Sam&Max: Sezon 1 - recenzja

Dodane przez Evillady dnia 01.02.2010 14:23

Raz na jakiś czas zdarza się to każdemu graczowi, jak świat długi i szeroki. Niezależnie od tego na jakiej platformie człowiek gra i który gatunek gier jest jego ulubionym. Raz na jakiś czas każdy z nas musi to przeżyć mimo, że wydaje nam się, że nas to nie dotyczy, my się nie damy, jesteśmy sprytniejsi! A jednak… raz na jakiś czas dajemy się skusić szumnym zapowiedziom twórców, dajemy się zwieść znakomitym recenzjom w prasie branżowej i entuzjastycznym wypowiedziom innych graczy na setkach forów internetowych. W efekcie nasze oczekiwania w stosunku do takiej, czy innej gry urastają do nieprawdopodobnych wręcz rozmiarów, by na końcu zderzyć się z brutalną rzeczywistością i rozpaść w proch. Raz na jakiś czas ta wątpliwa przyjemność nie mija i recenzentów, mimo że oni, bardziej niż inni, powinni podchodzić z dystansem do wszelkich informacji dotyczących gier. Nic dziwnego więc, że i na mnie przyszła wreszcie pora…

A miało być tak pięknie…

Sama jestem sobie winna. Zgłosiłam się na ochotnika do zrecenzowania gry „Sam&Max: Sezon 1” z przekonaniem, że będę się fantastycznie bawić, że przecież gra zebrała znakomite recenzje, a poza tym ja lubię takie zakręcone, nie do końca poważne, fabuły. Nie mogłam się więc zawieść, prawda? Prawdopodobieństwo rozczarowania było jak 1:10, niczym nie ryzykowałam. Błąd! I nauczka na przyszłość. Bolesna nauczka. Jeszcze liżę rany po tym, jak moje wyobrażenie o czekającej mnie rozgrywce runęło w gruzach. Rozczarowanie było tym boleśniejsze, że w ogóle się go nie spodziewałam.

Para głównych bohaterów – spokojny i zrównoważony pies Sam oraz jego demoniczne alter ego, królik Max – wykreowanych przez Steve’a Purcella miała być gwarantem dobrej zabawy. Czekało mnie sześć odrębnych epizodów składających się w jedną całość, które miały być przepełnione humorem, licznymi zwrotami akcji i fantastycznymi zagadkami. Całości miała dopełnić bajkowa grafika i świetna muzyka. Sama historia opowiedziana w grze również zapowiadała się znakomicie. Nasza nietypowa detektywistyczna para w każdym z sześciu odcinków miała się przeciwstawiać Złu, stopniowo odkrywając intrygę, by wreszcie stanąć oko w oko z szaleńcem, zamierzającym zahipnotyzować cały świat. I co? Ano… jak to w życiu. Wszystko niby jest, a jednak czegoś brak.

Intro? Jakie intro?

Zanim przejdziemy do oceny poszczególnych elementów gry trzeba sobie przypomnieć, że ukazywała się ona w odcinkach. Epizody pojawiały się stopniowo, jeden po drugim, do ściągnięcia z oficjalnej strony gry*. Modne ostatnio rozwiązanie, które ma pewne istotne ograniczenie. Mianowicie takie, że omawiana tu gra jest praktycznie pozbawiona intra. No chyba, że za takowe uznać kilkunastosekundowe sekwencje na początku każdego odcinka. Przedstawiają one Sama i Maxa nudzących się niemiłosiernie w biurze i w efekcie wypełniających sobie czas różnymi, zwykle bardzo głupimi zajęciami, aż do momentu, kiedy nie zadzwoni telefon z kolejnym wezwaniem.

Po tym porywającym wstępie gracz może rozpocząć zabawę. Mechanizm rozgrywki, z którym będzie miał do czynienia jest więcej niż klasyczny. Operujemy lewym i prawym klawiszem myszy. Klikamy w lewy, górny róg ekranu i mamy dostęp do skromnych opcji, prawy dolny róg i sięgamy do ekwipunku. LPM zbieramy i używamy przedmiotów oraz wybieramy opcje dialogowe, klikając PPM otrzymujemy więcej informacji o zgromadzonych przedmiotach i elementach otoczenia. Jak mówiłam przygodówkowa klasyka.

Przy czym fakt, że bohaterów jest dwóch nie oznacza, że będziemy nimi kierować na zmianę. Przez całą grę kontrolujemy poczynania Sama, za którym, niczym cień, biega Max. Nawet, jeśli jakąś akcję musi wykonać królik, to i tak zlecamy jej wykonanie Samowi, dzięki czemu Max automatycznie podejmuje stosowne działanie. Wcielić się w Maxa mamy szansę tylko w czasie niektórych dialogów. Możemy się wówczas przełączać między bohaterami, dzięki czemu uzyskujemy dostęp do odmiennych opcji dialogowych. Nie jest to niestety jedyne, ułatwiające rozgrywkę rozwiązanie, zastosowane przez twórców.

„Fantastyczne, wymagające zagadki!” – że co?

Jest takie jedno określenie ze świata filmu, które bardzo mi się podoba. Mianowicie, jeśli aktor ma poczucie, że nie włożył w odgrywaną przez siebie rolę całego serca, że grał od niechcenia, że zwyczajnie się nie angażował w pracę, wówczas mówi, że: „grał lewą ręką” (oczywiście, jeśli ma odwagę się do tego przyznać ;)). Przytaczam to określenie ponieważ doskonale oddaje mój stopień zaangażowania w rozgrywkę oferowaną przez „Sam&Max”.

Poziom zagadek jest tak żenująco niski, że mogłam grać jednocześnie słuchając wiadomości, czytając książkę i robiąc pranie. Przesadzam oczywiście, ale wierzcie mi – nie bardzo. Nie dość, że zadania stawiane przed graczem są trywialne, to jeszcze cała rozgrywka jest potwornie schematyczna. W każdym z odcinków zbieramy zaledwie kilka przedmiotów. W zasadzie nie ma możliwości zabrania czegoś, co będzie całkowicie nieprzydatne (z drobnymi wyjątkami, o których nie warto tu wspominać). Nie ma mowy o łączeniu ze sobą przedmiotów, a przeznaczenie każdego z nich będzie wielokrotnie przypominane zarówno przez głównych bohaterów, jak i przez postaci poboczne. Niekiedy komentarze dotyczące tego, co należy w danym momencie zrobić są wręcz nachalne. Dla przykładu: po wyczerpaniu wszystkich opcji dialogowych dana postać ograniczy się do powtarzania w kółko, że dopóki nie zrobimy tego i tego, nie osiągniemy takiego i takiego celu.

Cała rozgrywka na każdym z dostępnych etapów sprowadza się tak naprawdę do zebrania tych kilku przedmiotów, odwiedzenia sklepiku i dowiedzenia się, co tam właściciel trzyma pod ladą, zdobycia pieniędzy i zakupu tego towaru oraz krótkiego pościgu samochodowego. Naturalnie upraszczam i elementy te przeplecione są po drodze różnymi zadaniami, ale jednak twórcy gry mogliby choć na chwilę oderwać się od tego schematu.

W zasadzie jedyny oryginalny, zabawny i przyciągający na dłużej uwagę gracza odcinek, to przedostatni epizod. Mamy w nim szansę przenieść się na chwilę do starych, dobrych czasów, przypomnieć sobie gry platformowe i... tekstowe przygodówki! Znakomity pomysł, fantastycznie zrealizowany i gdyby tylko pozostałe odcinki gry trzymały poziom epizodu piątego byłoby znacznie lepiej niż jest.

Starość nie radość...

Trzeba pamiętać, że recenzowana tu gra ukazała się na świecie w 2007 roku. W Polsce w marcu 2008 roku. Od jej wydania minęło więc już trochę czasu i to niestety widać. Myślę tu oczywiście o grafice, która zdecydowanie odbiega od dzisiejszych standardów. Prawdę mówiąc odbiegała i od standardów ówczesnych. Ja rozumiem, że taka stylistyka, że krzywa kreska, że grafika inspirowana jest komiksem, etc., etc., etc., a jednak od takiej dla przykładu deski wymagam, żeby wyglądała jak deska, a nie schody. Niestety z uwagi na kiepskie tekstury i straszące tu i ówdzie piksele deski w „Sam&Max” zdecydowanie bardziej przypominają wspomniane już schody. Trójwymiarowe modele postaci również pozostawiają sporo do życzenia. Ci z Was, którzy odwiedzają Adventure Zone regularnie i czytają pojawiające się na stronie teksty wiedzą, że nie należę do graczy, dla których grafika jest elementem najistotniejszym. Wiele potrafię wybaczyć, jeśli produkcja przyciąga grywalnością, fabułą, klimatem. Jeśli jednak tych elementów brakuje, to i niedoróbki graficzne kłują mnie w oczy bardziej niż zwykle.

Twoja matka jest tak gruba, że...

...ma oponę większą niż TIR. Bawią Was takie dowcipy, przeniesione rodem ze skeczy popularnych w USA? Cóż, niektórych bawią, innych nie. Ja niestety należę do tej drugiej grupy. Piszę niestety, bo tego rodzaju humoru jest w grze „Sam&Max” najwięcej. O gustach się nie dyskutuje, poczucie tego, co jest zabawne, a co już nie, jest różne u każdej z osób. Nie zamierzam więc tego stylu krytykować. Uprzedzam po prostu, że jeśli nie bawi Was dowcip mocno dosadny, bardzo prosty i w dużej mierze oparty na obrzydliwości, to nie macie w tej grze czego szukać. Sporo tu dywagacji na temat wymiotów, dowcipów z krowim łajnem w roli głównej i tym podobnych. Tego aspektu gry dotyczy chyba moje największe rozczarowanie. Szumne zapowiedzi na pudełku, recenzje, opinie internautów obiecywały mi salwy niekontrolowanego śmiechu. Tymczasem prawda jest taka, że w czasie całej gry roześmiałam się głośniej zaledwie kilka razy. Przez pozostałą jej część nawet nie uśmiechałam się pod nosem. Gra mnie nużyła, nudziła i nie była w stanie zmusić do tego, żebym ukończyła jednorazowo więcej niż jeden odcinek. Paradoksalnie nie znaczy to, że gra nie jest zabawna, albo że opinie na jej temat są przesadzone. Bardzo mocno to podkreślam, bo to, o czym tu piszę świadczy tylko i wyłącznie o tym, że gra opiera się w dużej mierze na humorze, który mnie nie bawi. Jeśli jednak Wy jesteście zwolennikami tego rodzaju rozrywki, to zapewniam Was, że przy tej grze będziecie się bawić znakomicie.

Dwa minusy dają plus

Tym plusem w grze „Sam&Max” jest zdecydowanie muzyka. Dźwięki, które sączą się z głośników stanowią kapitalną, jazzująco-swingującą mieszankę, od której dosłownie nie można oderwać uszu. Muzyka w każdym z odcinków jest inna, podkreślająca tak naprawdę nie charakter lokacji, w której aktualnie się znajdujemy, ale charakter opowiadanej historii! Fenomenalny pomysł, dzięki któremu w wirtualnej rzeczywistości towarzyszą nam rozmaite komputerowe piski i dźwięki tak dobrze nam znane z ery midi. W czasie zmagań w Białym Domu słyszymy marszowe rytmy, podczas prób przechytrzenia mafii mamy do czynienia z motywem muzycznym rodem z filmów gangsterskich. Muzyka jest w tej grze po prostu znakomita!

Po polsku z amerykańskim akcentem

Gra została wydana na naszym rynku przez CD Projekt. Firma zadbała o porządną lokalizację z udziałem Jarosława Boberka w roli Maxa i Wojciecha Manna w roli Sama. O ile nie mam zastrzeżeń do samego spolszczenia, w którym uwzględniono polskie realia, dzięki czemu mamy sporo odniesień do naszych rodzimy gwiazd i tzw. „celebrytów”, o tyle technicznie nie wyszło to już najlepiej. W czasie rozgrywki zdarza się, że połowę dialogu słyszymy po polsku, a drugą połowę po angielsku. Część sekwencji w ogóle nie została spolszczona, czasem zanikają polskie głosy i zostają tylko napisy na ekranie. Błędy może mało istotne, ale jednak dosyć irytujące. Dobrze więc, że CD Projekt to firma słynąca z ciekawych wydań. Dzięki temu w pudełku z grą otrzymujemy zarówno wersję polską, jak i oryginalną angielską, a poza tym sporo ciekawych bonusów takich, jak: plakat, tapety, charakterystyki postaci, materiały z powstawania gry oraz dostęp do zabawnego edytora, dzięki któremu możemy stworzyć własny komiks. Takie wydania to ciągle rzadkość na naszym rynku, więc za to wielkie brawa!

Kontrowersje, kontrowersje...

Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne wielu z Was, zwłaszcza tych, którzy grali w grę i przednio się przy niej bawili, ta recenzja zaskoczy. Mało tu zachwytów więcej narzekania i krytyki, ale niestety takie są moje odczucia z gry. Komu można więc polecić ten tytuł? Na pewno fanom duetu Sam&Max, osobom oczekującym czystej, nieskomplikowanej rozrywki, być może tym, którzy nie są szczególnymi fanami gier przygodowych, bo poziom trudności nie jest tu zbyt wygórowany. Jeśli jednak o psie i króliku nigdy nie słyszeliście, a od gry oczekujecie czegoś więcej niż tego, żeby była zabawna, to ten tytuł spokojnie możecie sobie odpuścić.

* Na stronie twórców gry: www.telltalegames.com poza sezonem pierwszym jest już od jakiegoś czasu dostępny również sezon drugi, składający się z 5 odcinków. Kontynuacja przygód Sama i Maxa nie została dotąd wydana w Polsce.

5 PLUSY:
muzyka + Sam i Max + epizod 5 + ładne wydanie
MINUSY:
grafika - zagadki - humor nie dla każdego - niestety mało wciągająca - schematyczność i powtarzalność

autorka: Evillady

   

Komentarze


1170 #21 TexMurphy
dnia 03.02.2010 09:28
Z polskich jest Wasz, Przygodoskop i był Adventuregamer. Poza tym angielskojęzyczne: AdventureGamers, JustAdventure, Adventure Classic Gaming, GameBoomers, UHS-hints, TapRepeatedly (dwaniej Four Fat Chicks), metzomagic (dawniej Quandary), Adventure Lantern - z tym że cztery ostatnie albo juz nie działają, albo prawie zupełnie zmieniły profil, więc niemal z nich już nie korzystam. I jeszcze trzy niemieckojęzyczne: AdventureArchiv, AdventureTreff i AdventureCorner.
729 #22 Evillady
dnia 03.02.2010 18:14
Hm. W takim razie po zapoznaniu z tyloma opiniami w tylu różnych serwisach trudno mi sobie wyobrazić, żebyś w ostatnim czasie zagrał w coś, czym byś się rozczarował. Bardzo fajne i, jak już mówiłam, profesjonalne podejście do tematu. Jestem pełna podziwu.
1170 #23 TexMurphy
dnia 03.02.2010 19:49
Właśnie dlatego wygląda na to, że ten system się sprawdza, bo - w przeciwieństwie do poprzednich lat - rzeczywiście żadna z tych gier, w które zagrałem zgodnie z tym kluczem, mnie nie rozczarowała. Żadnej z nich nie wystawiłbym niższej oceny niż "7". Mimo wszystko jednak jeszcze zbyt krótko to wszystko testuję, by móc z pełną odpowiedzialnością stwierdzić: tak, to jest to. Jednak wygląda na to, że są duże szanse, by tak się właśnie stało.
729 #24 Evillady
dnia 03.02.2010 22:00
Wobec tego nie pozostaje mi nic innego niż trzymać kciuki za powodzenie testu i życzyć wytrwałości! Zwłaszcza, że sama jestem ciekawa wyników tego badania.
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?