Dead Mountaineer's Hotel - recenzja

Dodane przez Toddziak dnia 07.03.2012 21:15

Przygodówką Dead Mountaineer's Hotel zainteresowałam się praktycznie od pierwszych przecieków na jej temat, gdyż uwielbiam motyw grupy ludzi odciętej od świata i skazanej na siebie. Liczyłam na pełnokrwistych bohaterów, atmosferę duszną jak w grobowcu i dużo, ale to dużo brutalnych morderstw (w CV nie wspominałaś o takich zainteresowaniach - Przemo). W każdym razie, gra ukazała się w 2007 w egzotycznych dla mnie językach, więc zapomniałam o niej na jakiś czas, aż wreszcie nieoczekiwanie w 2011 na Steamie pojawiła się wersja anglojęzyczna. I tak Dead Mountaineer's Hotel trafił w końcu w moje chciwe ręce. Niestety. Niestety, gdyż jest to jeden z najbardziej dennych kawałków kodu, jakie kiedykolwiek gościły na moim kompie.

Nawet jeśli na początku byłam do gry nastawiona bardzo przychylnie, to próby doprowadzenia jej do stanu grywalności zadziałały jak kubeł lodowatej wody, którym na dodatek zdzielono mnie po łbie. Dead Mountaineer's Hotel ma większe problemy techniczne niż maluch z czterdziestoletnim stażem. Po jej włączeniu i wybraniu opcji rozpoczęcia przygody czekała mnie bardzo niemiła niespodzianka: na ekranie nie było kursora! Tak, kursor całkowicie wyemigrował, przez co nie dało się grać. Widać nawet on miał dość tej beznadziejnej produkcji. Ja poddać się jednak nie mogłam, więc „wygooglałam” rozwiązanie – jeśli chcesz grać, zainstaluj nowe kodeki DivX. No więc dobrze, zrobiłam to (co przy okazji spsuło mojego Firefox’a, ale to taka dygresja). Włączam ponownie grę, hurra działa. Przy okazji tego szukania natrafiłam jednak na głosy, że sejwy w Hotelu lubią nie działać. Musiałam to oczywiście sprawdzić. Zapisałam więc stan, wyłączyłam grę, wczytuję... i widzę ten fragment, w którym zapisałam, ale kursor nie reaguje! Nic się nie da zrobić, null, nada. Stawałam na głowie, by coś na to poradzić, lecz musiałam w końcu wywiesić białą flagę i uronić łzy czyste, rzęsiste. Gra pokazała mi środkowy palec, ale obowiązki recenzenta są świętsze niż urażona duma. Zagryzłam zęby i postanowiłam przejść Hotel przy jednym posiedzeniu. Spędziłam więc przed kompem bite sześć godzin non-stop, modląc się tylko, by prąd czasem nie wysiadł. Cóż, dla zdeterminowanego nie ma nic trudnego. Ale gdzie tu przyjemność?

O co tu biega? Dobre pytanie...

No dobrze, zaczęłam nietypowo od narzekania i wylewania frustracji. Teraz czas na wyjaśnienia, o co tutaj w ogóle chodzi. Jako gracz wcielamy się w inspektora policji Petera Glebsky'ego, który przejeżdża spędzić urlop w tytułowym hotelu położonym malowniczo pośród gór. Od początku zaczynają dziać się dziwne rzeczy – a to ktoś zamyka gliniarza w pokoju, a to innym gościom giną drobne przedmioty. Peter musi oczywiście rozwikłać tę tajemnicę. Brzmi ekscytująco? Wiadomo, że nie! Przez jakieś 4/5 gry szwendamy się tylko po hotelu z kąta w kąt, zbieramy różne śmieci i toczymy nudne konwersacje z jeszcze nudniejszymi rezydentami przybytku. Przez większość czasu nic się tu nie dzieje, a my przysypiamy z nudów. Historia w ogóle się nie klei. No bo jak tu się zaangażować w opowieść, gdy głównym problemem wydaje się tajemniczo zajęty prysznic? Nie ma tu nic z klimatu zaszczucia znanego choćby z „I nie było już nikogo”. Właściwie dopiero pod sam koniec następuje tak reklamowana lawina odcinająca hotel od świata i zostaje popełnione morderstwo. W tym momencie to nie jest już nawet musztarda po obiedzie, ale po podwieczorku, bo gracz już dawno jest w stanie śpiączki. Nie warto się nawet wybudzać, bo zakończenie jest tragiczne. A raczej zakończenia, bo teoretycznie przygotowano aż cztery, choć nie różnią się od siebie jakoś specjalnie. Gra została oparta na powieści braci Strugackich, której jeszcze nie czytałam, więc nie będę porównywać, ale mogę się założyć, że tam wszystko zostało rozwiązane sensownej. Tutaj ni z gruszki, ni z pietruszki zostałam uraczona tak absurdalną i nieudolną końcówką, że nie wiedziałam czy się śmiać, płakać czy tylko gapić z niedowierzaniem w ekran. Powiedzieć, że fabuła gry rozczarowuje, to jak stwierdzić, że słońce bywa ciepławe. Scenarzystę należałoby rozstrzelać, połatać i rozstrzelać jeszcze raz.

Wracając jeszcze na moment do szwendania się. Jednym z głównych problemów Hotelu jest fakt, że przez większość czasu nie mamy pojęcia, co robić. Gra stawia przed nami niewiele sprecyzowanych zadań, więc możemy tylko łazić wokoło, licząc, że przypadkowo uda się nam coś odkryć i popchnąć akcję do przodu. Nie jest to wcale zadanie proste, gdyż budynek do małych nie należy. Połapanie się w rozkładzie pomieszczeń zajmie nam dłuższą chwilę. Wprawdzie dostajemy mapę hotelu, ale jako że nie ma na niej absolutnie żadnych oznaczeń, szybko stwierdzimy, iż jest całkowicie bezużyteczna. Należy więc nastawić się na nieustannie błądzenie niezliczonymi korytarzami. Sytuację dodatkowo pogarsza fakt, że gra najwyraźniej miała być w założeniach o wiele bardziej rozbudowana. Na swojej drodze zobaczymy sporo pomieszczeń bez żadnego zastosowania, a w innych znajdują się przedmioty do niczego nieprzydatne. Wprowadza to dodatkowy zamęt.

Frustracji ciąg dalszy

Grę obsługuje się za pomocą myszki. Dostęp do ekwipunku, kiepskiego dziennika oraz menu głównego uzyskujemy poprzez wciśnięcie prawego przycisku myszy. Lewym klikiem przesuwamy bohatera oraz wykonujemy różne czynności w zależności od kształtu kursora, na przykład lupka pozwala nam coś obejrzeć, a mikrofon oznacza rozmowę. W Hotelu nie ma opcji podświetlania miejsc interakcji, ale ciężko w tym przypadku mówić o łowach na piksela. Hotspotów jest tu tylko kilka na krzyż, więc ich odnalezienie na planszach nie jest wielką filozofią. Pewną osobliwością jest jednak to, że gra pyta się nas czy chcemy podnieść dany przedmiot. No przecież gramy w przygodówkę i to logiczne, że bohater przywłaszcza sobie wszystko, co nie jest przybite do podłogi.

Większość zagadek to tzw. „inwentarzówki”, czyli zadania oparte na używaniu zgromadzonych przedmiotów w odpowiednich miejscach. Problem w tym, że spora ich część nie ma za wiele sensu, a na dodatek gra łaskawie nie informuje nas, co też bohater robi. Nie wiemy czy akcja zakończyła się sukcesem, czy też powinniśmy spróbować czegoś innego. Zwykłe i rzucone od niechcenia „przecinam nożem kabel” albo „nie, to się nie uda” znacznie wyklarowałyby sytuację. Oprócz tych mało satysfakcjonujących wyzwań intelektualnych, mamy tutaj również do czynienia z minigierkami. Jedna z nich, której mechanika zostaje wykorzystana w kilku miejscach, polega na utrzymywaniu opornego kursora w obrębie wyznaczonego kółka. Nie jest to specjalne trudne, więc niech sobie będzie. Dodatkowo twórcy przewidzieli jeszcze kilka innych nudnych i bezsensownych „atrakcji”, jak jazdę na nartach, grę w karty czy rzutki. Na szczęście porażka w nich nie ma żadnych negatywnych konsekwencji, pomijając minigrę z bilardem, która pośrednio wpływa na wygląd zakończenia. Z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że był to najbardziej upierdliwy element w całym Hotelu. Komputer cały czas bezczelnie oszukiwał i wychodziły mu takie wbicia, których nie powstydziliby się profesjonalni zawodnicy. Przejście tego fragmentu z piekła rodem wymagało kilkudziesięciu prób i zagonienia przed ekran domowego speca od bilarda, który podsumował sytuację bardzo trafnym bon motem: „ale głupia ta gra”. Nic dodać, nic ująć.

Nie szata zdobi grę

Dead Mountaineer's Hotel został pierwotnie wydany w 2007 roku, więc pod względem grafiki (ha, żeby tylko!) gra odstaje od współczesnych produkcji. Oddając jej jednak sprawiedliwość, powiem, że tła są bardzo ładne, a budynek, po którym się poruszamy nie może narzekać na brak detali. Przy modelach postaci już szału nie ma. Są naprawdę kiepskie i paskudnie animowane. Ale i tak największe baty twórcy powinni zebrać za koszmarny voice-acting. Pod głównego bohatera podkładał głos wyjątkowo zblazowany aktor, który każdym dźwiękiem starał się okazać tej grze pogardę, co mu się wyjątkowo udawało. W roli reszty obsady bardziej przekonująco wypadłoby przedszkolne kółko teatralne. Jednym słowem: tragedia. Nawet pod względem językowym gra zawodzi. Tłumaczenie na angielski jest wyjątkowo nieudolne, pełno tutaj literówek, dziwnych zwrotów, a nawet błędów gramatycznych. Muzyka znowuż to rzecz bardzo osobliwa. Zwykle gdzieś tam w tle brzdąka sobie jakaś spokojna melodia, ale okazyjnie możemy tu usłyszeć również perfidną „techniawę”, czy ostrą rockową nutę, co w sumie pasuje do klimatu jak glan do nosa. Drodzy twórcy, WTF?!

Dead Mountaineer's Hotel to generalnie jedno, wielkie rozczarowanie. Spodziewałam się po niej naprawdę wiele, dlatego też zderzenie z rzeczywistością bolało podwójnie. Spędziłam przy tej przygodówce ponad sześć godzin, przez większość tego czasu irytując się i zmagając z różnymi mankamentami rozgrywki. Fabuła jest marna, bohaterowie nieciekawi, gameplay żmudny, nudny i nieprzynoszący absolutnie żadnej satysfakcji. A do tego należy dodać również błędy techniczne, które przyprawiały mnie o palpitacje serca. Szczerze odradzam. Zróbcie sobie przysługę i zamiast wydawać pieniądze na Dead Mountaineer's Hotel lepiej zacznijcie zbierać na jakiś wakacyjny wyjazd w Alpy. Grę omijać szerokim łukiem!

3 PLUSY:
niezłe tła + są gorsze gry... chyba
MINUSY:
skopana warstwa techniczna (brak kursora, znikające save'y) - słaba, usypiająca fabuła - beznadziejny voice-acting - marne zagadki - bezsensowne minigry (w tym upiorny bilard) - krótka (choć może to zaleta?) - całe mnóstwo innych wkurzających rzeczy

autorka: Toddziak

   

Komentarze


1020 #1 Jeziu5
dnia 07.03.2012 23:43
I znowu recka wywołała uśmiech na mej twarzy - strasznie lubię twój humor Tośka Wink2

Niestety z większością zarzutów muszę się zgodzić (o czym szerzej na forum). Tekst napisany bardzo zgrabnie - trudno znaleźć więcej plusów tam gdzie gra sama strzela sobie w nogę.

A - warto wspomnieć, że główny bohater się niemiłosiernie garbi Grin
1152 #2 Daro1991
dnia 17.03.2012 22:10
Całkowicie nie zgadzam się z oceną! Niedawno kupiłem tą przygodówkę z promocji na streamie i wcale nie żałuję zakupu. Wszystkie błędy w grze zostały naprawione (nie znikają save'y, nie znika kursor, nie wywala do pulpitu, a gra w bilard była jana, ze trzecim razem wygrałem i komputer wcale nie był taki doby). Fabuła wciągająca! W grze są 4 zakończenia i to czwarte wyjaśnia wszystko a pierwsze pozostawia niedosyt i nic nie wyjaśnia. Może recenzenta widział tylko pierwsze i stąd ten błędny osąd. Gra wcale nie jest krótka, grałem w nią 12 godzin. Do plusów dodał bym jeszcze nieliniowa fabułę. Jeśli chodzi o vioce-acting, to musiał być taki by bardziej pasował do fabuły spiler {nie wyobrażam sobie by roboty miały mówić bardziej po ludzku} spoiler. Proponuje jeszcze raz zrecenzować grę i zobaczyć wszystkie 4 zakończenia :) Grze dałbym 6,5 :) 3 to na na prawdę niesprawiedliwa ocena.
165 #3 Kami
dnia 18.03.2012 13:58
12 godzin? A ile przechodziłeś Black Mirror 2? Smile2
1431 #4 Toddziak
dnia 18.03.2012 23:18
Widziałam wszystkie zakończenia i zdania nie zmieniam. Oczywiście, że każda recenzja jest subiektywna, ale zastanawiałam się nawet poważnie czy nie oceniłam tej gry zbyt wysoko Pfft
Jak dla mnie, to absolutny niewypał, który kończyłam z wielkim bólem. Ale jeśli Tobie się podobało, to w porządku, tylko się cieszyć, że obyło się bez problemów technicznych :)
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?