Yesterday - recenzja

Dodane przez Toddziak dnia 18.04.2012 23:47

Nim rozpoczniemy recenzję właściwą, przyznam się do przygodówkowego grzechu śmiertelnego – nie grałam w żadną część serii Runaway. Aby nieco uspokoić wszystkich domagających się linczu, powiem tylko, że studio Pendulo nie jest mi całkowicie obce, gdyż miałam wielką przyjemność obadać The Next Big Thing. Gra całkowicie kupiła mnie swoim rozbrajającym humorem, rąbniętymi bohaterami i komiksową grafiką. Pendulo kojarzy mi się więc, jak zapewne zdecydowanej większości graczy, z lekkimi komediami, przy których można miło spędzić wieczór. Gdy okazało się, że kolejna produkcja studia – Yesterday – ma odbiec od tego schematu i być thrillerem z wątkami satanistycznymi, wielu przygodówkowiczów obawiało się, co z tego wyjdzie. Teraz, po przejściu gry, mogę Was wszystkich uspokoić: Yesterday nie jest złą grą, chociaż mam wobec niej nieco mieszane uczucia.

Kujon i "amnezjatyk"

Przygodę rozpoczynamy jako Henry White, rudowłosy młodzieniec o wyglądzie stereotypowego nerda, który pracuje w organizacji pomagającej bezdomnym. W mieście doszło wcześniej do kilku makabrycznych mordów na włóczęgach, więc chłopak wraz z kolegą udaje się na opuszczoną stację metra, aby zaopiekować się mieszkającymi tam kloszardami. Oczywiście, jak to zwykle w grach bywa, wszystko idzie nie tak i Henry wpada po uszy w kłopoty. To jednak dopiero sam początek rozgrywki i szybko okazuje się, że naszym protagonistą nie jest wcale rudzielec, ale tytułowy John Yesterday, który cierpi na amnezję (proszę nie ziewać, tutaj ma ona sens!). John nie pamięta nic ze swojej przeszłości, a tajemnicza blizna w kształcie litery „Y” na jego dłoni tylko pogłębia konfuzję. Dzięki pomocy znajomego dobroczyńcy otrzymuje jednak szansę na odzyskanie wspomnień i odkrycie, co mu się właściwie przydarzyło. John musi kontynuować swoje śledztwo sprzed utraty pamięci, czyli rozwikłać zagadkę dotyczącą rytualnych mordów. Zaprowadzi go ono między innymi do Paryża, gdzie pan Yesterday dokona odkryć, które na zawsze zachwieją jego światopoglądem i porządkiem wszechświata. A to jeszcze nie wszystko...

Fabuła jest dobra. Nawet bardzo dobra. Jest tu kilka naprawdę niezłych zwrotów akcji, a przy końcu pierwszego rozdziału jedyne, co byłam w stanie wydusić, to: „WOW”, czyli w tłumaczeniu na język bardziej rozbudowany: jestem naprawdę pod wrażeniem, szacun. Bohaterowie są barwni i charakterni, pomijając może jedynie nieszczęsnego pana Yesterdaya, który wypada na tle reszty raczej blado i nieciekawie. O wiele bardziej intrygującą postacią jest Henry. Nie chcę tu nic spoilować, ale odgrywa on wyjątkowo oryginalną rolę. Oby więcej takich niespodzianek! Muszę jednak w tym momencie przestrzec wszystkich, aby nie tykali tej gry nawet kijem, jeśli mają alergię na groteskę. Studio Pendulo nie porzuciło całkiem swoich komediowych korzeni i bardzo swobodnie przeplata mroczne wątki z kolorową, komiksową grafiką oraz sporą ilością charakterystycznego humoru. Mimo satanistycznej i krwawej, a więc wydawałoby się, że generalnie ciężkiej tematyki, w żadnym razie nie powinno się Yesterdaya traktować śmiertelnie poważnie. Jeśli oczekujecie typowego horroru, po którym przez tydzień będziecie się moczyć w łóżku, to zdecydowanie nie jest ten adres. Natomiast osoby nastawiające się po prostu na ciekawą i nieźle opowiedzianą historię powinny dać tej grze szansę.

Y U NO LONGER

Szkoda tylko, że Yesterday jest tak obrzydliwie krótki! Jego przejście nie zajęło mi nawet pięciu godzin, wliczając w to jeszcze przerwę na obiad. Fabuła tego typu z cudownym wręcz potencjałem do mnożenia wątków w nieskończoność i taśmowej produkcji kolejnych epizodów aż prosi się o przynajmniej dwa razy bardziej rozbudowaną historię. To smutne, że finał nadchodzi tak szybko. Dobrze chociaż, że gra ma kilka zakończeń, które w przeciwieństwie do recenzowanego niedawno Dead Mounaineer's Hotel (czy też niesławnego Mass Effecta 3...) różnią się od siebie dość znacznie. Co ciekawe, ending zostawia również otwartą na oścież furtkę na ewentualną kontynuację. I kolejną, i kolejną, i kolejną... Może kiedyś się doczekamy.

Krótkość gry jest dotkliwa tym bardziej, że przez zagadki przechodzimy właściwie z marszu, nie poświęcając im zbyt dużo uwagi. Zdecydowana większość zadań to typowe „inwentarzówki”. Jedyny problem, jaki mogą nam sprawić, to okazyjnie absurdalne połączenia bardzo dziwnych rzeczy ze sobą. Przyznaję, że niektóre z rozwiązań odkryłam zupełnie przypadkiem podczas klikania wszystkiego na wszystkim. Cóż, to też jest jakaś metoda. Jednak nawet tego typu rzeczy nie przeszkadzają aż tak bardzo ze względu na wbudowany w grę system podpowiedzi. Jest on o tyle fajny, że nie traktuje gracza jak osobę niepełnosprytną i nie rzuca nam w twarz, co należy zrobić z okrzykiem „ty debilu, potrafisz w ogóle sam się ubrać?”. Zamiast tego wyświetla po prostu sugestie na przykład: „powinieneś coś przeciąć”. Są one na tyle ogólne, by nikomu nie ubliżać, ale jednocześnie potrafią nakierować na dobrą drogą. Na plus.

Ponarzekać za to muszę na system podświetlania hotspotów. Aby uaktywnić to ułatwienie należy kliknąć specjalną ikonkę obok paska ekwipunku. Wtedy na około pół sekundy obraz się zaciemnia, a w miejsca interakcji zaczyna pulsować malutki biały okrąg. Tak, trwa to całe pół sekundy, natomiast by ponownie skorzystać z tej opcji musimy czekać ponad trzy sekundy. Gdzie tu sens i logika? W czasie jednej sesji podświetleniowej nie jesteśmy nawet w stanie ogarnąć całego ekranu! Jeśli twórcy zamierzali zniechęcić graczy do nadużywania pomocy, to istnieją lepsze i mniej upierdliwe metody. Jest jeszcze jedna rzecz, którą można potraktować jako wadę, choć niezbyt dotkliwą. W Yesterday nie mamy tradycyjnego systemu zapisu gry. Zamiast tego wykorzystuje on checkpointy. Gra co jakiś czas robi autozapis, najczęściej po cut-scenkach, do którego w razie potrzeby możemy wrócić. Problem pojawia się wtedy, gdy zabraknie nam nagle prądu, komputer się zawiesi, albo po prostu będziemy mieli już dosyć siedzenia przed monitorem. Utracimy wtedy cały nasz progres od poprzedniego autozapisu. Oddając jednak grze sprawiedliwość, sejwy robione są dość często, dlatego wielkiego dramatu nie ma.

Groteska pełną parą

Wspominałam już wcześniej o groteskowym efekcie jaki wywołuje połączenie komiksowej grafiki a la The Next Big Thing z poważnymi i mrocznymi treściami. Ale jak prezentuje się warstwa wizualna sama w sobie? Generalnie dość średnio. Tła są raczej estetyczne i klimatyczne, choć cierpią na brak detali. Wystarczy rozejrzeć się po brzegach ekranu, by zauważyć ich szkicowatość. Może i nie jest to uczta dla oczu, ale nikomu też oczodoły z zawartością nie uciekną z krzykiem. Postacie są stworzone w charakterystycznym dla studia karykaturalnym stylu i albo się to komuś podoba, albo nie. Za to mało komu spodoba się drewniana animacja bohaterów. Źle wyglądają także dialogi przedstawione w postaci plansz komiksowych. Aż rażą budżetowością. Generalnie bardzo często miałam wrażenie, że twórcy robili wszystko, by jak najbardziej zaoszczędzić. Muzyka za to jest całkiem przyzwoita i kiedy wymaga tego chwila, podkreśla klimat wydarzeń z ekranu. Voice-acting jest w porządku, a czasem nawet więcej niż w porządku. Chociaż szybko miałam dość pana Yesterdaya, który każdą kwestię wypowiada z równym zaangażowaniem emocjonalnym, co syntezator mowy IVONA. Nagroda za najlepszy dubbing wędruje za to do Henry'ego White'a. Ten człowiek ma tak gładką gadkę, że mógłby przekonać diabła, by ten się ochrzcił i poszedł do pierwszej komunii. Szkoda tylko, że głosy bohaterów usłyszymy jedynie przy rozmowach. Przy wszelkich innych akcjach musimy zadowolić się jedynie napisami. Nie myślałam, że będzie mi brakować monologujących postaci z gier, ale jednak.

Yesterday to produkcja bardzo ciekawa i o dość nietypowej tematyce, choć nie wszystkim zapewne przypadnie do gustu. Jeśli nie bawi Cię groteska ani łączenie straszności ze śmiesznością, to lepiej sobie odpuść. Reszta za to powinna grę obadać. Nie starcza na długo i ma nieco wad, ale czas przy niej spędzony to ciekawe doświadczenie. Polecam. Chociażby dla Henry'ego White'a. Poczekajcie tylko do jakiś wyprzedaży na Steamie, bo 30 euro, które życzą sobie teraz twórcy, to cena z kosmosu.

7 PLUSY:
świetna, wciągająca fabuła + groteskowy klimat + niezły system pomocy + Henry White
MINUSY:
przeraźliwie krótka - irytujący system podświetlania hotspotów - „budżetowość” - za droga

autorka: Toddziak

   

Komentarze


Brak komentarzy. Może czas dodać swój?
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?