The Dark Eye: Chains of Satinav - recenzja

Dodane przez Toddziak dnia 03.07.2012 20:47

Jeśli zdarzyłoby się Wam kiedyś być za naszą zachodnią granicą i zdybać tam jakiegoś fana gier RPG, papierowych czy też komputerowych, zapytajcie go o serię The Dark Eye (albo też raczej po autochtońsku: Das Schwarze Auge). Istnieje duża szansa, że zostaniecie zalani całym potokiem peanów ku czci tego systemu, gdyż jest on w Niemczech niezwykle popularny, a kilka wydanych na peceta cRPG-ów tylko do tego rozgłosu się przyczynia. Teraz The Dark Eye ma szansę podbić serca także miłośników przygodówek, a to za sprawą The Dark Eye: Chains of Satinav, za którą odpowiedzialne jest znane i lubiane studio Daedalic Entertainment. Czy gra warta jest świeczki? Nie do końca, ale ogarek dostaniemy na pewno. I to sporawy.

Głównym bohaterem Chains of Satinav jest młody łowca ptaków imieniem Geron. Chłopak generalnie nie ma w życiu lekko. Mroczny jasnowidz, tuż przed spłonięciem na stosie, okrzyknął go człowiekiem przynoszącym nieszczęście, dlatego całe miasto traktuje Gerona jak pariasa. Jakby tego było mało, potrafi on za pomocą magii niszczyć przedmioty, co też fanów mu nie przysparza. Bohater ma jednak wreszcie szansę się wykazać, jako że wygrywa konkurs ogłoszony przez króla, a podczas audiencji sam monarcha zleca mu zadanie pozbycia się z zamku kruków, które stały się prawdziwą plagą w całym Andergaście. Wydawałoby się, że takie zadanie to dla łowcy ptaków betka, ale w przygodówkach nic nie jest proste. Geron zostaje wplątany w paskudną intrygę wiążącą się ze spalonym jasnowidzem, gdzie stawką jest los całego świata. Na szczęście (bądź nie) nie jest sam. Towarzyszyć mu będzie naiwna i nieco głupawa wróżka Nuri, którą trzeba chronić za wszelką cenę, oraz gadający kruk, Kruk.

Chains of Satinav zaczyna się jak dość sztampowa i nieco dziecinna historyjka w świecie fantasy. Niech to was jednak nie zmyli. Dość szybko do opowieści wkradają się ponure tony. Morderstwa, zdrady i wszechobecny rozkład, zwłaszcza w późniejszych etapach gry, mogą działać przygnębiająco. Czy więc dostaliśmy dzieło na miarę co najmniej Gry o Tron? Nie, zdecydowanie to nie ta liga. Początek jest dość nudnawy i męczący, głównym bohaterom przydałoby się nieco głębi, antagonista to szwarccharakter płaski jak naleśnik, a gra momentami robi się nieznośnie przegadana, co gorsza w chaotyczny sposób (piję tu głównie do spotkania z pewnym naukowcem). Mimo tych wad, które nie są w końcu grzechami kardynalnymi, przez pięć długich rozdziałów śledziłam fabułę z zainteresowaniem. No bo czemu nie? Podziwiamy przecież rozwój relacji między Geronem a Nuri, odwiedzamy różne ciekawe lokacje, napotykamy mnóstwo bohaterów niezależnych i choć zwykle nie powalają oni zapleczem charakterologicznym, to zdarzają się miłe wyjątki. Kupiec Harm to wykapany Juan Borgia z Rodziny Borgiów! Samo zakończenie całej opowieści mogłoby być za to bardziej rozbudowane, ale nie warto czepiać się nadmiernie. Zdarzają się w końcu dużo gorsze konkluzje *znaczące spojrzenie w kierunku wiadomej gry*.

Jak przystało na point'n'clicka, Chains of Satinav, charakteryzuje się bardzo prostą obsługą, którą i tak na wszelki wypadek wyjaśnia tutorial na początku. Lewy klik myszy pozwala nam wejść w interakcję ze światem, a dzięki prawemu możemy przyjrzeć się czemuś bliżej, co zwykle pomaga odkryć różne sekrety. Spacja podświetla wszystkie miejsca interakcji na planszy, dzięki czemu nie przegapimy niczego ważnego. Na dole ekranu znajduje się pasek ekwipunku, gdzie mieszczą się zebrane podczas rozgrywki graty. Aby wykorzystać daną rzecz, wystarczy na nią kliknąć i dzięki temu „przykleić do kursora”, a potem użyć w pożądanym miejscu. Na tym możliwości inwentarza się nie kończą. Geron, jak już wiemy, dysponuje talentem magicznym pozwalającym niszczyć drobne przedmioty. Nuri za to posiada moc przeciwną – może naprawiać zniszczone narzędzia. Oba czary przydadzą się nam nie raz, ale na szczęście nie mamy wrażenia przesytu magią.

Zagadki w przeważającej większości to tradycyjne inwentarzówki oparte o schemat: znajdź, zabierz, użyj w dobrym miejscu, sukces! Poziom ich trudności nie jest specjalnie wysoki, zważywszy chociażby na fakt, że naraz mamy dostęp do jedynie kilku lokacji, więc zbadanie ich wzdłuż i wszerz nie sprawi wiele kłopotu. Czasem jednak trzeba się nastawić na wyższy poziom abstrakcji, gdy w grę wchodzą prawa magii. Na przykład, po co rozpalić ognisko, aby oświetlić pomieszczenie, skoro można użyć w tym celu fluorescencyjnego motyla? To tylko taki mało wyrafinowany przykład, jeśli chcecie prawdziwych hardcorowych wyzwań, poczekajcie do czwartego rozdziału. Łamanie głowy gwarantowane.

Na palcach jednej ręki można policzyć zagadki logiczne, które wymagają rozpracowania kodów albo wciskania płytek w odpowiedniej kolejności. Jak dla mnie to zaleta, gdyż nadmiar tego typu zadań ma tendencję do zbytniego spowalniania rozgrywki, a przez to nudzenia gracza. Perspektywa zależy tutaj jednak od osobistych preferencji. Zapatrywania nie mają jednak nic do rzeczy w przypadku rozmów, których w Chains of Satinav stoczymy całe mnóstwo. Zdarza się, że brzmią one nieco sztucznie, ale można to zrzucić na karb konwencji fantasy, gdzie odrobina patosu jeszcze nikogo nie zabiła.

W tym miejscu możemy gładko przejść do największych wad gry. Po pierwsze, dubbing. Jest on bardzo nierówny, niestety z przewagą słabego. Wiele bohaterów deklamuje swoje kwestie monotonnym głosem, nawet nie próbując nadać wypowiedzi choć cienia emocji. W sumie najbardziej przypadła mi do gustu aktorka od Nuri, która chociaż miała w sobie trochę życia. Drugą poważną zawadą jest okropna animacja postaci. Skokowa, brzydka i sztywna, co chyba najbardziej widać w przypadku rozmów, gdy widzimy postać naszego rozmówcy na zbliżeniu. Podczas dialogów postać stoi jak spetryfikowana, a animowana jest tylko jej twarz, co wygląda okropnie nienaturalnie. Oczywiście synchronizacja ust z wypowiedziami praktycznie nie istnieje. Animacja to zdecydowanie najsłabszy element Chains of Satinav, który strasznie psuje ogólne wrażenie.

Boli to tym bardziej, iż grafika sama w sobie jest naprawdę imponująca. Tła są po prostu wspaniałe i większość spokojnie nadawałaby się jako tapeta na pulpit. Ilość detali, głębia barw i sama estetyka oraz różnorodność świata potrafią przyprawić o zawrót głowy. Przy wejściu do każdej nowej lokacji warto poświęcić chwilę na podziwianie pracy grafików. Okazjonalne czarno-białe, a raczej czarno-sepiowe cut-scenki są również bardzo klimatyczne i ogląda się je z przyjemnością. No i nie rażą marną animacją, co też się chwali. Nie dało się tak w samej grze, drodzy twórcy? Muzyka przygrywająca naszym przygodom jest ładna i nadaje odpowiednią oprawę całej historii. Przydałoby się jednak kilka ścieżek więcej, żeby w głośniki nie wkradała się monotonia.

Jak więc ogółem wypada Chains of Satinav? Dobrze, choć do czołówki jej daleko. Fabuła jest interesująca, zagadki ciekawe, a tła bajkowe, lecz nie przysłaniają one mniejszych lub większych wad tej przygodówki. Jeżeli oczekujecie po prostu dobrej gry, przy której miło spędzicie minimum dwanaście godzin, to warto się Chains of Satinav zainteresować. Tym bardziej, że w grze znajdują się achievementy, których nie odblokujemy wszystkich przy pierwszym przejściu, dlatego stanowią zachętę do ponownego odbycia wędrówki z Geronem i Nuri. Najlepiej jednak wstrzymać się z zakupem na jakąś Steamową wyprzedaż, gdyż gra kosztuje teraz prawie czterdzieści euro. Zdecydowanie nie jest warta aż tyle, ale za połowę ceny? Bierzcie w ciemno.

7 PLUSY:
Fabuła spełnia swoje zadanie + Wspaniałe tła + Udane i ciekawe zagadki + Zabawa na długie godziny i więcej niż jeden raz
MINUSY:
Paskudna animacja - Nierówny dubbing - Zdecydowanie za droga

autorka: Toddziak

   

Komentarze


165 #1 Kami
dnia 06.07.2012 23:58
Recenzja bardzo lekka, szybko się czyta. Smile2

Ale szczerze mówiąc, mówienie o ręcznie malowanych tłach, że nadają się na tapetę to trochę obraźliwe. Shock To tak samo jakby powiedzieć scenarzyście czy projektantowi, że gra nadaje się do obiadu.
1431 #2 Toddziak
dnia 07.07.2012 10:15
Chodziło mi bardziej o to, że tła są na tyle ładne, że ma się na nie ochotę patrzeć również poza grą i stąd chęć wrzucenia ich sobie na tapetę :) Dlatego niech żaden artysta nie czuje się urażony Wink2
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?