The Lost Crown: A Ghosthunting Adventure - recenzja

Dodane przez Evillady dnia 15.12.2009 21:34

Stwierdziłam ostatnio, że z graniem w przygodówki, jest jak z jedzeniem ulubionych potraw – co za dużo, to nie zdrowo. Kiedy jemy coś po raz pierwszy zachwycamy się, (albo nie, ale na potrzeby tekstu przyjmiemy ten pierwszy wariant), no wiec zachwycamy się smakiem, aromatem, doborem przypraw i wydaje nam się, że moglibyśmy tę daną potrawę (cokolwiek to jest) jeść codziennie, w dowolnych ilościach, o dowolnej porze dnia i nocy. I nie daj Boże, żeby ktoś wysłuchał tego naszego życzenia! Po tygodniu stwierdzilibyśmy, że smakuje nam, jakby mniej. Po dwóch nie moglibyśmy zrozumieć, dlaczego się tak tym daniem zachwycaliśmy, a po trzech bylibyśmy gotowi zrobić wszystko, żeby tylko nie kazano nam znowu tego jeść! Z przygodówkami jest podobnie. Kiedy człowiek dopiero zaczyna swoją przygodę z tym gatunkiem zachwyca się wszystkim: fabułą, zagadkami, humorem, grafiką i stwierdza, że to jest to! Znalazł wreszcie gatunek dla siebie, nic mu więcej do szczęścia nie potrzeba, tylko stosu przygodówek na biurku i wprost proporcjonalnej do niego ilości wolnego czasu. Po kilkunastu tytułach po raz pierwszy pojawia się uczucie, że to wszystko, już gdzieś było. Po kilkudziesięciu człowiek łapie się na tym, że ziewa, rozwiązując kolejne zadania, po kolejnych kilkudziesięciu znika gdzieś to uczucie całkowitego zanurzenia w świecie gry, a pojawia się za to wrażenie, że kolejny raz zaserwowano nam odgrzewany kotlet, trzeciej świeżości w przydworcowej restauracji czwartej kategorii. Raz na jakiś czas zdarza się jednak, że wśród stosu piętrzących się na biurku nowości człowiek dokopie się nagle do tytułu, który przypomni mu, za co pokochał ten gatunek!

„O tym, co recenzenta zaskoczyć może...”

Zanim przejdziemy do meritum zdecydowanie należy Wam się słowo wyjaśnienia. Kiedy tylko dowiaduję się, że jakiś tytuł ma trafić pod moje krytyczne, recenzenckie oko, natychmiast odcinam się od informacji na jego temat. Nie czytam pojawiających się zapowiedzi, nie śledzę nowinek, nie oglądam screenów ani trailerów. Dlaczego? Z jednego prostego powodu. Chcę, żeby moje wrażenia z gry, były maksymalnie zbliżone do tego, co może odczuwać przeciętny gracz, który właśnie wydał swoje ciężko utargowane kieszonkowe na grę, którą polecił mu kumpel, albo, o której przeczytał w CDA, że jest „w dechę”. Taki przeciętny gracz coś tam już o tej grze wie, może też spodobało mu się pudełko, złapał się na szumne obietnice twórców spisane na opakowaniu, albo po prostu dostał dany tytuł w prezencie od babci za dobrze napisany sprawdzian z matematyki. Generalnie jednak nie śledził fanatycznie wszystkich informacji pojawiających się na temat tej gry w Internecie i teraz liczy po prostu na to, że nie wyrzucił pieniędzy w błoto.

Mniej więcej z takim nastawieniem zasiadłam do gry w „The Lost Crown”. Siłą rzeczy pierwsze zaskoczenie (i to niemiłe) spotkało mnie zaraz na początku, a konkretniej po obejrzeniu intro. Krótkie, mało efektowne, miałkie, nijakie i kończące się tak gwałtownie, że nawet nie zauważyłam, kiedy wylądowałam w samym środku gry, a tu... Kolejne zaskoczenie. Niestety równie niemiłe. Ja owszem, noszę okulary, ale żeby wszystko widzieć na czarno-biało? Daltonizmu nie mam przecież! No, ale inaczej nie chce być. Cały świat gry widzę w rozmaitych odcieniach szarości. Cóż robić. Wyłączam grę, kombinuję z ustawieniami karty graficznej, włączam ponownie – to samo. Trudno. Zwalam na mój (nie pierwszej już młodości) sprzęt i gram dalej. Kilka lokacji później spotyka mnie kolejne zaskoczenie, bo nagle... Pojawiają się kolory! Tyle, że... Choinka, jakoś tak nie wszędzie. Tutaj na przykład fioletowy kwiatek na tle wszechogarniającej szarości. Tam kolorowa ulotka, gdzie indziej skrawek błękitnego nieba i... tyle. W tym miejscu moja wytrzymałość się skończyła. Kolejny raz wyłączyłam grę, przełączyłam się na Internet i zaczęłam przeglądać screeny. No i dostałam dowód czarno na białym (nomen omen), że... świat gry po prostu tak wygląda. Jest... szary. Szare tła, szare wnętrza, szarzy ludzie...

„Recenzent kontra gra 2:0”

W tym momencie byłam już nielicho zirytowana. Kiepskie intro przenoszące do równie kiepsko wyglądającego świata gry. XXI wiek, fajerwerki graficzne oferowane przez coraz to efektowniej wyglądające gry, a mnie się trafia tytuł stworzony przez grafików, których ulubionym kolorem był szary. No nic. Recenzent bierze, co mu dają, kręcić nosem nie wypada. Kolorystykę mamy już omówioną, skupmy się może na modelach postaci... Krótko? Dramat! To znaczy, nie same modele, te jeszcze od biedy ujdą, ale o jakiejkolwiek naturalności ich poruszania się możecie zapomnieć. Robotyka w pełnej krasie. Obroty postaci w miejscu, w celu zmiany kierunku, bliżej nieokreślone machnięcia ręką w próżnię imitujące interakcję z otoczeniem, zero animacji, czy zbliżeń pokazujących wykonanie danej czynności. Bieda. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, co może tę grę uratować? Odpowiedź wydawała się oczywista: fabuła. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Jesteśmy przy grafice, wypadałoby więc powiedzieć słowo o wyglądzie samych lokacji.

Tutaj na szczęście jest lepiej. Mamy do czynienia z pełnym 3D. W tej technice zostały wykonane zarówno lokacje, jak i wspomniane już postaci w grze. Przy czym wygląd poszczególnych miejsc i obiektów jest na naprawdę przyzwoitym poziomie. Obiekty zyskują jeszcze na wyglądzie, kiedy oglądamy je w zbliżeniu. Jednym słowem świat gry byłby bardzo ładny, gdyby nie był taki... szary.

„Nie należy kopać leżącego...”

Dokładnie to sobie pomyślałam, kiedy w trakcie rozgrywki po raz n-ty musiałam się przemieszczać z jednego końca miasta na drugi, albo z jednego końca lasu na drugi, albo z jednego końca tunelu na drugi, bo twórcy gry nie przewidzieli czegoś takiego, jak... Mapa! Tzn. mapa oczywiście jest. W trakcie gry zdobędziemy nawet jej dwa egzemplarze, ale nie została ona przewidziana do tego, żeby szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce. Gracze zostali więc zmuszeni do żmudnego wędrowania z jednej lokacji do drugiej bez możliwości bezpośredniego „przeskoczenia” w dane miejsce. Na początku gry to jeszcze nawet tak bardzo nie przeszkadza. Dostępnych miejsc nie ma zbyt wiele, bohater przemieszcza się dość szybko (całe szczęście, bo opcji „bieg” też nie uwzględniono), dzięki podwójnemu kliknięciu LPM można szybko przeskoczyć do następnej lokacji, (ale tylko do następnej). Problem pojawia się wraz z rozwojem fabuły, kiedy dostępnych miejsc pojawia się coraz więcej, a bohater niejednokrotnie musi pędzić z jednej lokacji przez kilka(naście) następnych, żeby dotrzeć do tej, w której akurat musi coś zrobić. Gdzieś tak w połowie gry zaczęłam zgrzytać zębami. Niepotrzebne utrudnienie, sztuczne wydłużanie rozgrywki, minus, minus i jeszcze raz minus!

„Łatwość w obsłudze urządzeń elektronicznych mile widziana...”

Skoro już jesteśmy przy mapie, (a raczej przy jej braku) przebiegnijmy się szybko przez interface. Sterowanie odbywa się tradycyjnie przy użyciu myszy. Zależnie od możliwej akcji do wykonania kursor może się zmienić w strzałkę (ruch), lupę (przyglądanie się obiektom) lub też coś przypominającego klucz francuski (używanie przedmiotów). Naturalnie jest też ikona symbolizująca możliwość rozmowy z daną postacią lub podniesienia danego przedmiotu. Przy opcjach rozmowy zatrzymajmy się przez chwilę. Wszystkie postaci w grze mówią z nienagannym brytyjskim akcentem i równie nienaganną i tak dla Brytyjczyków charakterystyczną... flegmą. Żadnej z postaci w grze, absolutnie nigdzie się nie spieszy. Nawet emocjonujące kwestie wypowiadane są może innym tonem głosu, ale dalej tym samym spokojnym tempem, przez co niekiedy ma się wrażenie, że dialogi ciągną się w nieskończoność. Są ciekawe, wiele wnoszą do rozgrywki, ale jednak momentami trwają niezmiernie długo. U mnie skończyło się na tym, że po prostu czytałam napisy, a same dialogi przewijałam, bo na szczęście jest taka opcja więc nie zaliczam tego do wielkich wad gry.

Wracając jednak do interface’u. Standardowo mamy oczywiście dostępny ekwipunek, w którym umieszczamy wszystkie znalezione przedmioty (przy czym nie będziemy ich tak często, jak w innych przygodówkach, ze sobą łączyć). Poza tym mamy również: „Album fotograficzny”, w którym umieszczamy wszystkie zrobione przez nas niezwykłe zdjęcia, „D.Z.E.P.”, a więc widok nagranych przez nas taśm magnetofonowych, wspomnianą już „Mapę Saxton”, na której będziemy musieli umieścić zdobyte wskazówki oraz całą stertę gadżetów. Poczynając od najprostszych, takich jak aparat cyfrowy, poprzez dyktafon analogowy, miernik EMF, a na kamerze noktowizyjnej skończywszy. Sporo prawda? Mamy do dyspozycji znacznie więcej zabawek niż w innych tytułach przygodowych, co zdecydowanie wpływa na urozmaicenie rozgrywki! Całe więc szczęście, że gra została porządnie spolszczona, bo to znacznie ułatwia obsługę tych wszystkich cacek.

„Pozory mylą...”

Jeśli dobrnęliście do tego miejsca zastanawiacie się zapewne, jak się ma wstęp sugerujący, że mamy do czynienia z grą co najmniej bardzo dobrą, do moich narzekań na jednolitą kolorystykę, słabą animację postaci, brak mapy i przydługie dialogi? Ano ma się właśnie tak, jak zostało to zapisane w podtytule: pozory mylą ;) To, na co narzekałam to przecież tak naprawdę drobiazgi. Prawda jest taka, że sposób poruszania się postaci kłuje w oczy tylko na początku, potem przestaje się to zauważać. Brak mapy jest uciążliwy, ale nie dyskwalifikujący, dialogi można przewinąć, a zastosowana w grze kolorystyka... Cóż, okazuje się, że ma swoje fabularne uzasadnienie! I to jakie! Z tym, że o tym gracz przekonuje się praktycznie pod koniec rozgrywki, a ja nie będę pisać wyjaśnienia, żeby nie psuć Wam zabawy. Powiem tylko, że kiedy ukończyłam grę nie wyobrażałam sobie, jakiegokolwiek innego graficznego rozwiązania w miejsce tego, które zastosowano! Jesteście ciekawi, o co chodzi? Wobec tego rzućcie okiem na screeny i przyjrzyjcie im się bardzo dokładnie, a może dojdziecie do właściwych wniosków, a jeśli nie... Nie pozostanie Wam nic innego, jak w grę zagrać, do czego serdecznie namawiam!

„Czasem wystarczy jeden plus, żeby przeważyć wszystkie minusy”

I tak jest w przypadku recenzowanej tu gry. „The Lost Crown” ma nie jeden, a trzy gigantyczne wręcz plusy, które nie tylko równoważą, ale zdecydowanie przeważają wszystkie drobne minusy. Do wielkiej trójki należą: FABUŁA, KLIMAT, ORYGINALNOŚĆ i wybaczcie, ale nie mogłam napisać inaczej niż wielkimi literami.

Historia, z którą zetkniemy się w grze jest wielowątkowa, zagmatwana, niejednoznaczna i niesamowicie wciągająca. Gracz wciela się w niejakiego Nigel’a Danvers’a. Na początku wiemy tylko, że facet pracował w Hadden Industries, gdzie wyniuchał za dużo, a teraz ściga go dwóch oprychów z tejże firmy chcących się upewnić, że Nigel’owi nie przyjdzie do głowy puszczenie zdobytych informacji w świat. A gdyby mu takowa myśl zaświtała, zadaniem oprychów jest powstrzymanie Nigel’a przed jej wcieleniem w życie i to powstrzymanie wszystkimi legalnymi i nielegalnymi środkami. Innymi słowy nasz bohater musi się salwować ucieczką, jeśli chce zostać przy życiu. Szaleńczy pościg ulicami Londynu kończy się na jednej ze stacji kolejowych, gdzie Nigel wsiada w pierwszy z brzegu pociąg i odjeżdża w siną dal.

Pociąg zatrzymuje się wreszcie na małej stacyjce brytyjskiego miasteczka Saxton i właśnie w tym miejscu kończy się intro, a zaczyna właściwa rozgrywka. Wysiadamy w mieście, którego nie znamy. Otoczenie jest jakieś takie… dziwne. Ludzie jeszcze dziwniejsi, ale skoro już się tu znaleźliśmy i skoro nie mamy nic innego do roboty, to warto by się rozejrzeć przynajmniej za jakimś miejscem do spania i czymś do roboty. W końcu i tak nigdzie nam się nie spieszy…

„Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomym”

Bo przypadkiem może Ci zaoferować zakwaterowanie w… nawiedzonej chacie! Naturalnie o tym, że chata ma pozaziemskich lokatorów nieznajomy, (a raczej nieznajoma) nie piśnie słowem. Przekonasz się sam i to już pierwszego wieczoru! Każdy normalny człowiek w takiej sytuacji uciekałby, gdzie pieprz rośnie, zostawiając za sobą bagaż i członków rodziny, z którymi podróżuje, ale Ty przecież wcielasz się w bohatera gry przygodowej, a Ci znani są z hobby polegającego na pakowaniu się w kłopoty. Im większe tym lepiej.

Nie inaczej będzie więc z Nigel’em. Niepokojący lokatorzy chaty, mieszkańcy miasteczka sprawiający momentami wrażenie obłąkanych, tajemnicza historia Saxton i legenda z nim związana skłonią naszego bohatera do wcielenia się w Łowcę Duchów! Chociaż słowo „łowca” nie jest tu chyba najodpowiedniejsze. Lepsze byłoby określenie „wybawca”. W czasie swojego dochodzenia Nigel będzie bowiem nie tyle polował na duchy, co pomagał im osiągnąć wieczny spokój.

Istnieje pewna teoria mówiąca o tym, że jeśli człowiek ginie gwałtownie, w tragicznych okolicznościach lub też do końca nie pogodził się ze śmiercią wówczas… jego dusza nie przechodzi na drugą stronę i pozostaje zawieszona gdzieś między wymiarami. Taki duch często nie ma świadomości tego, że… jest duchem. Duszom wydaje się, że nadal są żywymi ludźmi, starają się więc prowadzić normalne życie, a kiedy im się to nie udaje, mogą stać się złośliwe, a nawet groźne.

Ta teoria znalazła swoje zastosowanie w grze, bo właśnie takie duchy Nigel będzie spotykał najczęściej. Dusze, którym trzeba pomóc i, które za pomoc się odwdzięczą, ale absolutnie nie znaczy to, że wszystkie zjawy będą przyjazne! Trafią się i takie, które wcale nie będą chciały pomocy od naszego bohatera i zrobią wszystko, żeby mu przeszkodzić i… właściwie tyle mogę Wam powiedzieć na temat tych spotkań, żeby nie zdradzić szczegółów fabuły. Jej zaleta polega na tym, że jest ona tak zaskakująca i pełna zwrotów akcji, że dalsze wdawanie się w szczegóły groziłoby umieszczaniem w recenzji spoilera, a tego nie chcę.

Przejdźmy więc może do sposobu, w jaki nasz bohater będzie odkrywał obecność gości z zaświatów. Do tego właśnie będą służyły dostępne w grze gadżety. Miernik EMF poinformuje nas, czy w danym miejscu jest nagromadzenie energii i fal. Aparat pozwoli zrobić zdjęcie zjawisku nadprzyrodzonemu, dyktafon umożliwi nagrywanie głosów z zaświatów, a kamera noktowizyjna pozwoli nawet na to, żeby duchy zobaczyć!

Oznacza to, że w każdym miejscu, gdzie tylko to możliwe należy używać tego zestawu, jak najczęściej. Bardzo ważną częścią gry jest bowiem gromadzenie zdjęć i nagrań, jako materiału dowodowego, a wierzcie mi… będzie co zbierać! Duchów na swojej drodze spotkacie bowiem więcej niż żywych i każde takie spotkanie będzie w taki, czy inny sposób emocjonujące.

„Potwór z szafy”

Wiecie czego najbardziej boją się małe dzieci, (a nierzadko również dorośli)? Nie hektolitrów krwi, latających w powietrzu rozczłonkowanych ciał i wszelkich innych obrzydliwości, ale właśnie przysłowiowego… potwora z szafy. Uosabia on bowiem lęk przed nieznanym. Przeświadczenie, że COŚ czai się w ciemnościach gotowe w każdej chwili zaatakować. Dokładnie na takim klimacie bazuje „The Lost Crown”. O ile sekwencje dzienne nie wzbudzają (aż) takich emocji, o tyle po zapadnięciu zmroku klimat gry zmienia się diametralnie. Przyjazna za dnia chata, staje się zdecydowanie mniej przyjazna, a wędrówka po pogrążonym w mroku mieście, lesie, bagnach i podziemiach, przyprawia o ciarki na plecach. Zagrać trzeba koniecznie o odpowiednio późnej porze, przy odpowiednio głośno ustawionych głośnikach oraz zgaszonym świetle. Mocne wrażenia gwarantowane. Momentami klimatem gra przypominała mi niesamowicie „Blair Witch Project: Rustin Parr”. To samo poczucie zagrożenia, to samo przeświadczenie, że COŚ tu jest, patrzy na nas z mroku, że wystarczy jeden nierozważny krok i…

Recenzowana tu gra nie jest horrorem. Nie będziecie więc przy niej krzyczeć ze strachu, ale jeśli odpowiednio wczujecie się w klimat może Wam się zdarzyć podskoczyć na krześle i to nie raz! Mnie zdarzało się, że odwlekałam konieczność odwiedzenia w nocy, jakiegoś miejsca w nieskończoność, bo… powiedzmy, że nie czułam się zbyt pewnie ;) Zwłaszcza, że poczucie zagrożenia jest umiejętnie podtrzymywane przez znakomitą oprawę dźwiękową. Przez cały czas rozgrywki będą nam towarzyszyć rozmaite szepty, szelesty, westchnienia, skrzypienia, stuki, charczenia i wrzaski będące tłem dla niepokojącej muzyki. Oprawa dźwiękowa jest bardzo sugestywna i znakomicie współgra z klimatem gry.

„Pułapka na duchy”

Fabuła i klimat nie tworzyłby tak porywającej całości, gdyby nie zagadki, a te będą przeróżne! Spotkacie się z łamigłówkami, zagadkami dźwiękowymi, logicznymi, układankami, zagadkami muzycznymi i wszelkiej maści zadaniami, które trudno będzie zakwalifikować, do którejkolwiek z kategorii. Żadne z zadań nie będzie przedstawiało bariery nie do przeskoczenia, dla kogoś, kto nie jest początkującym graczem. „The Lost Crown” na pewno nie jest grą trudną, co nie znaczy, że nie jest wymagająca! Wręcz przeciwnie. Logiczne myślenie jest tu nieodzowne. Oryginalność zarówno w podejściu do zadań stawianych przed graczem, jak i objawiająca się w dostępnych rozwiązaniach stanowi kolejną, ogromną zaletę gry. Biorąc zaś pod uwagę długość rozgrywki nie jest to bez znaczenia. Piszę o tym ponieważ recenzowany tu tytuł zapewni Wam… kilkadziesiąt godzin solidnej zabawy! Wiem, co mówię, ponieważ jej ukończenie (bez postojów) zajęło mi około tygodnia przy sesjach średnio po 5-6 godzin! Komuś, kto „utknie” tu i ówdzie oraz nie będzie przewijał dialogów, ukończenie gry zajmie jeszcze więcej czasu. Nie bez znaczenia pozostaje tu oczywiście brak mapy i możliwości szybkiego przemieszczania się pomiędzy lokacjami, o czym pisałam wyżej, ale nawet nie biorąc tego pod uwagę gra pozostaje satysfakcjonująco długa.

„Polowanie czas zacząć!”

Dawno już nie zdarzyło mi się, żebym spędziła przy jakiejś grze 6 godzin bez przerwy. Dawno nie zdarzyło mi się, żebym kładła się spać nie ze zmęczenia rozgrywką, ale z poczucia rozsądku związanego ze świadomością, że następnego dnia rano muszę wstać do pracy. Dawno nie zdarzyło mi się, żebym myślała o danej grze, ślęcząc nad kolejnym, nudnym raportem w pracy. No i chyba nigdy nie zdarzyło mi się, żeby przyśniły mi się wydarzenia inspirowane historią w grze ;) Jeśli to nie jest wystarczająca rekomendacja dla gry przygodowej, to nie potrafię sobie wyobrazić co mogłoby nią być. „The Lost Crown” to gra składająca się z drobnych wad i całego morza zalet, w którym te wady kompletnie giną. To jedna z tych nielicznych gier, które sprawiają, że gracz całkowicie zatapia się w opowiadanej przez nie historii, kompletnie nie odnotowuje upływającego czasu i z żalem stwierdza nagle, że dotarł do końca opowieści. Jedna z tych gier, po ukończeniu których liczy się na ciąg dalszy i, do których chętnie się wraca. Dlaczego więc „tylko” 8? Ano właśnie dlatego, że te wady jednak są. Mimo ich obecności jednak zagrać zdecydowanie warto! „The Lost Crown” to tytuł obowiązkowy na półce każdego fana przygodówek. Polecam serdecznie!

8 PLUSY:
fabuła + klimat + oryginalność + zagadki + muzyka
MINUSY:
animacja postaci - brak mapy - sztuczne wydłużanie rozgrywki

autorka: Evillady

   

Komentarze


1153 #1 grandelezier
dnia 17.12.2009 11:49
gra już zaczęła się rozkręcać i... zepsuł mi się komp! argh!
729 #2 Evillady
dnia 17.12.2009 16:47
Naprawiać i grać koniecznie! Warto :)
1062 #3 SilverMoon666
dnia 18.06.2010 21:12
Co tu dużo mówić.Gra ma klimat.Jest oryginalna i ciekawa.Na długo pozostaje w pamięci i co najważniejsze nie jest tylko na 1 raz.Nie przeszłam jej 2 razy, ale potrafiłam po przejściu zainstalować, czy włączyć i zagrać od nowa.Mapa jest, ale nie niezbyt przejrzysta i tak z niej nie korzystałam.Ja bym do minusów dodała też "inteligencję" bohatera.A mianowicie jego tok myślenia, że po zobaczeniu czegoś on ma jeszcze wątpliwości, nie powiem o co, bo zepsuję przyjemność z gry, ale ci co grali wiedzą o co mi chodzi.Bardzo często bohater używa po prostu głupich tekstów praktycznie przez całą grę.
Spojler
Dajmy na to jest ta filiżanka gada z nią i do filiżanki jak masz na imię, albo porobił zdjęcia widzi jakieś zjawiska paranienormalne i jeszcze sie kogoś pyta czy chata jest nawiedzona.Na jego miejscu każdy by się wystraszył i uznał to już za nawiedzenie, a nie jeszcze się pytał.
   

Dodaj komentarz


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
   

Oceny


Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Świetne! Świetne! 100% [1 głos]
Bardzo dobre Bardzo dobre 0% [0 głosów]
Dobre Dobre 0% [0 głosów]
Średnie Średnie 0% [0 głosów]
Słabe Słabe 0% [0 głosów]