Alter Ego - recenzja

Dodane przez Toddziak dnia 19.12.2010 21:36

Future Games jest studiem dobrze rozpoznawalnym w całym przygodówkowym światku. Twórcom takich tytułów jak Black Mirror, Niburu czy Reprobates nie można odmówić zasłużenia dla branży i pokaźnej grupki oddanych fanów. Przyznam się jednak bez bicia, że nigdy nie darzyłam ich przesadną sympatią. Dobrze się stało, iż utracili prawa do marki Black Mirror na rzecz Cranberry Productions, gdyż temu drugiemu developerowi kontynuacja udała się znakomicie. Czechom z Future Games najwyraźniej ciężko było się z tym pogodzić, gdyż postanowili zrobić grę bardzo podobną pod względem klimatu, choć w nieco innych realiach. I tak właśnie narodziło się Alter Ego, na które czekałam z wielką niecierpliwością. Wiktoriańska Anglia, kryminalna historia, dwójka bohaterów z różnych sfer – czy z taką wyjściową bazą miodności mogło się nie udać? Niestety mogło...

Fabuła non grata

Historia przenosi nas, jak już się rzekło, do Anglii końca XIX wieku, gdzie będziemy śledzić losy i zarazem wcielać się w dwójkę całkowicie różnych bohaterów. Pierwszego z nich poznajemy w raczej mało sprzyjających dla niego okolicznościach. Timothy'ego Moora, Irlandczyka z krwi i kości, spotykamy po raz pierwszy na statku dobijającym do portu w Plymouth. Nie byłoby to może takie złe, gdyby nie fakt, iż Tim jest zakutym w kajdany pasażerem na gapę, którego czekają długie wakacje w celi. Na domiar złego jeden z marynarzy bezczelnie okradł nieszczęśnika, przywłaszczając sobie między innymi medalion, jedyną pamiątkę po rodzicach Tima. Nasz bohater nie zgadza się z taką niesprawiedliwością losu, więc salwuje się ucieczką do kanału i knuje zemstę. Po rozwiązaniu najbardziej palących problemów spotyka się z kumplem, aby snuć wspólne plany podróży do Ameryki. Na to potrzeba jednak dużo pieniędzy, dlatego też pan Moor wplątuje się w pewien zyskowny włam.

Drugi z bohaterów stoi po przeciwnej stronie barykady. Detektyw sierżant Briscol po błyskotliwym rozwiązaniu swej poprzedniej sprawy zostaje przeniesiony do Plymouth. Chce tu zrobić wspaniałą karierę i o niczym innym nie marzy. Wkrótce nasz stróż prawa ma okazję się wykazać, gdyż z okolicznego cmentarza znika świeżo pochowane ciało Sir Williama - „Białej Bestii”, jak ochrzcili go przesądni mieszkańcy, jako że przypisywano mu najohydniejsze zbrodnie. Prosta z pozoru sprawa komplikuje się coraz bardziej, a śledztwo przybiera niepokojący, mroczny obrót.

Do prezentacji bohaterów nie można się przyczepić. Są oni dość ciekawi i wyraźnie zarysowani. Wprawdzie dawno nie widziałam podobnie antypatycznych typów i nie miałabym ochoty spotkać ich w ciemnej uliczce (w jasnej zresztą też nie), ale wypada docenić ich oryginalność na tle obrzydliwie nudnych i porządnych bohaterów sporej części przygodówek. Szkoda tylko, że ich potencjał nie został należycie wykorzystany. Byłoby niezwykle ciekawie oglądać te same wydarzenia z tak diametralnie różnych perspektyw. Tu się to jednak nie udało. Brakowało mi tego nieustannego przeplatania się wątków i zmieniania punktów widzenia, co dostarczyłoby mnóstwa emocji. Okoliczności, w których bohaterowie wreszcie się spotykają, nie są zbyt zajmujące i gracz może mieć pewne wrażenie pewnej sztuczności, jakby twórcy koniecznie chcieli jakoś połączyć dwie linie fabularne, ale nie mieli pomysłu jak to zrobić. Takie było moje odczucie.

Poza tym fabuła na papierze przedstawia się dużo lepiej niż w samej grze. Akcja na początku rozwija się bardzo powoli, ale jesteśmy nią zainteresowani. Ciekawość, co będzie dalej, nie pozwala nam odejść od monitora. Niestety im dalej, tym gorzej. Miejsce zaintrygowania zajmuje znudzenie i niedowierzanie. Czego jak czego, ale w kryminałach rozwiązań typu deus ex machina nie lubię. Tak samo jak różnego rodzaju mniej lub bardziej dobijających głupotek, w rodzaju inspektora śmiertelnie zdziwionego faktem, iż ktoś wyrzucił gazetę do śmieci. Szkoda również, że wiele wątków pobocznych zostało ledwie naszkicowanych i więcej się do nich nie wraca. Pozostawia to pewien niedosyt. A jeśli już o niedosycie mowa, dawno nie widziałam równie okropnego zakończenia gry, co w Alter Ego. Nie wyjaśnia ono absolutnie nic i daje zerową satysfakcję z ukończenia gry. Można z niego wywnioskować, że Future Games miało w planach stworzenie sequela, lecz jego ewentualne ukazanie się na rynku zależeć będzie najprawdopodobniej od wyników sprzedaży gry pierwszej części. Nie wróżę jednak przesadnie wysokich przychodów.

Non omnis klikar

Pod względem mechaniki nic odkrywczego w Alter Ego nie znajdziemy. To klasyczna przygodówka point and click, którą praktycznie w całości da się obsłużyć myszką. Lewy przycisk gryzonia służy do wykonywania akcji, natomiast prawy do przyglądania się czemuś dokładniej. Jeśli dany przedmiot nie będzie nam dalej użyteczny, to po bliższym zbadaniu przestaje być interaktywny, więc warto wszystko skrupulatnie egzaminować. Zawsze można pomóc sobie klawiszem F1, który podświetla wszystkie dostępne na planszy hotspoty. Na dole ekranu znajduje się pasek ekwipunku, lecz staje się on widoczny dopiero po wskazaniu go kursorem. Czasem sprawia to pewne kłopoty przy próbach opuszczenia lokacji, gdy punkt wyjścia znajduje się nisko – zamiast drzwi zdarza się kliknąć jakiś przedmiot w ekwipunku.

Co do zagadek, to miłośnicy wyzwań intelektualnych będą się przy Alter Ego zwyczajnie nudzić. Problemy stawiane przed graczem nigdy nie są specjalnie wymagające. Zwykle wystarczy po prostu wyczerpać opcje dialogowe lub poklikać wszystkim na wszystkim i rozwiązanie pojawi się samo. Do tego nie znajdziemy tu żadnych łamigłówek logicznych ani nawet zwykłych puzzli. Jeśli już pojawia się w grze sejf, to kombinację mamy podaną jak na tacy, a zniszczona fotograficzna klisza w magiczny sposób układa się sama. Nawet obserwując coś pod mikroskopem, nie widzimy nic na własne oczy, a tylko słyszymy komentarz inspektora. Szkoda również, że samo prowadzenie śledztwa nie jest bardziej interaktywne. Nasz dzielny policjant wprawdzie dysponuje lupą czy pędzelkiem, ale używa ich tylko od wielkiego dzwonu. Ja rozumiem, że akcja toczy się w XIX wieku, a samo Alter Ego to nie kolejny przedstawiciel serii CSI, ale położenie większego nacisku na własnoręczne odkrywanie informacji na pewno wyszłoby grze na dobre. Przejście jej zajmuje jakieś 6-8 godzin, co byłoby niezłym wynikiem, gdyby nie sztuczne wydłużanie czasu rozgrywki, poprzez chociażby bezsensowne latanie z lokacji do lokacji w celu zdobycia jednego, jedynego przedmiotu. Może to czasem irytować.

Oddając Alter Ego sprawiedliwość, są w niej także ciekawe patenty. Jednym z nich jest dziennik detektywa Briscola, w którym zamiast normalnych zapisków znajdują się rysunki. Im bardziej szczegółowo naszkicowany obrazek, tym więcej wiemy o problemie, który symbolizuje. Po kliknięciu na dany szlic słyszymy, co policjant myśli na jego temat. Podobało mi się takie rozwiązanie. Wnosi to pewien powiew świeżości do gry. Cieszy również, że choć w pewnym momencie możemy zginąć, to gra daje nam kolejne szanse wyjścia z opresji obronną ręką bez konieczności wczytywania jakiś odległych save’ów.

Vox populi, vox kniei

Wszyscy doskonale wiemy, że beznadziejny dobór aktorów wcielających się w bohaterów, może położyć każdą grę. Na szczęście ten problem nie dotyczy Alter Ego. Voice-acting może nie jest mistrzostwem świata, ale został zrobiony porządnie. Usłyszymy tu całą gamę różnych akcentów i dialektów. Niewykształcona barmanka pracująca w jakieś podrzędnej mordowni mówi w zupełnie inny sposób niż nadęty inspektor policji. Dialogi zostały dobrze napisane i nie rażą sztucznością. Właściwie można się uczepić trzech rzeczy. Po pierwsze, głosu Timothy'ego Moora, który brzmi nieco zbyt beznamiętnie nawet wtedy, gdy sytuacja wymagałaby większego zaangażowania emocjonalnego. Po drugie, czasem, kiedy postać ma do wypowiedzenia kwestię dłuższą niż przewiduje to miejsce na napisy, słychać nienaturalną pauzę w środku zdania, a po chwili postać kontynuuje monolog. Nieco drażni to ucho. Po trzecie wreszcie, synchronizacja pomiędzy ruchem ust a deklamowaną kwestią leży i kwiczy. Albo trafiliśmy na zjazd marnych brzuchomówców, albo coś jest nie tak.

W Alter Ego, oprócz menu głównego, nie ma muzyki przygrywającej w tle. Trochę szkoda, bo jakieś posępne smyczkowe zawodzenie (vide Arcanum: Przypowieść o Maszynach i Magyi) na pewno doskonale podkreśliłoby atmosferę gry. Zamiast muzyki, nieustannie towarzyszą nam odgłosy tła w rodzaju wycia wiatru. Nie są one w żadnym razie złe, ale na dłuższą metę nieco nużą. Przydałoby się jakieś urozmaicenie.

Pod względem grafiki Alter Ego daje radę. Tła są bardzo ładne. Szare, ponure, klimatyczne, naprawdę ma się wrażenie oglądania miasta z końca XIX wieku. Ruchome elementy, typu ogień lub para, również wypadają dobrze. Nieco gorzej prezentują się trójwymiarowe postacie. Można by przy nich poprawić to i owo. Na przykład animację, która bywa zbyt sztywna.

Nihil Novi

Alter Ego miało potencjał stać się naprawdę wyśmienitą produkcją. Niestety fabuła w grze zawodzi. Pełno w niej dziur, a o samym zakończeniu przez litość nie wspomnę. Czasem również zwyczajnie wieje od niej nudą. Pod względem umieszczonych w niej zagadek również szału nie ma. Brak większych wyzwań czyni z Alter Ego grę, którą wyjadacze przejdą z palcem w nosie. Byłaby więc idealna dla początkujących przygodówkożerców, ale tych znowuż może zniechęcić do całego gatunku rozczarowująca fabuła. Komu więc można ją polecić? Bezkrytycznym fanom Future Games i/lub czasów wiktoriańskich. Kto wie, może będziecie się dobrze bawić przy Alter Ego.

5,5 PLUSY:
niezły klimat wiktoriańskiej Anglii + dwóch grywalnych, nietuzinkowych bohaterów + dobry voice-acting + proste zagadki dobre dla początkujących i leni + ładne tła
MINUSY:
Nudna, rwąca się fabuła - Okropne zakończenie - Brak zagadek logicznych, puzzli itp., co czyni ją bardzo prostą - Brak muzyki - Pomniejsze wady (np. brak synchronizacji ruchu ust i wypowiedzi bohaterów)

Autorka: Toddziak

   

Komentarze


1153 #1 grandelezier
dnia 20.12.2010 12:06
właściwie zgadzam się z każdym podjętym wątkiem w recenzji. rzeczywiście - jest za łatwa, troszkę nudna, za to ładna, gra się przyjemnie jeśli chodzi o kwestie wizualne czy dźwiękowe.

grałem zaraz po zakończeniu Still Life 2. przy zagadkach, z którymi miałem tam do czynienia, te z Alter Ego były jak dziecinna igraszka.

później zrobiłem Black Mirror 2 i jest to świetny przykład jak zrobić grę prostą, a jednocześnie niezmiernie ciekawą. w przypadku Alter Ego udało się tylko z prostotą.
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?