różnorodne, jednak w większości ich rozwiązanie było banalne dla tych, którzy mieli już przyjemność zmierzenia się z paroma tytułami. Nie stanowi większego problemu otworzenie sejfu, do którego szyfr znajduje się praktycznie wyskrobany na jego obudowie! Pojawia się jednak parę ciekawych wyjątków, a do tych na pewno należą tablice dedukcyjne. Podobnie jak w poprzedniej części, aby ruszyć z fabułą musimy przeanalizować dostępne wskazówki i na ich podstawie wyciągnąć właściwe wnioski – wybierając jedną opcję z listy. Tym razem zamiast tablic, informacje ze śledztwa zapisuje Watson w podręcznym notesie, dlatego taką analizę przygotować można łatwo na miejscu zbrodni. Czasami tezy różnią się od siebie zaledwie jednym ważnym słowem, więc takie zadanie stanowi pewne wyzwanie. Charakterystyczną cechą tytułów o słynnym detektywie jest dominacja różnorodnych mechanizmów, gdy zagadki przedmiotowe to wyraźna mniejszość. Nie inaczej jest i tym razem, czasem tylko przyjdzie nam coś wyważyć, unieść lub pobrać próbkę do analizy. Pojawiła się też zręcznościówka i jedno zadanie na czas, co prawda oba są raczej łatwe, ale można było obejść się bez takich elementów, które są solą w przygodówkowym oku.

Trzy po trzy

Testament Sherlocka Holmesa wydano na trzy platformy: Xbox 360, Playstation 3 oraz na komputery osobiste. W związku z tym dla ułatwienia eksploracji przy użyciu różnych narzędzi, gra oferuje aż trzy widoki. Po pierwsze możemy oglądać akcję standardowo, oczami sterowanego bohatera. Od czwartej części przygód Sherlocka (Przebudzenie w wersji Remastered) drugą opcję stanowi klasyczny point’n’click umożliwiający zbadanie lokacji z najszerszej perspektywy. Ostatnia opcja jest kombinacją dwóch poprzednich: widok jest trzecioosobowy zza pleców, natomiast postacią sterujemy przy pomocy klawiatury, tak jak to się dzieje w grach RPG. Za pomocą przycisku myszy lub klawisza "enter" wchodzimy w tryb analizy wybranego obszaru i teraz klawisze WSAD służą do wyboru znajdujących się przed nami ikon: lup i rąk. W poprzednich częściach używałam głównie trybu point’n’click, a pierwszoosobowego tylko w miejscach zatłoczonych, by nie wpadać na przechodniów. W Testamencie służył mi najczęściej ten najnowszy, doskonale łącząc zalety dwóch poprzednich. Choć może opis brzmi skomplikowanie, to tak naprawdę wybrana metoda jest bardzo prosta, a na samym początku pojawia się samouczek pozwalający na zgłębienie tajników obsługi gry.

The New Adventures of Sherlock Holmes: The Testament of Sherlock

Tym razem znacznie więcej do zrobienia przypadnie doktorowi Watsonowi. Zazwyczaj Holmes pytał przyjaciela o radę w sprawach natury medycznej oraz korzystał z jego pomocy w ramach "podaj, przynieś i pozamiataj". Tutaj nasz drogi John stanowi już bardzo ważnego partnera w śledztwie, dwaj bohaterowie będą ze sobą współpracować, a momentami to właśnie Doktorowi przypadnie główne zadanie. W kilku przygodówkach, a także w grach innego gatunku postacie mają swoje indywidualne talenty niedostępne innym i dzięki temu są w grze niezastąpione. Tym razem pojawi się oprócz wielu interesujących NPC, jeszcze jedna ciekawa postać grywalna o szczególnej umiejętności, mały uroczy kompan z mokrym noskiem czułym na zapachy.

O tłumaczeniu można powiedzieć tylko dobre słowa. Mimo, że za lokalizację tej części przygód Sherlocka odpowiadało inne wydawnictwo (Ubisoft), to i tym razem wykonano kawał dobrej roboty, przy której zaliczono zaledwie kilka wpadek wynikających z niedostatecznej znajomości kontekstu. Do moich ulubionych tłumaczeń należy "łapa do gwoździ". Co to, zapytasz? Chodzi po prostu o "crowbar", czyli łom.

Frogwares w szczytowej formie

Trzeba przyznać, że marketing Testamentu przeprowadzono bardzo sprawnie. Regularnie przypominano nam o grze, raz po raz publikując kolejne zdjęcia i filmiki, czym zaostrzano apetyt na przygodę. Z przyjemnością mogę stwierdzić, że najnowsza, szósta już część Sherlocka Holmesa nie zawiodła moich wysokich oczekiwań. Oprawa wizualna jest po prostu przecudowna, nie wątpię, że niesamowite lokacje będą ozdobą portfolio zdolnych grafików. Peany można także pisać na cześć fabuły. Scenarzyści utkali wielowątkową i fascynującą historię obfitującą w momenty wywołujące różne sprzeczne emocje. Jedyne, czego brakowało mi do pełni szczęścia, to bardziej wymagające zagadki. Jeżeli zastanawiacie się, czy gra warta jest swojej ceny premierowej, to moja odpowiedź jest prosta: tak, tak i jeszcze raz tak!

9 PLUSY:
długa i niezwykle emocjonująca przygoda + piękne i rozbudowane lokacje + klimatyczna muzyka + tablice dedukcyjne + aż trzy możliwości wyboru odpowiadającego nam widoku
MINUSY:
ogólny poziom trudności jest raczej średni - długa instalacja i waga plików

Autorka: Madzius888

   

Komentarze


1004 #1 twig
dnia 30.09.2012 21:18
Łom to metalowy drąg zaostrzony z jednej strony i spłaszczony z drugiej. To co zazwyczaj pojawia się w grach przygodowych (i co pewnie większość z nas wyobraża sobie na hasło "łom" - czyli wygięty kulas) to właśnie łapa do wyciągania gwoździ.
660 #2 Madzius888
dnia 30.09.2012 23:09
O proszę, moja wina, to tu jednak trzeba być fachowcem, ja gwoździe wyciągam młotkiem, nie znam urządzenia :) Patrzę na zebrane ilustracje i mamy taką łapę. A czy ta łapa ma jakąś profesjonalną nazwę, tak z ciekawości?

Fakt pozostaje faktem, że podnosząc przedmiot Watson mówi o łomie, a w ekwipunku pojawia się łapa. Mam odpowiednie screeny, mogę udokumentować Grin
24 #3 mendosa
dnia 14.10.2012 20:53
Część młotków stolarskich posiada rozstrzępiony "dziób", pozwalający na wyciąganie gwoździ.

Zamiennie używa się określenia "łom", "brecha", "łapa" (i paru innych, znacznie mniej "cenzuralnych"Wink2. Modelowy łom jest prosty, bez wygięć.
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?