AZ Movies (AZ64)

Dodane przez Adventure-Zone dnia 07.04.2006 20:40

Good night, and good luck. (Don Killuminati) Głośno było ostatnio o drugiej (po „Niebezpiecznym umyśle”) próbie reżyserskiej George’a Clooney’a. I to nie za sprawą 200-milionowego budżetu, romansów bądź sprzeczek na planie, niesamowitych efektów czy sztucznych kontrowersji. Film wywołał dyskusję tylko dzięki talentowi Clooney’a. Za małe pieniądze, bez żadnych fajerwerków, zrobił kino wciągające, pociągające i ciągnące za sobą rozważania o naturze dzisiejszych mediów. Nic tylko pogratulować szanownemu George’owi. "Good night, and good luck" opowiada prawdziwą historię kampanii dziennikarza, Edwarda R. Murrow’a przeciw amerykańskiemu senatorowi, Josephowi McCarthy’emu. Murrow prowadził dwa programy w TV, w jednym przeprowadzał typowe pogaduszki z gwiazdami show-biznesu, w drugim poruszał aktualne tematy polityczne. I to ten drugi był w jego hierarchii ważniejszy. Pewnego marcowego dnia 1954 roku wystąpił przeciw McCarthy’emu, jawnie go krytykując za paranoiczne i bezwzględne tępienie komunistów. Na to odpowiedział sam krytykowany, broniąc się oczywiście wszelkimi dostępnymi metodami, łącznie z tymi "brudnymi". Wyszła z tego poważna walka Dawida z Goliatem, której uczestnicy ryzykowali wszystko. W filmie pozornie mało się dzieje. Ale siła leży w emocjach, a tych dostarcza film w nadmiarze. Rozgrywka pomiędzy szychą na stanowisku, a zwykłym, szarym dziennikarzem, który buntuje się przeciw niesprawiedliwemu systemowi jest psychologiczną ucztą i jednocześnie przyczyną do konfrontacji z obecnymi dziennikarzami, którzy nie są już zwykli i szarzy. Media mają dzisiaj olbrzymią moc, ale czy wykorzystują ją tak, jak powinny, z odpowiedzialnością? Czy dzisiaj znalazłby się jakiś dziennikarz, który poświęciłby wszystko, aby zawalczyć o prawdę i wolność? Każdy wie, jakie mamy czasy. I każdy też zna odpowiedź na to pytanie. Clooney zrobił idealnie rozpisany film mówiony. Sprawdził się zarówno jako współscenarzysta, jak i reżyser (no i oczywiście jako aktor, ale tego można było się spodziewać). Każda postać jest ciekawa i wiarygodnie nakreślona. Każda ma coś do powiedzenia, ale nie każda ma odwagę to „coś” naprawdę powiedzieć. Najgorsze jest to, że kiedy taki człowieczek zdobędzie się na odwagę i wyrazi swoje własne, niewygodne zdanie, trzeba na niego znaleźć haka, na którym to ten nieszczęśnik ostatecznie sam się powiesi. Cholernie, niestety, prawdziwe. Podziwiałem George’a Clooney’a już od dłuższego czasu, ale dopiero teraz pokazał się od tak poważnej i wrażliwej strony. I podziwiam go jeszcze bardziej. Przez kilka lat był jednym z najgorętszych nazwisk w Hollywood. Kiedy wszyscy uważali go za "komerchę", on wyrabiał sobie bezpieczną pozycję swoimi rozrywkowymi rolami w rozrywkowych filmach, aby teraz robić takie kino, na jakie ma ochotę. Dwa dotychczas wyreżyserowane przez niego filmy pokazują, że chce robić kino ciekawe, stylowe i inne od tego, co proponuje Hollywood. O pieniądze nie musi się martwić, bo, jak twierdzi, ważniejsze są dla niego idee. Za scenariusz i reżyserię „Good night...” przyjął honorarium w wysokości, bagatela, 2 dolarów...:) Wypada jeszcze wspomnieć o obsadzie, gdyż należy się im. David Strathairn w głównej roli dostał już chyba każdy możliwy komplement, a ja przyłączam się do wszystkich. Clooney pod batutą Clooney’a przyciąga do ekranu, jak zawsze. Dalej mamy Roberta Downey’a Jr’a, Jeffa Danielsa i Raya Wise’a. Wszyscy równo mają się czym chwalić. Stylowe zdjęcia wciągają w duszne od papierosowego dymu studio telewizyjne z lat 50. Te 93 minuty naszego pobytu tam mijają, jak na wielki film przystało, niezwykle szybko. Może przypomną niektórym o dawnych ideach, które się sprzedały. A innym uzmysłowią, że takie „Wiadomości” czy inne „Fakty” to dzisiaj kolejny produkt, który musi się dobrze sprzedać. Tylko czy prawda jest wliczona w koszta? Ech, gdzie takie osobowości na miarę Murrow’a, gdzie? No nic, może kiedyś wyjdą z tłumu. Good night, and good luck. Ocena: 9/10 Good night, and good luck. USA/Francja/Wielka Brytania/Japonia, 2005, 93 min. Reżyseria: George Clooney Scenariusz: Grant Heslov, Fred W. Friendly, George Clooney Obsada: David Strathairn, George Clooney, Patricia Clarkson, Robert Downey Jr, Jeff Daniels, Ray Wise. Transporter 2 (Don Killuminati) Co to ma być?! Twórcy filmów akcji chyba się już kompletnie zatracili w programach do robienia efektów. Oto przykład filmu akcji, w którym jest „dzianie się”, ale nie ma kompletnie obiecanej w nazwie gatunku akcji. Pierwszy „Transporter” nie był filmem ambitnym czy powodem do zastanowienia się, ale nienagannie spełniał swoją rolę – wciągał i odprężał. Było parę pomniejszych niedorzeczności, ale wszystko tworzyło spójną całość. Sceny efekciarskie, jedna po drugiej, były bardzo miłe dla oka i zawierały trochę humoru. Ot eskapizm dla eskapizmu, czemu by nie? Z przyjemnością śledziłem intrygę, w którą zamieszany był niezwykle charyzmatyczny, a jednocześnie cyniczny, kierowca do zadań specjalnych o aparycji równie charyzmatycznego i cynicznego aktora, Jasona Stathama, który do roli został świetnie dopasowany. Bił, kopał, strzelał, a po wszystkim rzucił jeszcze jakimś dowcipnym jednolinijkowcem, a la Bond, James Bond. Taka męska rozrywka, jak to określam na przekór feministkom;) Druga część została mi zaprezentowana „z zaskoczenia”. Znaczy to, że byłem na maratonie filmowym, na którym „Transporter 2” był filmem-niespodzianką. I, w rzeczy samej, niespodzianka to była nie lada – na początku bardzo miła, aby z trwanie seansu przekształcić się w prezent, który po rozpakowaniu wyrzucamy w kąt i przeklinamy tego, co to nam taką „niespodziankę” sprawił. Pytacie o treść? To się dobrze składa, bo mnie też to nurtuje. Tyle że moje pytanie brzmi: gdzie tu treść?! Takiej garści niedorzeczności me oczy nie widziały dawno. Zamiast fabuły mamy kilka scen akcji, do których został doklejony pierwszy z brzegu scenariusz o szaleńcu grożącym światu śmiertelnym wirusem. Nie wystarcza twórcom fakt, że taka treść to właściwie jakby jej nie było, oj nie. O co chodzi dowiadujemy się w połowie filmu, po szeregu kopanin bez emocji, pościgów bez adrenaliny i wybuchów bez „ognia”. Natomiast w następnej połowie filmu czas poświęcony „intrydze” jest właściwie wypełnieniem pomiędzy kolejnymi mordobiciami czy rozbijanymi bądź wybuchającymi samochodami. Takie zapychanie ekranu samym „tempem” robi się strasznie nudne. Tym bardziej, że jest to wszystko pokazane bez polotu, po prostu różne pomysły i schematy powrzucane do jednego kosza. Wychodzi z tego, że mamy do czynienia z filmem nudnym. Ale nie, na tym jeszcze nie koniec. Z nudnego awansuje następnie na poziom „irytujący”. Widać od razu, że „Transportera 2” wypełniają znane schematy przycięte po raz kolejny do nowego filmu. Tymczasem reżyser chyba zakładał, że widz tego nie zauważy. Bo jak można niedorzeczne z założenia sceny doprowadzać do jeszcze wyższego stopnia niedorzeczności? Weźmy na przykład takie coś: bandyci każą naszemu bohaterowi wsiąść do swojego samochodu i odjechać. Ten przy otwieraniu drzwi zauważa w odbiciu w kałuży, że do podwozia przyczepiona jest bomba. Mimo to wsiada i odjeżdża, a kiedy zostaje parę sekund do wybuchu, kierowca wjeżdża na jakąś rampę, z której samochód wyskakuje, robi piruet w powietrzu i zahacza idealnie bombą o stojący obok dźwig. Ta spada, wybucha, a nasz bohater jedzie dalej, nie rysując sobie nawet karoserii. Wiem, że trudno to sobie wyobrazić bez obejrzenia filmu, ale, uwierzcie mi, po obejrzeniu jeszcze trudniej w to uwierzyć. Jedyny jaśniejszy punkt w filmie to, po raz kolejny w głównej roli, Jason Statham. Odkryty przez Szkota, Guya Ritchie w „Porachunkach” i „Przekręcie”, z miejsca został zwerbowany do Hollywood. Grywa głównie mrukliwych twardzieli i dobrze, bo wygląda, jakby był do tego stworzony. W „Transporterach” odgrywał większość trudnych scen bez kaskaderów, co mu się chwali. No i za mój sentyment do tego aktora daję filmowi aż 2. Ocena: 2/10 The Transporter 2/Le Transporteur 2 Francja/USA, 2005, 87 min. Reżyseria: Louis Leterrier Obsada: Jason Statham, Alessandro Gasman, Amber Valetta, Matthew Modine, Jason Flemyng

AZ64
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?