Resonance - recenzja

Dodane przez Toddziak dnia 23.06.2012 12:23

Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia włączacie telewizor, a tam zamiast żenującej polityki, nudnych tasiemców i jeszcze nudniejszych meczy możecie zobaczyć iście dantejskie sceny. Największe miasta świata w ogniu, Biały Dom jako ruina, budynek parlamentu brytyjskiego w zgliszczach, na ulicach chaos i panika. Co się stało? Terroryści? Inwazja obcych? Trzecia wojna światowa? Nikt tego naprawdę nie wie. Pozostają tylko przerażające domysły oraz czysty, pierwotny strach. Witamy w Resonance, na pewno będziecie się tu świetnie bawić!

Apokalipsa opisana powyżej to intro do gry, chociaż właściwa fabuła rozpoczyna się sześćdziesiąt godzin przed zaprezentowanymi wydarzeniami. Ed, młody naukowiec, zostaje wyrwany ze snu przez telefon od szefa, Javiera Moralesa, który nie potrafi ukryć zdenerwowania i wyraźnie boi się o swoje badania. Ed postanawia bezzwłocznie udać się do laboratorium, co jednak nie przeszkadza mu poflirtować w metrze z Anną, lekarką o mrocznej przeszłości. Pośpiech nie zdaje się na nic – laboratorium zostaje zniszczone w tajemniczym wybuchu, a na miejscu pojawia się detektyw Bennet, czyli stary policyjny wyga z wyraźną nadwagą. Razem z Edem udaje im się w końcu odnaleźć ciężko rannego profesora, który na łożu śmierci podaje Annie, swojej bratanicy, wskazówki jak odnaleźć ukryty przez niego wynalazek o nazwie Resonance. Właściwie nie tyle wynalazek, co odkrycie naukowe, które może popchnąć ludzkość na nowe tory rozwoju albo kompletnie ją zniszczyć. Do grupy mimowolnych bohaterów – Eda, Anny i Benneta – dołącza jeszcze Ray, wątpliwy moralnie dziennikarz śledczy. Razem muszą oni odnaleźć badania profesora i to szybko. Taka potęga przyciąga w końcu różnych nieprzyjemnych i gotowych na wszystko ludzi...

Tak zarysowuje się historia w swoich początkach. Później wątki zaczynają się mnożyć, dowiadujemy się więcej o samych bohaterach oraz ich przeszłości (zwłaszcza Anny, której dzieciństwa nie ma co zazdrościć) i możemy próbować dociekać kto jest dobry, a kto zły. Chociaż taki prosty podział nie ma zastosowania w tym świecie, co dobitnie ukazuje jeden ze zwrotów akcji, w które gra swoją drogą obfituje. Jak daleko można się posunąć, by zrobić to, co w naszym mniemaniu słuszne? Ile przelanej krwi można wrzucić w koszty ratowania świata? Resonance stawia pytania, lecz nie podaje odpowiedzi na srebrnej tacy. Mimo, że posiada dwa zakończenia, oba są raczej gorzkie i dołujące, więc nie liczcie na happy end w stylu „i żyli długo i szczęśliwie”. To zdecydowanie nie ta bajka. Za to jeśli poszukujecie wciągającej i niegłupiej opowieści, która przykuje Was do monitora na jakieś dziesięć godzin wypełnionych akcją po brzegi, trafiliście pod dobry adres.

Ten dobry adres zamieszkuje nie tylko udana fabuła, co zawsze jest mile widziane, ale również gameplay, którego przecież zaniedbać w grze komputowej nie można. Resonance to gra typu point'n'click i z jej obsługą poradziłaby sobie nawet średnio rozgarnięta małpa po lobotomii. Lewy przycisk myszy odpowiada za przemieszczanie bohatera oraz interakcję ze światem, a prawy zmusza do przyjrzenia się czemuś bliżej. Aby użyć zgromadzone przedmioty, należy po prostu przeciągnąć je z ekwipunku w odpowiednie miejsce. Nihil novi, aż ciśnie się na usta. Błąd! Jedną z rzeczy, które wyróżniają Resonance z tłumu innych przygodówek, jest system pamięci krótko i długoterminowej. Są to dwa osobne menusy, które spełniają jednak podobne funkcje. W pamięci długoterminowej zapisują się automatycznie wszystkie ważniejsze wydarzenia w grze oraz rzeczy, które odkryliśmy bądź dopiero musimy to zrobić. Pamięć ta pełni więc jednocześnie funkcję dziennika przypominającego nam fabułę. Pamięć krótkotrwała natomiast w całości należy do nas i to my decydujemy, co się w niej znajdzie. Zapełniamy ją poprzez przeciąganie do niej różnorakich miejsc interakcji, jak na przykład rozbite okno albo napis na ścianie. Po co to robić? Otóż podczas dialogów z bohaterami niezależnymi na ekranie wyświetla się „pudełko”, do którego możemy „wrzucać” przedmioty z ekwipunku oraz oba rodzaje wspomnień, aby porozmawiać na dany temat z naszym rozmówcą. Często to jedyny sposób, aby popchnąć fabułę do przodu. Używanie pamięci krótkoterminowej z początku wydaje się nieco nieintuicyjne, ale szybko przystosowujemy się do nowej funkcjonalności, dzięki czemu jednocześnie zwracamy większą uwagę na to, co nas otacza. Nigdy nie możemy być pewni czy nie patrzymy czasem na jakąś wskazówkę. Kto pyta, nie błądzi, więc zalewajmy postacie pytaniami aż do znudzenia. Nawet jeśli nie dowiemy się niczego nowego, to będziemy mogli chociaż posłuchać niezłych, czasem przyprawionych szczyptą humoru, dialogów, które zwykle są różne dla każdej z naszych czterech postaci.

Resonance pozwala nam sterować czterema postaciami i swobodnie się między nimi przełączać. Każdy z bohaterów ma osobny ekwipunek, a także różne umiejętności (Ray potrafi hakować) oraz dojścia (Anna może swobodnie poruszać się po szpitalu) dlatego odpowiednie ich wykorzystanie oraz współpraca to klucz do sukcesu. Co ciekawe, zarządzając tą całą wesołą gromadką, nie miałam wrażenia zagubienia, jak z początku się obawiałam. Bywa w grach, że nawet mając do dyspozycji tylko dwie postacie można się pogubić, ale tutaj system działał bardzo dobrze. Do tego zawsze można zagadać do kogoś, prosząc o pomoc, co daje nam jakieś wskazówki a propos dalszej gry. Jeśli miałabym już się usilnie czepiać, to brakowało mi opcji automatycznego zebrania wszystkich w jednym miejscu. Kiedy bohaterowie rozlezą się po mieście, wypełniając różne zadania, sprowadzenie ich w wybrane miejsce bywa nieco żmudne. Druga rzecz, która mi się nie podobała, to przekombinowanie w niektórych momentach. Mówię tutaj konkretnie o „zagadce z magnesami”, której rozwiązanie wymagało nieustannego żonglowania bohaterami i przełączania dźwigni po milion razy. Trwało to okropnie długo i zamiast satysfakcji wywoływało spazmatyczne ziewanie. Co za dużo, to nie zdrowo, drodzy twórcy.

A jeśli już weszliśmy na grząski grunt zagadek, to wiedzcie, że Resonance nie jest grą dla nieopierzonych przygodówkowych leszczy. Wiele łamigłówek potrafi zdrowo napsuć nam krwi. Czasem jest to przez żmudność zadania, jak w wyżej wymienionym przypadku lub przy labiryncie (zagrajcie, a zobaczycie), a czasem po prostu przez jego trudność. Nawet niektóre inwentarzówki potrafią stanowić wyzwanie. Nie można również zapominać o licznych bardziej logicznych rozkminach, które mogą doprowadzić szare komórki do wrzenia. Gra zawiera również kilka czasówek. Uwaga, można w nich zginąć, jeśli nie jesteśmy odpowiednio szybcy. Zamiast jednak znienawidzonego „game over”, gra po prostu przewinie się do bezpiecznego momentu i będziemy mogli spróbować jeszcze raz. Na plus można policzyć również to, że gra nie jest liniowa, a niektóre rzeczy możemy w ogóle pominąć. Jedną z nich jest upiorne włamywanie do drzwi, które spokojnie może pożreć dwie godziny waszego życia. Ale po co się wysilać skoro rzeczone drzwi można obejść dookoła? Już słyszę uszami wyobraźni jak twórcy podśpiewują sobie „Trololo”... Pasjonaci mogą się jednak pomęczyć, bo za każdą wykonaną w grze rzecz dostajemy punkty, podobnie jak to miało miejsce chociażby w Gabrielu Knightcie. Wszystkich jest do zgromadzenia 340, a oprócz tego w grze są również achievementy. Zgromadzenie wszystkich przy pierwszym podejściu jest niemożliwe, dlatego dobrze mieć tego typu pretekst, by zagrać jeszcze raz.

Grafika jaka jest, każdy widzi. Resonance został wystylizowany na przygodówkę z wczesnych lat dziewięćdziesiątych i albo to komuś przypadnie do gustu, albo nie. Szczerze mówiąc, tego typu oprawa graficzna bardziej przemówiła do mnie w Gemini Rue, co jednak wcale nie znaczy, że Resonance jest grą brzydką. Warto docenić chociażby małe detale włożone do tła typu grafitti. Postaciom ani ich animacji też nie można nic zarzucić.

Muzyka w grze jest i właściwie tyle mogę o niej powiedzieć. Podczas akcji podkreśla atmosferę i buduje klimat, tyle jej przyznam, ale żaden z utworów nie zapadł mi w pamięć. Pięć sekund po wyłączeniu gry soundtrack kompletnie wyparował z mojego mózgowego dysku twardego. No cóż. Dialogi są w pełni udźwiękowione, pomijając jedynie momenty, w których bohater mówi do siebie w myślach. Ma to sens, a przy okazji pozwala zaoszczędzić pieniądze na lektorach. Producent jednak nie szczypał się aż tak mocno, gdyż do jednej z ról zatrudnili Logana Cunninghama, czyli gwiazdę Bastionu. Ogólnie nie ma do czego się tutaj przyczepić. Jest dobrze.

Resonance to naprawdę bardzo dobra przygodówka. Fabuła wsysa po uszy, zagadki zmuszają do kombinowania, a ciekawe rozwiązania pokroju dwóch typów pamięci oraz jednoczesnego sterowania czterema postaciami dodają grze smaczku. To zdecydowanie dobry zakup, jeśli w te piękne wakacyjne wieczory macie ochotę na trochę mroku i moralnej ambiwalencji. Polecam!

8 PLUSY:
wciągająca i niejednoznaczna fabuła + sterowanie czterema bohaterami nie kończy się chaosem nie do ogarnięcia + system pamięci krótko- i długotrwałej + wymagające, ale dobrze pomyślane zagadki + dwa zakończenia
MINUSY:
okazjonalnie lekkie przekombinowanie zagadek - momentami nużące zarządzanie całą czwórką bohaterów

autorka: Toddziak

   

Komentarze


Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?