The Tiny Bang Story - recenzja

Dodane przez Toddziak dnia 06.05.2011 13:49

Niemal w każdej zapowiedzi czy też nawet w krótkiej wzmiance o The Tiny Bang Story przywoływane było genialne Machinarium. Kontekst był różny – a to piękna grafika, to znowuż świetnie zaprojektowane zagadki – ale najsłynniejsza produkcja studia Amanita Design zawsze wychylała się zza rogu, rzucając cień na „historię malutkiego wybuchu”. Trochę niesłusznie, gdyż te dwie gry reprezentują zupełnie inne podejście do gier przygodowych. Bez wątpienia jedno mają jednak wspólne: to bardzo dobre tytuły, które relaksują bardziej niż joga, nie powodując przy tym żadnych kontuzji i zakwasów. No, może co najwyżej na mózgownicy.

Fabularne puzzle

Najbardziej rażącą różnicą pomiędzy dwiema wyżej wymienionymi grami jest podejście do fabuły. Podczas gdy w Machinarium kierowaliśmy ruchami sympatycznego robocika, pomagając mu przezwyciężyć przeciwności losu, w The Tiny Bang Story nie ma nawet głównego bohatera. My, jako gracz, jesteśmy świadkami uderzenia meteorytu w małą planetkę i jej późniejszego wybuchu w feerii puzzli. Naszym zadaniem jest posprzątanie bałaganu i złożenie świata na powrót, w całość. To właściwie tyle, jeśli chodzi o fabułę. Owszem, dociekliwy człek może dopatrzyć się w lokacjach chociażby fotografii tego samego osobnika w różnych stadiach życia, lecz to trochę mało, by mówić o jakiejkolwiek opowieści. Za to wszyscy, którzy dogrzebali się w Braidzie przypowieści o konstruowaniu bomby atomowej, będą wniebowzięci. Możliwości interpretacyjne The Tiny Bang Story są nieskończone.

Ale żarty na bok. Debiutancka gra studia Colibri Games nawet nie sili się na przyciąganie ludzi „fabułą”. Całkowicie za to oczarowuje bajkową atmosferą i całą gamą mniej lub bardziej wymagających zagadek. Najtrafniej dałoby się ją przyrównać do bardziej ambitnego przedstawiciela gatunku hidden object połączonego z grą logiczną. Taka kombinacja gwarantuje dobrą zabawę nawet ludziom, którzy nie siedzą zbyt głęboko w elektronicznej rozrywce i sporadycznie „pykają” w casualowe produkcje. Tym bardziej, że wynikami z The Tiny Bang Story można podzielić się ze znajomymi na facebooku czy twitterze już z poziomu menu, co staje się obecnie coraz bardziej popularne.

Puzzle tu, łamigłówki tam

Jak w ogóle wygląda rozgrywka? Najpierw rozglądamy się po planszy i szukamy problemów do rozwiązania. Czasem są to zamknięte drzwi, brak odpowiednich części do maszyny (np. w samouczku dowiemy się, w jaki sposób należy złożyć drabinę pozbawioną szczebelków) albo człowiek domagający się przysługi. Po prawej stronie ekranu wyświetla się wtedy mała, szara ikonka symbolizująca przedmioty, które musimy znaleźć oraz ich wymaganą ilość do zakończenia zadania. Ten etap gry przypomina popularne „hidden objecty” - wspinamy się na wyżyny bystrości i zaglądamy w każdy kąt, wskazując znajdę kursorem. Przy okazji poszukujemy również puzzli, których na każdym z etapów znajdziemy 25. W razie kłopotów, można odblokować pomoc zbierając niebieskie muszki fruwające po ekranie. Schwytanie odpowiedniej ilości tych owadów, uwalnia czerwonego robala, który wskazuje lokalizację kłopotliwego obiektu. Gdy łowy zakończą się sukcesem, ikonka przedmiotu po prawej zmieni kolor na zielony. Pozostaje więc, jak niemal w każdym point'n'cliku, użyć przedmiotu w odpowiednim miejscu. Tadam, koniec?

Oczywiście, że nie! Poszukiwanie przedmiotów to zwykle jedynie wstęp do prostego zadania logicznego. Ich różnorodność jest jedną z mocnych stron The Tiny Bang Story. Rozpoznawanie odcieni kolorów, powtarzanie krótkich świetlnych sekwencji, strzelanie do balonów, układanki... Co tylko każdy fan łamigłówek może sobie wymarzyć. Zadania postawione przed graczem nie należą do specjalnie trudnych, a w dodatku możemy skorzystać z podpowiedzi, więc przechodzenie gry nie frustruje. Pomijając dwie rzeczy. Po pierwsze: zagadka z rurami. Biedziłam się nad nią bite dwie godziny i rozwiązanie poznałam przypadkiem. Pomoc do tej łamigłówki była myląca i nie jestem jedyną osobą, która miała z tym problem, więc to nie wina mojego ujemnego IQ. Po drugie: nie podobały mi się minigry przypominające przedpotopowe gry zręcznościowe. Prowadziło się w nich stateczek i unikało ścian oraz przeciwników. Zadania nastawione jedynie na refleks w grze skądinąd logicznej, są chybionym pomysłem. Zwłaszcza, że tak łatwo było w nich głupio zginąć i być zmuszonym zaczynać od początku. Dyskretny urok oldschoolowości jakoś na mnie nie działa.

Na końcu każdego etapu zostajemy niejako przeniesieni do głównego menu, gdzie ze zgromadzonych puzzli pieczołowicie odbudowujemy świat gry. Jest to ciekawe rozwiązanie, widzimy jak planeta powoli nabiera barw i życia, lecz boleśnie przypomina o jeszcze jednej wadzie The Tiny Bang Story. Gra jest po prostu strasznie krótka! Przeszłam ją w jeden wieczór, nawet wliczając hydrauliczne problemy przy zadaniu z rurami. Owszem, po zakończeniu zabawy uzyskujemy dostęp do wszystkich wcześniejszych łamigłówek, lecz nie jest to wielka atrakcja, jako że większość z nich ma tylko jedno dobre rozwiązanie. Szkoda.

Artyzm, proszę państwa!

Pod względem artystycznym The Tiny Bang Story kontynuuje dobre tradycje Machinarium. Grafika jest po prostu cudna i zalewa miodem oczy. Od samego patrzenia serce topnieje i szukamy najbliższego kotka do pomiziania. Słowo „sympatyczna” oddaje jej naturę najpełniej. Nie uświadczymy tu żadnych napisów, ani dialogów. Wszystkie niezbędne informacje przekazywane są za pomocą rysunków, co jeszcze podkreśla odrealniony klimat gry. Muzyka gra sobie gdzieś tam w tle i snuje swą spokojną, nutową bajkę. Mniej metaforycznie – pasuje do całości.

Nie przepadam za typem przygodówek, w których niewiele się dzieje, ale sama byłam zaskoczona jak bardzo przypadło mi do gustu The Tiny Bang Story. Mogę z czystym sumieniem polecić ją wszystkim pragnącym się zrelaksować po ciężkim dniu w pracy lub szkole. To naprawdę solidna gra z wieloma łamigłówkami, które nie pozwolą oderwać się od monitora.

8 PLUSY:
mnóstwo ciekawych łamigłówek + poziom trudności przyjazny dla wszystkich + świetnie odpręża + miła dla oka oprawa graficzna
MINUSY:
krótka! - brak satysfakcjonującej fabuły - zagadka z rurami i minigry zręcznościowe

autorka: Toddziak

   

Komentarze


1020 #1 Jeziu5
dnia 06.05.2011 23:24
Recenzja bardzo fajna, przyjemnie się czyta, ale tytuł jakoś do mnie nie uderza. Nie zaczarowało mnie Machinarium, więc obawiam się, że i ta gra nie będzie moją ulubioną.
165 #2 Kami
dnia 07.05.2011 00:23
No co ty jeziu, nie zaczarowało cię Machinarium? Dlaczegóż to? PuppyEyes
1020 #3 Jeziu5
dnia 07.05.2011 12:34
Grałem przez 15 minut na komputerze u kolegi i nie porwało mnie to... :/ Nie czułem zupełnie tego klimatu. Ale ja ogólnie jestem dziwny - np. Syberia też nie była według mnie jakąś świetną grą. Pfft
165 #4 Kami
dnia 07.05.2011 21:43
Ach! Bluźnierco Pfft2 Wink2
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?