AZ Music (AZ64)

Dodane przez Adventure-Zone dnia 07.04.2006 20:49

Pink Floyd – The Piper At The Gates Of Dawn (1967) (Black Predator) Skład: Syd Barrett – gitara, wokal Nick Mason – perkusja Roger Waters – bas, wokal Rick Wright – klawisze, wokal (różne dziwne odgłosy pochodzą z biblioteki dźwiękowej Abbey Road) Playlista: Astronomy Domine (Barrett) - 4:12 Lucifer Sam (Barrett) - 3:07 Matilda Mother (Barrett) - 3:08 Flaming (Barrett) - 2:46 Pow R. Toc H. (Barrett/Waters/Wright/Mason) - 4:26 Take Up Thy Stethoscope And Walk (Waters) - 3:05 Interstellar Overdrive (Barrett/Waters/Wright/Mason) - 9:41 The Gnome (Barrett) - 2:13 Chapter 24 (Barrett) - 3:42 The Scarecrow (Barrett) - 2:11 Bike (Barrett) – 3:21 Zespołu Pink Floyd chyba przedstawiać nie trzeba. Wszyscy kojarzą go z takimi płytami, jak legendarne “The Wall”, czy nie mniej ważną dla rocka “Dark Side Of The Moon”. Przeciętnemu słuchaczowi muzyka Pink Floyd kojarzy się głównie z rozbudowanymi, zamyślonymi, smutnymi kompozycjami, takimi jak “High Hopes”, czy bardziej hitowymi, rockowymi “Money” czy “Another Brick In The Wall Part 2”. Dlatego ta płyta może nieco zdziwić. Nagrany w 1967 roku debiut zaskakuje niejaką naiwnością i bardziej lekkim materiałem. Kolega Mendosa (którego zresztą pozdrawiam :) ) określił, że Pink Floyd “brzmi na tym albumie postbeatlesowsko, tylko, że ostrzej”. Zgadzam się z tą opinią. Ja bym tę płytę określił “psychodelicznymi Beatlesami”. Jednakże nie znaczy to, że jest to dzieło tylko dla fanów (kurczę, nie lubię tego słowa ) zespołu. Jest to album, z którym warto się zapoznać nie tylko ze względu na wartość historyczną, ale chociażby dlatego, że jest to jedyna płyta, na której występuje pierwszy gitarzysta, lider, wokalista i kompozytor zespołu – charyzmatyczny Syd Barrett. Ale przede wszystkim warto z tą płytą zapoznać się ze względu na jej, nie bójmy użyć się tego słowa, porywającą zawartość. “Syd Barrett to wielki talent, to wiadome” - tak określił pierwszego lidera zespołu Norman Smith, producent tego albumu. “Szalony Diament”, jak nazywali go znajomi, rzeczywiście był nietuzinkową osobowością – to właśnie dzięki niemu zespół zaczął wystawiać podczas swych koncertów pokazy świetlne. I to on stworzył większość materiału na tej płycie. “Był jak maszynka do pisania piosenek” - wspomina Nick Mason. Jednymi z pierwszych kompozycji Syda były singlowe Arnold Layne i See Emily Play, które jednak na dużej płytce się nie znalazły (kto chce posłuchać pierwszych przebojów Pink Floyd, musi się zaopatrzyć w składankę Relics). Cóż, przyjrzyjmy się zawartości krążka (warto dodać, że w Anglii bił on rekordy popularności). Już na pierwszy rzut oka da się zauważyć, że mamy tu jakby dwie grupy “piosenkowe”. Jedna grupa to lżejsze, radosne utwory, druga zaś, to rozbudowane, poważne, można nawet rzec epickie, kompozycje. Jednakże wszystkie te utwory łączy jeden czynnik – psychodelia. Pink Floyd wyrósł przecież na scenie undergroundowo – psychodelicznej, a i sama szalona osobowość Barretta miała wpływ na to, że znalazły się tu szalone improwizacje. Ale zacznijmy od początku. Album otwiera Astronomy Domine, pewnego rodzaju zapowiedź późniejszych dokonań grupy. Poważny, podniosły utwór, pędzący gdzieś tam, w przestrzeni kosmicznej, dał początek gatunkowi zwanemu “rockiem kosmicznym”, gdzie autor wyraża małość i bezradność człowieka wobec przestrzeni kosmicznej. Barrett śpiewa z charakterystycznymi dla siebie zaśpiewami i pewną histerią w głosie (wspomaga go reszta zespołu), Waters ładnie wygrywa riffa na basie, Wright jest od razu rozpoznawalny, ze względu na swe charakterystyczne brzmienie klawiszy, a Mason wystukuje naprawdę ciekawą perkusyjną partię. Jednakże na pierwszy plan wysuwa się tu gitara (Fender, tak swoją drogą – moja ulubiona marka) Syda. Te wspaniałe, improwizowane, solówki! Doskonałe technicznie, ale równocześnie trochę szalone, ostre..... Na uwagę zasługują też efekty dźwiękowe, wypożyczone z biblioteki muzycznej Abbey Road – radar, czy głos radiowego spikera..... Brzmi to naprawdę ciekawie i, jak na tamte czasy, bardzo oryginalnie. Warto odnotować, że Pink Floyd wykonywał Astronomy Domine aż do lat 90! Kolejny song to już bardziej “piosenkowa” rzecz – jedna z tych “lżejszych” kompozycji o których wspomniałem. Wspaniały Lucifer Sam (zrodzony chyba z narkotycznych wizji lidera grupy) – wg mnie jeden z najlepszych kawałków tego albumu. Fajny bas Watersa, ciekawee solo Barretta i Wrighta, ostrzejsza w refrenie gitara, szalony rytm wystukiwany przez Masona, bardziej posępna wokaliza....... Całość uzupełniają pomruki i “miauknięcia” tytułowego kota...... Super rzecz! Matilda Mother, ponura i smutna opowieść z gatunku “czarnego fantasy”, inspirowana literaturą angielską, to grana na akustykach “balladka” z niepokojącym klimatem i pełną bólu wokalizą. W tym utworze Wright ma swoje pięć minut – solówka na klawiszach przypominająca hinduskie czy arabskie “rytmy”. Niepokojące odgłosy jakichś potworów to wstęp do bardziej pogodnego Flaminga – skocznej i radosnej pioseneczki, która w ciekawy sposób kontrastuje ze intrem. Tym razem odwołanie do angielskich legend. Wokaliza przypomina nieco The Beatles – wiecie, śpiew wesoły i żywy. I kolejna ciekawa solówka Barretta i Wrighta. Ładne gitarki akustyczne i parę fajnych efektów dźwiękowych, oraz trochę dziwniejsza końcówka, z zegarami i dzwoneczkami. Po dawce lżejszych utworków znowu wracamy do improwizacji. Pow R. Toc H. Ma nie tylko dziwny tytuł – ogólnie, cała piosenka jest...... “dzika”. Szepty, jęki tajemniczych stworzeń, ciekawa partia perkusji i znowu, rozimprowizowane gitarowe solo. Jednakże najciekawszym momentem tego utworku jest chyba jazzujący fortepian – fajnie i ładnie brzmi. Na tej płycie pojawia się też pierwszy utwór, jaki napisał Roger Waters – późniejszy główny kompozytor grupy. Take Up Stethoscope And Walk to naprawdę.......... szalony, dziki utwór z niesamowitym, szybkim tempem i ciekawą, nieco śmieszną, “chórkową” wokalizą. Tekst traktuje o pacjencie....... szpitala psychiatrycznego :) Ale poziom obłędu sięga szczytu w części “solówkowej” - ta szybka, ostra, zwariowana gitara, te pędzące na złamanie karku klawisze........ A potem ostrzejsza gitara i bardziej psychodeliczna wokaliza..... Trzeba Watersowi przyznać, że jak na debiut, brzmi to całkiem nieźle. Dla odmiany wracamy do utworu sygnowanego nazwiskami wszystkich muzyków (poprzednim był Pow R. Toc H.) . Jednen z ciekawszych psychodelicznych utworów, jaki powstał w latach 60 – długi, pędzący gdzieś tam, w przestworzach Interstellar Overdrive, największy koncertowy hit grupy w tamtym okresie. Na płycie trwa on 10 minut, choć na koncertach rozrastał się nawet do pół godziny. Utwór jest oparty głównie na riffie wygrywanym przez Barretta, reszta to radosna improwizacja. Tutaj każdy z członków zespołu ma szansę “pokazać zęby”. Moim zdaniem jeden z ciekawszych utworów Pink Floyd – szkoda, że później zaprzestali wykonywania go na koncertach. Wracamy do kompozycji Barretta i świata legend i baśni Anglii. Tym razem jest to The Gnome – ale utwór powinien się raczej nazywać Hobbit, gdyż jest to rzecz traktująca o bohaterze Tolkienowskim, Bilbo Bagginsie (lub Bagoszu, jak chcą niektórzy tłumacze). Znowu radośniejsza warstwa muzyczna, Barrett śpiewa spokojnie, na luzie, a w tle pogrywają sobie gitarki akustyczne...... Chapter 24, z surreaistycznym tekstem, rozpoczyna się od uderzeń w talerze zestawu perkusyjnego Masona. Delikatna, spokojna wokaliza, w tle zaś słyszymy ładny, gitarowo – klawiszowy riff, kojarzący się nieco z folkiem angielskim. Chińskie “klekotki” i “orientalny” klawiszowy riff rozpoczyna Scarecrow'a. Melodyka przypomina Flaminga i Chapter 24 – a gitarki akustyczne The Gnome i Matilda Mother. No i znowu mała dawka surrealizmu. Płytę zamyka skoczny, radosny Bike – opowieść o młodzieńczej miłości, z “cyrkowymi” klawiszami i tanecznym rytmem. W tle słychać odgłosy jadącej karetki pogotowia – lecz nie zmienia to wcale faktu, że ta radosna, skoczna piosnka mogłaby zostać hiciorem. Za to końcówka jest bardziej psychodeliczna, bardziej niepokojąca – odgłosy jakichś zegarów. Łańcuchów....... Ciekawie to kontrastuje z ogólnie radosną atmosferą utworu. Podsumowując – debiut tego wielkiego zespołu wart jest przesłuchania. Szalone improwizacje, ciekawe gitarowe solóweczki – to atuty tej płyty. Jest jednak zabarwiona pewną smutną nutą – jest to jedyna płyta Syda Barretta, założyciela zespołu. A szkoda – gdyby nie choroba i narkotyki, ten człowiek mógłby jeszcze wiele zdziałać. Może stałby się taką samą sławą i wizjonerem jak Roger Waters i David Gilmour? Ja w każdym razie oceniam tę płytę bardzo dobrze – naprawdę, naprawdę warto posłuchać!

AZ64
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?